"Nauka Latania"
"Nauka Latania"
"Cel Uświęca środki? Być może. Ale co uświęca cel?"
I.
Tematem mojej pracy maturalnej było zagadnienie - pamiętam jak dziś, przysięgam - "Czas i miejsce określają życie człowieka". Wtedy napisałem na ten temat esej na siedemnaście stron w niespełna cztery godziny. Dziś wiem, że niespełna osiemnastoletni ja nie do końca zrozumiał temat i blisko pięćdziesięcioletni ja mam o tym coś zupełnie innego do powiedzenia. Rzecz nie w efektownych cytatach, czy błyskotliwych słownych pasażach, lecz w zupełnie innym widzeniu tego, co zwykliśmy nazywać "czasem" i "miejscem". Z jednej strony wspominam bardzo dobrze te dawno minione lata, z drugiej jednak strony zastanawiam się jak wiele poza ową nieszczęsną maturą wycenioną na sześć nawkładano mi do głowy z powodzeniem iluzji i kłamstw. Wychowały mnie lata dziewięćdziesiąte, czas autentycznie cholernie trudny, do którego tysiące moich rówieśników niekoniecznie lubią wracać. I to pomimo tego, że w założeniu ta młodość, te lata nastoletnie to przecież najlepszy okres w ich życiu. Zanim jednak ktoś, kto ukształtowany został przez lata osiemdziesiąte, lub jeszcze wcześniejsze powie, że nie mam pojęcia o tym, o czym teraz piszę i niczego nie wiem o braku, o niedostatku i biedzie, niech wysłucha tej skargi taką, jaką ona jest. Bardzo proszę.
Duch ZSMP już przemijał, gdy zaczynaliśmy młodość - wtedy nikomu normalnemu do głowy by nie przyszło, by knajpę nazywać PRL, czy coś w tym guście - chodziło się do "B-52", Pomyłki", "Green Clubu", ale wciąż jeszcze istniały speluny stawiające na starych i doświadczonych zawodników o równie dźwięcznych nazwach takich jak "Rejtan", czy "Neptun". Pamiętam nawet jedną "Barracudę". Nie byliśmy pokoleniem, które poza niebieskimi fartuszkami w klasach 1-5 musiało się strzyc tak, by zadowolić dyrekcję szkoły. Z uwagi na wolny rynek mieliśmy nawet całkiem różne piórniki i zeszyty, choć długopisy były w większości takie same - klasyczne niebieskie lub czarne BIC-i. Ponieważ od mniej więcej 1991 roku w znacznej części zakładów pracy w naszym pięknym kraju nie można już było pić wódy w miejscu pracy, pewna część rodziców moich rówieśników nieco zmieniła swoje zadawnione przyzwyczajenia, co w niektórych przypadkach skutkowało nawet odejściem od ojcowskiego pasa i ręki, jako głównych narzędzi wychowawczych. Ale tylko części. Ja osobiście miałem to szczęście, że nie byłem bity. Ponieważ nie byłem łatwym dzieckiem część dorosłych przewijających się przez mój ówczesny żywot odbierała to zresztą jako wielki błąd moich rodziców. Było to jednak całkiem normalne zjawisko. Zupełnie takie samo, jak powszechne rozdwojenie jaźni.
Przede wszystkim, na każdym kroku moje pokolenie musiało się mocno nabiedzić ze zrozumieniem podstawowych pryncypiów swoich własnych czasów. Z jednej strony - tej oficjalnej - odbieraliśmy starannie naukę o wadze bycia prawym i uczciwym, z drugiej jednak strony, całkiem spora cześć mojej generacji doskonale wie po dziś dzień, że w typowym "Borewiczu" dało się zmieścić przynajmniej czterdzieści pięć kartonów "lewych" papierosów, które miały krótki przystanek na naszych oczach w drodze gdzieś ze Wschodu do Niemiec. Jak ktoś miał talent i już zdążył się dorobić inwestował na przykład w Audi 100 - wtedy jednorazowo przewoził prawie sto kartonów. Zanim ktokolwiek zapłonie zdrowym oburzeniem przypomnę tylko, że w małych miasteczkach w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych mieliśmy coś około 25 do nawet 40 % bezrobocia. Więc zanim pierwszy kamień...
Szkoła w rzeczonym okresie - po głębokim namyśle - jednak trochę przypominała permanentny obóz letni Hitlerjugend, bo nadal obowiązywała nas tresura poczucia rzeczywistości opierająca sie o zasadę "Wszystko co mamy Polsce oddamy", co nijak się miało do uskutecznianych przez rzesze ówczesnych dorosłych Polaków sposobów na dorobienie się, lub bardziej trywialnie w wielu klinicznych przypadkach - prozaiczne przeżycie. Czasami żałowało się pod wpływem "Wierszy Baczyńskiego", czy innych "Nocy Listopadowych", że na horyzoncie żadna wojna, w której można by będąc osiemnastoletnim posłańcem Nieskalanej Ojczyzny stoczyć pierwszy i ostatni uroczysty i czysty bój wśród radosnych strzelców na ukwieconej łące, by tak jak wieko trumny zatrzasnęła się nad spełnioną obietnicą złożoną chyba jeszcze w łonie matki Narodowi, Wspólnocie Pięknej. Wojna jak nie chciała nadejść, tak nie nadeszła. Nadeszły tylko trudniejsze jakby czasy.
II.
Od razu wypada wspomnieć o jednym - statystki są nieubłagane i wskazują wyraźnie, że moje pokolenie doskonale sobie radzi. Żyje w dostatku i pieczołowicie dba o swoje potomstwo. Jest to o tyle wyraźne zwycięstwo, że statystyki dotyczące samobójstw w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w Polsce są zdecydowanie i co gorsza świadomie przekłamane. O tych, którym się z mojej generacji nie powiodło i tak się już teraz nie mówi, ani nie pamięta. Czas wprawdzie nie leczy ran, ale każe nam zapominać, wiec na jedno wychodzi. Mówiąc wprost podziwiam tych z moich lat, którzy wychowali dzieci i dali im Miłość. To dopiero niebywałe osiągnięcie biorąc pod uwagę geometrię wieku naszego dorastania. W zasadzie jestem wdzięczny za ten czas nauki - odebrałem celujące oceny z dostawania wpierodolu od życia na każdym kroku. Sam zresztą tak jak wielu moich rówieśników się o te wpierdole prosiłem. To chyba właśnie to krztuszenie się kończącej się epoki i nieopierzone gesty kolejnej, tej nadchodzącej. Cóż, sprawa nie dotyczy tylko dychotomii "wczoraj" i "dziś", ale przede wszystkim najważniejszego z zarzutów jakie mam do tych dawno zapomnianych czasów łączących w sobie z rzadką gracją bogoojczyźnianej maligny z wdzierającym się szturmem "Backstreet Boys" i "American Way of Life" w takiej czy innej postaci.
Urodziłem się samcem w Polsce i to moje wielkie życiowe nieszczęście. Myślę, że także wielu mi podobnych. Jedyny sposób życia do jakiego mnie przygotowało moje środowisko to wieczna harówka. gdy wchodziłem w dorosłość jedynym co miało sens i było trwałym sokiem istoty mojego życia było harowanie by dać jeść im wszystkim - w domyśle, rodzinie. Czas nie nauczył mnie wrażliwości na cudze problemy, na chwile zwątpienia, na bycie ojcem. Całe szczęście, że mój Ojciec nie łapał się do krajowej średniej i dał mi coś więcej. Bez Niego w ogóle nie wiem, jakbym to poskładał. Ale Czas nie miał względów i był taki jaki był. Liczyło się tylko to, czy masz pracę i czy potrafisz ją utrzymać. Nie mogę ukrywać - nawet ten wielki zarzut wobec Czasu, który był mi dany wtedy ma swoje plusy. Pozwolił mi wytrzymać więcej, niż sądziłem, że jestem w stanie wytrzymać. Zatem, co samo w sobie mało jest pięknym nawet żal o niewychowanie i bezmyślność każe mi teraz znaleźć od ręki jakieś pozory i wytłumaczenia. fakt jest jednak bezsporny - epoka wytresowała mnie do roli i rolę tę spełniam. Lepiej - jeszcze próbuję coś rozjaśniać w niuansach i zakamarkach. Kto to wie? Jest się wówczas bardziej katem, czy ofiarą? A może jednym i drugim...
Wbrew cytatowi zaczerpniętym z Wielkiego Mistrza nigdy na poważnie nie rozważałem samobójstwa. Pytania o to zbywałem zwykle stwierdzeniem, że taki czyn po prostu nie leży w mojej naturze. Jeśli jednak mam być szczery, zastanawiałem się czasem, jak to wszystko będzie wyglądać beze mnie i odpowiedź, która w gruncie rzeczy różniła się kosmetycznie w zależności od "Czasu" i "Miejsca" zawsze koniec końców zmierzała ku temu samemu. W każdym razie nie implikowała u mnie ani woli trwania, ani woli przecięcia. Raczej kazała rozsądnie toczyć to dalej, wnikliwie obserwować co będzie dalej. Tak oto z woli przypadku oddaję się losowi rzucając stale monetę i od coś około trzydziestu lat za każdym razem staje ona w kant. Jakby nie patrzeć, to jednak całkiem rozsądne rozwiązanie - taki bezustanny wypadek.
Ani ja, ani mi podobni z racji wieku nie dostaliśmy żadnych instrumentów do tego, by być człowiekiem. Jedyne czego nas nauczono, to być twardym mężczyzną. Tym bardziej niezwykle podziwiam tych druchów moich czasów, co to mają w sobie tę niebywała iskierkę socjalnego współczucia i potrzeby empatii. Mnie to tak bardzo często męczy. Nie byłbym uczciwy, gdybym rzekł, że współczuję, że pochylam się. Przecież nie jestem od pochylania się - daleko jest iść od pozy Kmicica do Doktora Judyma.
"Każda minuta życia nosi w sobie własną rangę cudu i oblicze młodości wiekuistej"
III.
Stare i dawno zapomniane obyczaje. Plemienne przyzwyczajenia. Trudno mieć pretensje do młodych ludzi, którymi tak bardzo wciąż pragniemy być, że odrzucają nas razem z całym tym naszym bagażem. Nic dziwnego - w epoce, w której idzie się do klubu, albo do kawiarni (co jest bardzo zdrowe i dużo lepsze) my idziemy do knajpy. W epoce, w której czas spędza się przy owocowych koktajlach i latte my ładujemy się z wódką, nieświeżym spojrzeniem w oddechu i nieodłącznymi kompleksami. Nic dziwnego, że wymyślono nazwę na nas, mężczyzn w adekwatnym wieku. Nie ma sensu mieć o to pretensji. Jeśli jednak coś, cokolwiek może przemawiać w obronie to fakt, że tacy jak ja kończyli studia, zakładali rodziny i szli do pracy w zupełnie innym momencie. W zupełnie innym "Czasie" i zupełnie innym "Miejscu". Nie proszę o coś, co jest najzupełniej niemożliwie - o jakąś formę wybaczenia, zrozumienia może. Po prostu pozwólcie nam być. Tolerujcie nas, czasem wybaczajcie. Przecież to jest nie do pojęcia, że kiedy my mieliśmy szanse spotykac się i dyskutować o róznych sprawach sprawy te były zupełnie inne, niż te, które są teraz. Inaczej nas też ukształtowało, więc inaczej sprawy te widzimy.
Wprawdzie rozumiemy już, że nie trzeba kupować gazet, by wiedzieć coś o problemach ekonomiczno-społecznych Świata Zachodniego. Wiemy, że tę samą wiedzę można posiąść będąc online. Nie jesteśmy aż tak niereformowalni. W gruncie rzeczy, chodzi nam o to, że jesteśmy świadomi tego, jak bardzo jesteśmy niedopasowani i jak bardzo jesteśmy bezradni. Chodzi o to, że za każdym razem, kiedy sytuacja zmusza nas do tego, by powiedzieć coś mądrego i trwałego walczymy ze wszystkich sił, aby znaleźć coś na "Teraz" nie mając niczego sensownego w zanadrzu z "Wczoraj". W ogóle jesteśmy z wczoraj - odżywiamy się tak, że pożal się Boże, palimy papierosy od których wiecznie cuchniemy i uwielbiamy mieć oszczędności. Tęsknimy do własnej utraconej dawno młodości tak jakby nigdy nie minęła - zrozumcie, w rzeczywistości nigdy nie była nam dana. Ten ciężar, ten właśnie jest nam chyba najgorszy - przebudzić się po czterdziestce w świecie jaki sobie wyobrażaliśmy jako nastolatkowie. Nie z powodu dzisiejszego ogólnego dostatku i pełnej palety barw - wschody i zachody słońca są przecież takie same. Myślę o świecie który jest teraz, o tym świecie w którym Mężczyzna ma święte prawo rozpłakać się jak Dziecko i nikt nie robi z tego powodu scen. Myślę o świecie, który pragnie takich Mężczyzn, bo to całkiem naturalne i zwycięskie. To zwycięstwo wrażliwości jest jednak zbyt późne, nie obejmuje nas, nie dotyczy. Jak zwykłem mawiać - ktoś musi być złym w tym filmie, jestem jaki jestem, ktoś musi taki być. Więc zakończenie jest takim, jakim być musi - niesiemy się więc jednak dalej przez ten świat zamaszyście i z wielkim rozmachem bez jakichkolwiek weksli na bycie normalnymi. Tak nas przecież wytresowało...


Komentarze
Prześlij komentarz