"O Miłości"

 


"O Miłości"



    Nie wiem dlaczego tak się stało - właściwie to wiem, ale dobrze jest czasem udać głupiego - że nigdy, ale to nigdy nie zdobyłem się na wyznanie jak odbieram to najtrudniejsze z uczuć. Zawsze miałem z tym problem, może to dlatego. To nie kwestia nieśmiałości, raczej braku wyczucia chwili. Zawsze i zawsze miałem z tym problem. Łatwiej było polegać na nienawiści, ona zawsze była pod ręką - wieczna kusicielka. Nie wyszło mi jednak w związku z nienawiścią, odtrąciła mnie na dobre dawno temu, więc nie mam już od lat wyboru. To trochę definiuje dokąd się idzie i komu się człowiek kłania, i w jakim celu. Patrząc wstecz na to wszystko co było mogę powiedzieć jedno - nigdy nie nauczyłem się mówić wprost o wielu sprawach, wolałem się wyręczać czymś co już istnieje, zamiast kreować przerażające stany uwrażliwionych uczuć. Od dekad ten dialog nazywam grą w przymiotniki - czuły człowiek, piękny człowiek, nieznany człowiek - w gruncie rzeczy zawsze pozostaje człowiekiem, więc o czym tu rozprawiać? To bardzo korzystna pomoc naukowa, świetny szablon do dyktowania sobie i światu jak i po co myśleć o tak skomplikowanych sprawach. Oczywiście, na dłuższą metę to nie zdaje egzaminu, bo żaden szablon wobec życia i jego uporczywej tendencji czasu do zmiany wszystkiego na inne nie zachowa swych pierwotnych zalet. W gruncie rzeczy zamiast opisywać tak złożony organizm łatwiej jest mu zaprzeczać. Nie odbierać mu prawa do istnienia, lecz powiedzieć czym nie jest.
    
    Nie jest zatem "słowem-kluczem" jakby na żywo wykrojonym z amerykańskich piosenek pop, Pożądaniem branym bez kolejki i na lewo w prosty takt potoku powłóczystych spojrzeń. Nie jest wyuczonym na pamięć wersem z wiersza, co to robi wrażenie, ani staraniem się zapozowania na kogoś kim się nie jest. Nie jest Porą Roku, bo po wiośnie i lecie nieuchronnie musi nastać jesień, a po niej zima. To wyjątkowo kretyńskie skojarzenie, którym szczególnie się brzydzę - wakacyjny seks i wakacyjny chłopak to może i dobre lekarstwo na wiek, ale z pewnością nie uczucie o którym mowa. Nie dlatego, że gardziłem przygodnym seksem - po prostu zawsze wychodziłem z założenia, że im bardziej oczekujemy na wielkie chwile, tym bardziej spotyka nas słabe nic. Mam świadomości, że ewidentnie pisze teraz o seksie, ale to dość celowy zabieg - zbyt wielu z nas dramatycznie myli te dwa światy, a niestety jest tak, że seks pozostaje seksem, a miłość miłością. Często nie mając ze sobą niczego wspólnego, choć tak trudno to sobie wyobrazić. Miłość nie jest dusznym pragnieniem, ani Tęsknotą. Nie jest zdecydowanie Pożądaniem z tym całym syfem w postaci idiotycznych pomysłów takich jak rozsypywanie płatków róż, czy wkładaniem fikuśnej bielizny. Nie jest Stałością, bo nic dane nam raz nie jest wieczne i nie będzie zawsze trwać. Nie jest zdecydowanie Nadzieją, co najlepiej wiedzą ci, którzy dali się skusić tej słodkiej zwodniczej nadziei i w efekcie nie zrobili absolutnie nic by mieć. Miłość nie jest jakby nie patrzeć Ekscytacją, bo gdy ta się kończy odnaleźć się trzeba w tym wspólnym życiu w taki cholernie bardzo konwencjonalny sposób - z pracą, sprzątaniem, gotowaniem i i jakby nie patrzeć - pewnym przymusem zorganizowania tego co Ekscytacją było, ale już przestało być. Nie jest Obietnicą - ludzie kłamią i oszukują najlepiej wśród wszystkich istot żywych i radziłbym traktować to jako dogmat raczej, a nawet i swego rodzaju przyrzeczenie. Nie da się Miłości znaleźć w słowach - pisać jest tak łatwo, jeszcze łatwiej mówić, a najłatwiej milczeć. Chyba każdy człowiek może coś na ten temat powiedzieć, bo przecież słowa od zawsze tak niewiele znaczą. Miłość nie jest Poświęceniem. Darząc Miłością niczego nie poświęcasz, pomijając swoje łóżkowe ambicje i przegrane młodzieńcze zakłady. Ona nie ma nic wspólnego z czasem, poza tym, że Miłość nie jest przywilejem młodości, gdyż najważniejszym przywilejem młodości jest obsesja - to chyba takie oczywiste.  Chyba równie oczywiste jest to, że nie ma nic wspólnego ze spędzaniem czasu, bo kiedy z zasady czas nie jest czymś, czym dysponujemy lekką ręką.

    Tak jak brak ochoty do życia nie definiuje w sposób automatyczny pragnienia rychłej śmierci, tak brak Miłości w dzisiejszych czasach nie musi implikować jej potrzeby. Prawda jest taka, że dziś - tak jak zresztą od zawsze - Miłość czaić się będzie gdzieś pomiędzy naszą potrzebą i nieśmiałą potrzebą wyjścia jej na przeciw. Najsilniejsza jest wtedy, gdy nie ma czasu, ale tych kilka wspólnych sekund zmieniają dzień. Kiedy się śpi bezpiecznie, spracowanym snem wiedząc, że obok jest ktoś, kto miał równie ciężki dzień i nawet nie trzeba było o tym opowiadać - a przynajmniej nie udawać, że było inaczej. Trwa naprzemiennie z gorszymi i lepszymi dniami i odnajduje przyjemność w dostosowaniu się nawzajem - do potrzeb, wad i tych małych nikczemnych ułomności, z których jesteśmy zbudowani. tak, w gruncie rzeczy jesteśmy czymś, co ma skład chemiczno-nastrojowy bardzo zbliżony do ziemskiej atmosfery. Mnóstwo obojętności, niewiele życiodajnego tlenu, za to w miarę upływu lat coraz więcej dusznych wyziewów dwutlenku węgla naszych żali i niespełnionych obietnic i marzeń. Taki szkodzący Miłości mały i prywatny "efekt cieplarniany", co ma to do siebie, że większość go ma, ale niewielu jest skłonnymi o nim mówić. Jest cholernie nurzącą codziennością - przynajmniej w moim przypadku, w odwrotnej optyce - i rychłą śmiercią "księcia z bajki". Bo Miłość to Praca, nieustanna i zniechęcająca harówka, bo jesteśmy jacy jesteśmy, nawet, kiedy zaznaczamy w stosownym, lecz kluczowym i krytycznym momencie, że ktoś do cholery musi taki być. Tak wiele jeszcze potrafiłbym powiedzieć o Miłości, tak wiele osiągnąć i tak bardzo wzrosnąć przez Ofiarowanie. Mógłbym i pewnie nawet potrafił, ale w tej konkretnej chwili myślę, że nawet tego nie zauważamy, ale tak bardzo jesteśmy blisko tylko dlatego, że bez słowa udało nam się pośród tego całego szaleństwa wypić pieprzoną butelkę alkoholu. W każdym razie razem.

    

Komentarze

Popularne posty