„Ardeny 1944-1945” Ostatni poker Hitlera? Cześć X
„Ardeny 1944-1945”
Ostatni poker Hitlera?
5 Armia Pancerna rusza ku Mozie
Pierwsze godziny i dni niemieckiej ofensywy zdawały się nie
zwiastować w żaden sposób możliwość szybkiego wyjścia głównych sił armii von Mannteuffla
w przestrzeń operacyjną, która pozwoliłaby na błyskawicznie zerwanie owoców zwycięstwa
w postaci uchwycenia mostów na tak odległej przecież Mozie. Amerykanie stawiali
twardy opór, który w wielu punktach tak bardzo utrudniał rozwijanie głównych
sił i tak bardzo spowalniał postępy, jednak jak już wiadomo ta zaciekła obrona
każdego skrawka terenu miała swoją cenę. Mogli nie znać jej wysokości szeregowi
i podoficerowie niosący na swoich barkach ciężar zaciekłych starć, ale
dostrzegali ją z całą pewnością oficerowie sztabów kierujących ruchem wojsk. W
konsekwencji przyjętej przez amerykańskich dowódców taktyki wielkie straty i
narastająca izolacja poszczególnych zgrupowań bojowych spychanych stopniowo na
szerokim froncie na zachód ujawniała coraz poważniejsze pęknięcia w strukturze
obrony sił alianckich. Pozwalały one coraz to nowym niemieckim jednostkom
wdzierać się głęboko w teren położony na zachód od rzeki Our i z coraz większą
swobodą organizować kolejne natarcia. Kryzys obrony coraz bardziej widoczny po
pierwszej pełnej dobie bitwy przez obie walczące strony miał przede wszystkim
ten skutek, że wymusił na amerykańskim dowództwie jak najszybsze angażowanie
pozostałych jeszcze w jego rękach rezerw taktycznych, oraz napływających na
obszar działań świeżych jednostek częściami, w zależności od pojawiających się
doraźnie potrzeb. To rozdrabnianie wysiłku bojowego w sumie całkiem pokaźnych
sił znacząco ułatwiało z kolei działania atakującym Niemcom, którzy w miarę
przeprawiania się na drugi brzeg Our i rozszerzania pasa natarcia coraz
bardziej powiększali swą przewagę liczebną wprowadzając teraz do walki właściwie
wszystkie bojowe jednostki uwikłanych w działania zaczepne pięciu dywizji, a
działo się to w sytuacji w której znaczna część utrzymującej front 28 Dywizji
Piechoty USA była już znacznie osłabiona i na dłuższą metę niezdolna do
uporczywej obrony tak szerokiego pasa obrony. W gruncie rzeczy obie strony
świadome były tego, że kolejne godziny bitwy to w istocie wyścig o to, która
strona zajmie korzystniejsze pozycje – czy Niemcy zdołają w zwartym zgrupowaniu
operacyjnym wyjść na pozycje wyjściowe do ostatecznego skoku ku Mozie, czy też
amerykańskie rezerwy operacyjne zdołają takie pozycje zabezpieczyć i podeprzeć
rozpadająca się w coraz szybszym tempie obronę.
Wprawdzie główne siły 116 Dywizji Pancernej „Windhund”
generała von Waldenburga zgodnie z rozkazami skręciły z Dasbourga na południe
ku Ouren, to jednak grupa bojowa majora Eberhardta Stephana będąca w istocie
wzmocnionym pancernym batalionem rozpoznawczym tej dywizji ruszyła wprost na
zachód zyskując przy tym wolną rękę w doborze osi natarcia. Jeszcze 17 grudnia
Niemcy po swoim zwycięstwie pod Marnach natychmiast podjęli dalszy marsz i
szybko pokonali sześć kilometrów dzielące Marnach od Heinerscheid, tam też
ponownie natknęli się na przeciwnika. Główną siłą bojową US Army w tym miejscu
był 1 batalion 110 Pułku Piechoty dywizji generała Cotty, który wzmocniony
został pięcioma czołgami średnimi typu „Sherman”. Amerykanie nie zdążyli
wznieść poważniejszych umocnień polowych, ale mimo to stawili twardy opór.
Niemiecki dowódca dość szybko zorientował się, że przeciwnik nie dysponuje
wsparciem artylerii i odważnie poprowadził atak wprost na zabudowania wsi, co
doprowadziło to zaciekłego boju, w którym Niemcy jednak zaczęli dość szybko
brać górę, gdyż udało im się w stosunkowo krótkim czasie wyłączyć z walki aż
trzy z pięciu amerykańskich czołgów. Wobec przytłaczającej przewagi w sile
ognia (choć obie strony na polu walki były mniej więcej równe liczebnie)
amerykańscy żołnierze zaczęli powolny odwrót na zachód, nie reagując na
polecenia dowódców kompanii usiłujących ruch ten powstrzymać. Major Stephan nie
zadowolił się oczyszczeniem Heinerscheid z wroga i właściwie z marszu
przystąpił do ataku na kolejną miejscowość, położone około trzech kilometrów
dalej Hupperdingen. Cały czas spychając amerykańskich żołnierzy Niemcy
osiągnęli przedpola tej ostatniej wsi już w późnych godzinach popołudniowych, przy
czym raz jeszcze przystąpili do zdecydowanego natarcia. Stephan do maksimum
wykorzystał zalety posiadanych sił – kolejne niemieckie drużyny strzeleckie
poruszały się po obu stronach drogi prowadzącej do Hupperdingen skokami, nieustannie
nawzajem osłaniając swój ruch do przodu ogniem. Presję na wroga wywierały też
pojazdy bojowe dosłownie zalewając amerykańskich przeciwników ogień z karabinów
maszynowych, działek automatycznych i moździerzy. Przy ostatnich promieniach
zachodzącego już słońca niemieckie natarcie opanowało wieś i ponownie
odepchnęło bardzo już zdezorganizowanego przeciwnika jeszcze dalej na zachód.
Wobec szybko zapadających ciemności niemieccy żołnierze otrzymali rozkaz ubezpieczenia
opanowanych pozycji i po zjedzeniu kolacji rozbili obozowiska mogąc nieco
wypocząć. O poranku Niemcy kontynuowali swój marsz. Marsz, gdyż przez pierwsze godziny
18 grudnia poruszali się naprzód właściwie bez oporu wroga. Wkrótce jednak,
podczas marszu w stronę Troisvierges Niemcy zaczęli napotykać drobne oddziały
amerykańskie, które jednak nie podejmowały walki, natychmiast odchodząc na
północny zachód. Samą miejscowość udało się opanować przy minimalnym oporze
wroga i grupa Stephana natychmiast mogła podjąć dalszy marsz w stronę Buret,
które było dość istotnym skrzyżowaniem dróg. Tym razem nie obyło się już jednak
bez ostrzejszych starć, gdyż na trasie niemieckiej grupy bojowej pojawiły się
główne siły 112 Pułku Piechoty USA. Niemcy byli w stanie przeć naprzód, gdyż
nie byli już na polu walki sami – rękę podały im maszerujące w tym samym
kierunku elementy 560 Dywizji Grenadierów Ludowych. Przez cały dzień oddziały
niemieckie notowały postępy wypierając amerykańska piechotę wciąż dalej i dalej
na północny zachód, w rejon St.Vith. Amerykanie byli świadomi rozwoju sytuacji
na tym odcinku frontu, gdyż generał Cota otrzymywał dość regularnie informacje
o sytuacji 112 Pułku, który odchodząc pod niemieckim naporem otwierał Niemcom
szerokie drzwi do dalszego natarcia wprost na zachód – ku Mozie. W godzinach
popołudniowych łączność urwała się ostatecznie, ale w sztabie 28 Dywizji
Piechoty USA doskonale rozumiano, że wróg opanował najdogodniejsze połączenia
drogowe łączące St. Vith i Bastogne. Oczywiście, w istniejących warunkach
utrzymanie tych dwóch arcyważnych skrzyżowań miało absolutnie kluczowe
znaczenie, ale o ile na sytuacje na północy Cota nie miał od początku bitwy
żadnego wpływu, to do obrony Bastogne pozostawało mu już bardzo niewiele sił ze
swojej własnej dywizji. Wkrótce sytuacja miała pogorszyć się jeszcze bardziej.
Po klęsce pod Clervaux i rozbiciu 109 Pułkowej Grupy
Bojowej Cota właściwie nie dysponował żadnymi godnymi uwagi siłami mogącymi
zatrzymać niemiecki ruch siłą rzeczy kierujący się w stronę Bastogne. Jedynym
liczącym się związkiem bojowym po stronie amerykańskiej było obecnie
zgrupowanie bojowe 9 Dywizji Pancernej USA CCR, dowodzone przez pułkownika
Gilbretha. Co gorsza dla Amerykanów dość dobrze orientujący się teraz w
zagrożeniu Cota nie miał nad tym dość silnym zgrupowaniem żadnej kontroli – sprawował
ją niepodzielnie dowódca korpusu, generał Troy Middleton. Choć doświadczenie z
posłaniem Kompanii „B” 2 Batalionu Czołgów w rejon Clervaux nakazywało koncentrować
dostępne siły wobec mocno już odczuwalnej przewagi wroga znajdujące się
dosłownie tuż przed głównymi siłami niemieckiego XXXXVII Korpusu Pancernego
zgrupowanie Gilbretha zdecydowano w sztabie korpusu podzielić na trzy mniejsze
grupy bojowe tak, by osłonić możliwie jak najwięcej dróg biegnących na zachód. Zatem
Amerykanie rozwinęli swoje siły na dość szerokim froncie biegnącym od
położonego osiem kilometrów na zachód od Clervaux Antonihushof, gdzie
rozlokowano po jednej kompanii czołgów i piechoty zmechanizowanej wspartych
plutonem saperów, aż po Feitsch, położone przy drodze N-20, dokładnie na wschód
od centrum Bastogne, gdzie rozwinął swe siły podpułkownik Ralph Harper dysponujący
Kompanią „C” 2 Batalionu Czołgów wraz z dołączonymi do niej pozostałościami
Kompanii „B”, a także Kompanią „B” 52 Batalionu Piechoty Zmechanizowanej. Kilka
kilometrów na zachód od wojsk Rose’a i Harpera pozycje zajęła grupa dowódcy 52
Batalionu Piechoty Zmechanizowanej, podpułkownika Roberta Bootha, który
dysponował kompanią dowodzenia swego macierzystego batalionu, częścią Kompanii „A”
i wsparcie pancernym w postaci plutonu czołgów lekkich i plutonu niszczycieli
czołgów z 811 Dywizjonu Niszczycieli Czołgów. Wszystkie wymienione pozycje
obronne zostały zajęte przez amerykańskich żołnierzy na niewiele godzin przed
oczekująca ich walką i siłą rzeczy niewiele czasu było, by je w jakikolwiek
umocnić. Amerykańscy żołnierze usiłowali się okopać dysponując do tego celu
tylko podręcznymi środkami, więc skupili się na wykonaniu indywidualnych dołków
strzeleckich. Pogoda była fatalna – lokalnie występowały silne zamglenia, niebo
całkowicie zasnuły ciężkie chmury, panowało przenikliwe zimno i bez przerwy lał
deszcz. Morale było nie najlepsze – wielu dowódców kompanii i plutonów nie
miało pojęcia o ogólnej sytuacji, a rozkazy wzywające ich do wytrwania na
pozycjach „za wszelką cenę” nie nastrajały optymizmem. Nie powinien więc dziwić
fakt, że gdy na drodze prowadzącej z Clervaux pojawiły niemieckie wozy rozpoznawcze
z 2 Dywizji Pancernej von Laucherta rozpoznano je jako czołgi typu „Tygrys”[1]. Amerykanie otwarli
ogień ze swych dział przeciwpancernych dosłownie na krańcu zasięgu i w efekcie
niemieckie pojazdy wycofały się równie szybko, jak się pojawiły, tyle, że bez
szwanku. Z uwagi na kiepski stan dróg i zakorkowanie Clervaux 2 Dywizja
Pancerna dość powoli organizowała swoje natarcie na zachód. Czołowej grupie
bojowej zajęło ponad godzinę pokonanie dystansu ośmiu kilometrów dzielących
Clervaux od amerykańskiej rubieży obronnej blokującej dalszy ruch na zachód.
Ponieważ wiedziano już o obecności Amerykanów natarcie zorganizowano bardzo
ostrożnie, rozwijając czołową kompanię czołgów Pz IV pod osłoną obficie
rozwiniętą zasłoną dymną. Gdy niemieckie czołgi dołączyły do kompanii 2 Pancernego
Batalionu Rozpoznawczego rozpoczęło się prawdziwe natarcie.
Ruch Pz IV miał tylko odwrócić uwagę od pozostałych
niemieckich grup bojowych, które zaczęły obchodzić pozycje w Anonihusof od południa
i północy. Niemieckie pojazdy pancerne – do czołgów szybko dołączyły także
StuGi – wdały się w pojedynek ogniowy ze wspierającymi piechotę „Shermanami” i
momentalnie zyskały nad tymi ostatnimi wyraźną przewagę. Niemieccy pancerniacy
działali spokojnie i metodycznie, starając się operować poza skutecznym
zasięgiem ognia przeciwnika, jednocześnie zasypując jego pozycje lawiną ognia.
Amerykańskie czołgi odgryzały się jak mogły, ale jeden po drugim milkły, po
kolei wyłączane z akcji bezpośrednimi trafieniami. Do walki przyłączyła się pojedyncza
bateria amerykańskich haubic dając tak silne wsparcie słabnącym obrońcom, na jakie
tylko było ją stać. Stanowiąca centrum obronnej pozycji wieś została zasypana
ogień z niemieckich dział i piechota widząc co się święci po prostu w znacznej
mierze wzięła nogi za pas. Dowodzący kapitan Rose poinformował przełożonych o
sytuacji i zażądał zgody na odwrót, polecono mu jednak pozostać na miejscu i
trzymać się. Gdy zagrożona rozjechaniem przez niemieckie czołgi bateria haubic
wycofała swe działa i wsparcie artyleryjskie ustało Rose zrozumiał, że dalsze pozostanie
na miejscu oznaczać musi całkowitą zagładę jego coraz bardziej słabnących sił. Zebrał
pozostałe mu jeszcze pięć czołgów średnich i samobieżne haubice i wycofał się z
nimi na północ, w jedynym możliwym jeszcze kierunku odwrotu. Chwilę później pierwsi
niemieccy grenadierzy pancerni zaczęli wnikać pomiędzy zrujnowane zabudowania
wsi gasząc resztki oporu. Mniej więcej połowa amerykańskiej grupy zdołała
wydostać się z piekła w jakie zamieniło się Antonihushof i dołączyć do grupy Harpera.
Elementy 2 Pancernego Batalionu Pancernego ruszył w międzyczasie drogą N-12 na
południe i dość szybko dotarł do reduty grupy Harpera niemal równocześnie z
pierwszymi uciekinierami z grupy Rose’a. Niemcy podjęli natarcie dość późno, po
już po godzinie 15.00, więc gdy ostatecznie uporawszy się z pierwszym ryglem na
szlaku natarcia dotarli do kolejnej rubieży obronnej wroga było już dość
ciemno. Pułkownik von Lauchert nie zamierzał czekać do rana, lecz w miarę
podchodzenia pod Feitsch kolejnych pododdziałów natychmiast przygotowywał
kolejne natarcie, przede wszystkim siłami 3 Pułku Pancernego. Wszystkie
dwadzieścia cztery czołgi zdolne w tym momencie do walki rozwinęły się do natarcia
na łagodnym stoku wzgórza, dosłownie kilkaset metrów od kluczowego skrzyżowania
w tej wsi. Amerykanie słyszeli niemieckie przygotowania, ale ich nie widzieli z
powodu ukształtowania terenu, rosnący z każda minutą dudniący pogłos silników
niemieckich czołgów napawał coraz większym przerażeniem, ale w sumie ich pozycja
wyglądała na dość solidną, a przede wszystkim opierała się o własną broń
pancerną. Jakby nie było, pułkownik Harper nie reagował na niemieckie
posunięcia i przegrupowania i cierpliwie czekał na ruch ze strony wroga. Ten
zaczął bitwę dokładnie o północy.
Niemieckie ”Panthery” – bo to one stanowiły teraz grot
uderzenia sił von Laucherta – ruszyły na szczyt wzgórza i otwarły ogień do
amerykańskich czołgów rozmieszczonych wzdłuż lizjery lasu, prowadzone osobiście
przez dowódcę 3 Pułku Pancernego, pułkownika Gutmanna. Obie strony otwarły
ogień niemal równocześnie, ale choć w ciemnościach celowniczowie wozów niewiele
widzieli ogień niemiecki był dużo bardziej precyzyjny. Niemieckie załogi
czołgów nie próbowały szarży na pozycje wroga, a wychynęły na szczyt wzgórza po
to, by oddać jeden lub dwa strzały z czołgowej armaty i natychmiast cofały się
w dół po zboczu, schodząc „z linii ciosu” czołgistów amerykańskich. Jak wyznał już
po wojnie pułkownik Gutmann, była to świadoma taktyka, obliczona na
maksymalizację strat wroga i minimalizację strat własnych. Gutmann dostrzegł,
że wierzchołki drzew mimo panujących ciemności odcinają się wyraźnie od nieco
jaśniejszego tła nieboskłonu i polecił swym ludziom prowadzić szybki ogień w ciemne
przestrzenie pomiędzy drzewami, gdzie powinny stać rozpoznane uprzednio czołgi amerykańskie.
Wiele pocisków nieszkodliwie pomknęło w lasek strząsając tylko gałęzie z drzew,
ale już pierwsze trafienie w „Shermana” oświetliło teren najpierw feerią
iskier, a potem ostrym blaskiem gwałtownego pożaru. Po pierwszej wymianie
ciosów niemieccy czołgiści zyskali już kolosalna przewagę – gdy gąsienice ich „Panther”
pracowicie wynosiły ich wozy kolejny raz na szczyt wzgórza, niemieccy
celowniczowie w blasku pożaru widzieli teraz wroga jak na dłoni, podczas gdy te
same płomienie całkowicie niemalże oślepiły obrońców pozycji. Walka trwała
łącznie niewiele ponad dziesięć minut i w jej efekcie zniszczono doszczętnie dwadzieścia
cztery „Shermany”, a kolejne dziesięć zostało porzucone przez załogi, które
szukały ratunku w pieszej ucieczce. Po ustaniu oporu niemieckie czołgi ruszyły
w stronę zabudowań wsi koncentrując teraz swoją uwagę na obsadzającą ją
piechocie. Tutaj walka rozstrzygnięta została jeszcze szybciej, gdy Niemcy
spalili większość transporterów piechoty zmechanizowanej i zadali jej samej olbrzymie
straty ogniem z dział i kaemów. Ocaleli Amerykanie usiłowali już tylko zniknąć w
nocnych ciemnościach, gdyż po śmierci zarówno dowódcy zgrupowania, podpułkownika
Harpera, jak i dowódcy 52 Batalionu, kapitana Hayse’a nikt już nimi nie
dowodził. Ostatnia z grup amerykańskich widziała kolejne starcia na wschód od
własnych pozycji w postaci błysków eksplozji i jasnych silnych pożarów i
dowodzący nią podpułkownik Booth znalazł się pod silną presją biegu wydarzeń.
Już o 18.30 jego własny patrol zameldował, że niemieckie oddziały
przemieszczają się na zachód od południa omijając amerykański rygiel. Wkrótce
utracono kontakt radiowy z własnym dowództwem i coraz wyraźniej rysowała się
groźba okrążenia. Ostatecznie Booth zignorował rozkaz nakazujący mu trzymać
pozycję do ostatka, zebrał swój oddział i rozpoczął odwrót, zamierzając odejść
do Bastogne. W nocy jednak Amerykanie zmylili drogę, bo zamiast na Bastogne,
skierowali się do położonego na północny zachód Tavigny. Jeśli coś jeszcze w
tym momencie działało na korzyść sił amerykańskich, to fakt, że główne siły 2
Dywizji Pancernej von Laucherta nie ruszyły wprost na Bastogne, lecz zaczęły je
omijać od północy, kierując się w stronę Mozy kiepskimi na ogół, wiejskimi
drogami.
Przez następne godziny przed frontem lewego skrzydła 5
Armii pancernej w zasadzie nie było wojsk amerykańskich, które byłyby w stanie
zorganizować nowy pas obrony, mało tego – rozbitkowie z CCR 9 Dywizji Pancernej
i 28 Dywizji Piechoty nie byliby w stanie nawet próbować blokować ruch Niemców choćby
i tworząc niepowiązane ze sobą punkty oporu. Na tym etapie w stronę Bastogne i
na północ od niego trwał żywiołowy ruch na zachód zdezorientowanych i zdezorganizowanych
grup i grupek, właściwie pozbawionych z wyjątkiem grupy Bootha ciężkiego sprzętu.
Mimo wszystko sytuacja sił generała Middletona nie była aż tak beznadziejna jak
mogłoby się wydawać – z kilku kierunków w stronę obszernego już teraz na kilkadziesiąt
kilometrów niemieckiego wyłomu ze wszystkich stron spieszyły nowe, silne
formacje bojowe, które odpowiednio użyte byłyby w stanie nie tylko spowolnić,
ale wręcz całkowicie wyhamować niemiecki impet. Z wielu względów w ciągu
najbliższych godzin udało się to Amerykanom jedynie połowicznie.
Przede wszystkim idąca z północy 7 Dywizja Pancerna i CCB
z 9 Dywizji Pancernej zostały ostatecznie użyte w całości do zorganizowania
obrony w St. Vith, co jak już wiemy uwikłało obie te jednostki, a także
pozostałości po 28 Dywizji Piechoty w ciężką bitwę, którą zgrupowanie to
wprawdzie przetrwało, ale poniosło przy tym tak wielkie straty, że trzeba było
dużo czasu, aby przegrupowane i odtworzone jednostki znowu mogły zaznaczyć swą
obecność na polu walki. W rejon wyłomu nie dotarła także 30 Dywizja Piechoty
USA, która ostatecznie zaangażowała się w całości w skuteczne zresztą
powstrzymanie natarcia niemieckiej 6 Armii Pancernej. 18 grudnia jednakże,
zanim właściwie los natarcia KG „Peiper” został przypieczętowany w amerykańskim
dowództwie najwyższym uznano, że dywizja ta jak najszybciej powinna został
skierowana na południe, gdzie wraz z 3 Dywizją Pancerną miały utworzyć silną
grupę na północnej flance wyłomu niemieckiej 5 Armii Pancernej. Na tym etapie w
naczelnym dowództwie nadal traktowano niemieckie uderzenie nie jako zagrożenie,
ale jako potencjalną szansę, gdyż przy ewentualnym wsparciu zgrupowania 30
Dywizji Piechoty i 3 Dywizji Pancernej przez 7 Dywizję Pancerną rozpatrywano
możliwość zdecydowanego uderzenia wprost na południe i odcięcia przynajmniej części
sił niemieckich, które rozerwało obronę Middletona na południu. Rzeczywistość
dość brutalnie obeszła się z tymi ambitnymi, choć niepozbawionymi polotu
pomysłami – z wszystkich tych jednostek użyć można było przeciw 5 Armii
Pancernej tylko 3 Dywizji Pancernej, plany wystąpienia ofensywnego należało zatem
przynajmniej na jakiś czas odłożyć ad acta. Kolejną jednostką, która powinna
była wesprzeć siły Middletona była 10 Dywizja Pancerna USA ze składu 3 Armii
generała Pattona, która właśnie kończyła przygotowania do wznowienia ofensywy
na Palatynat i Kraj Saary. Tym, co nie wystawia amerykańskiemu najwyższemu
dowództwu najlepszej laurki był fakt, że od chwili wydania polecenia przerzutu
10 Pancernej w rejon walk do faktycznego ruszenia jej pierwszych kolumn na
północ minęło ponad 12 godzin, a czas ten zmitrężono na jałowe dyskusje z
dowódca 3 Armii, który zaciekle oponował generał Eisenhowerowi. Co gorsza,
mający załatwić sprawę szef sztabu, generał Bradley w zasadzie zgadzał się z
obiekcjami Pattona i w efekcie dywizja rozpoczęła przemarsz dopiero 17 grudnia
o godzinie 13.20. Gdy wreszcie, kilkanaście godzin później do Bradleya dotarło
jak poważne jest niemieckie uderzenie, 10 Dywizja Pancerna została rozdzielona
i dwie jej grupy bojowe (CCA i CCR) skierowały się na skrzydło 4 Dywizji
Piechoty USA z zadaniem zabezpieczenia łączności pomiędzy 3 i 1 Armią USA. Do
Bastogne skierowało się zatem tylko CCB dywizji, dowodzone przez pułkownika
Williama Robertsa. Pojawił się on w sztabie Middletona 18 grudnia około 16.00,
nieco wyprzedzając podległe sobie oddziały i otrzymał natychmiast zadanie
zorganizowania z podległych sobie sił na trzy grupy, które miały osłonić
Bastogne od wschodu, od południowego wschodu i wreszcie od północy. I bez
widoku rozbitków z pokonanych jednostek przesączających się przez Bastogne na
zachód Roberts szybko zorientował się, że ogólna sytuacja jest bardzo, ale to
bardzo zła. Ani Middleton, ani jego sztabowcy nie mieli zielonego pojęcia,
gdzie i w jakiej sile znajdują się ich jednostki. Nie wiedzieli też niczego
konkretnego o Niemcach, może, poza tym, że generalnie „nadchodzą w dużej sile”.
Wkrótce po Robertsie do sztabu Middletona przybyło kolejnych dwóch gości –
dowódca XVIII Korpusu Powietrznodesantowego USA, generał Matthew Ridgway i pełniący
obowiązki dowódcy 101 Dywizji Powietrznodesantowej, generał McAulifee. Uruchomienie
obu wchodzących w skład korpusu Ridgwaya dywizji było w sumie bardzo dobrym
pomysłem, gdyż faktycznie w masywie Ardenów amerykańskiemu dowództwu
dramatycznie zabrakło wojska. W związku z projektowanymi wielkimi operacjami
zaczepnymi na północ i południe od Ardenów tam właśnie skoncentrowano znakomitą
większość wielkich jednostek sił USA i gdy Niemcy przedarli się przez rachityczną
obronę 28 i 106 Dywizji na szybki przerzut rezerw nie można było już liczyć.
Obie przebywające w rejonie Mourmelon i Sissone dywizje powietrznodesantowe dało
się jednak stosunkowo sprawnie przerzucić w rejon walk i użyć w boju. Postępy
Niemców sprawiły, że 82 Dywizja podążyła w rejon Salm, a do Bastogne skierowano
jej siostrzaną dywizję. Trudno wytłumaczalnym faktem jest prowadzenie przez
amerykańskie wyższe dowództwa na temat korespondencji radiowej bez stosowania
zwyczajowych szyfrów, więc Niemcy świadomi byli nadciągania amerykańskich
spadochroniarzy do Bastogne. Zaczął się dość specyficzny wyścig, przy czym w
chwili startu, Niemcy do Bastogne 32 kilometry, a amerykańscy spadochroniarze –
przeszło 180.
Gdy pierwsze ciężarówki ze spadochroniarzami dotarły do
miasta było ono kompletnie zatłoczone przez cywilnych uchodźców i rozbite
oddziały tyłowe VIII Korpusu, ale nigdzie nie było widać Niemców. Jak do tego
doszło? Po złamaniu oporu sił amerykańskich pod Holsingen, czyli rankiem 18
grudnia ku Bastogne ruszyły należące do dwóch niemieckich dywizji cztery
niezależne zgrupowania – były nimi niewielka Kampfgruppe „von Fallois”
poprzedzająca dwie grupy bojowe stanowiące jądro Dywizji „Panzerlehr” i
wreszcie poruszająca się głównie pieszo 26 Dywizja Grenadierów Ludowych
Kokotta. Wszystkie te siły wkrótce stłoczyły się w Drauffelt na jedynej w
okolicy dostępnej przeprawie przez rzeczkę Clerve. Idaca przodem grupa „von
Fallois” dość szybko pokonała most i mimo oporu niewielkich grupek przeciwnika dość
szybko podeszła pod Wiltz. Gorzej sprawy wyglądały, gdy do przeprawy doszły
główne siły Kokotta i Bayerleina. Na przeprawie utworzył się ogromny korek i
gdy tylko udało się go częściowo rozładować i zapanował jako taki porządek
rozciągająca się teraz na około 10 kilometrów kolumna ponownie utknęła. Nie
mając innego wyjścia Kokott postanowił zrezygnować z poruszania się po drodze i
nakazał 39 Pułkowi Fizylierów ruszyć na przełaj. Mimo trudnego terenu oba
bataliony piechurów dość sprawnie przeszły do Erpeldange, gdzie stała już
Kampfgruppe „von Fallois”, co pozwoliło tej ostatniej wznowić marsz na zachód.
W tym czasie, po stracie kolejnych kilku godzin na zaprowadzenie porządku na
głównej trasie Niemcy ruszyli wreszcie naprzód, ale już w Eschweiler (zaledwie sześć
i pół kilometra od Drauffelt) natrafili na amerykański oddział, który stawił
opór. Mimo, że dość szybko udało się go złamać, główne siły niemieckiej 26
Dywizji nie posunęły się już dalej, gdyż o 16.40 zapadł zmrok i dalszy marsz po
wąskiej drodze taką masą ludzi, pojazdów i konnych wozów groził utworzeniem
kolejnych zatorów. 39 Pułk Fizylierów rozbudował pozycje obronne na wypadek
zaskakującego ataku z flanki, a grupa „von Fallois” osiągnęła Niederwampach,
znajdujące się około 10 kilometrów od Bastogne. Tutaj dość nieoczekiwanie
dołączyła do niej znacznie silniejsza 902 Grupa Bojowa podpułkownika Joachima
von Poschingera i Niemcy postanowili ruszyć dalej, mimo zapadających ciemności.
Mimo kiepskich polnych dróg i słabej widoczności siły Dywizji „Panzerlehr” osiągnęły
Mageret, gdzie rozbito niewielki oddział ze 158 Batalionu Saperów USA, a o
północy zajęto Neffe, od którego do Bastogne pozostało jeszcze półtora
kilometra. Nie bez kozery wspominałem o złym stanie psychicznym dowódcy Dywizji
„Panzerlehr” – mając tak krytycznie ważny punkt jak Bastogne postanowił
wstrzymać dalsze działania. Jeszcze wieczorem znacząco je opóźnił domagając się
posuwania się swym kolumnom bez świateł przednich, co drastycznie spowolniło i
tak już przecież wolne przedzieranie się przez fatalne drogi – jak twierdził w
związku z groźbą ataku lotniczego, co jednak już na pierwszy rzut oka biorąc
pod uwagę pogodę było wyjątkowo mało prawdopodobne. Następnie, na wieść o
krótkiej walce w rejonie Mageret nakazał całkowicie wstrzymać marsz motywując
tę decyzję groźbą odcięcia dywizji. O ile można jeszcze polemizować z wpływem
alianckiej przewagi w powietrzu na zachowania sposób myślenia niemieckich
dowódców, to ta ostatnia decyzja nie wytrzymuje krytyki na żadnym etapie. Przez
cały dzień Niemcy z mozołem wprawdzie, ale poruszali się naprzód mając za wroga
fatalne drogi, powodowane przez własne jednostki korki i kilkukrotnie także
niewielkie grupki bohaterskich amerykańskich żołnierzy, którzy jednak zyskiwali
swym oporem mniej czasu, niż konieczność notorycznego spychania z drogi
porzuconych przez wroga czołgów, transporterów czy ciężarówek. Generał
Middleton nie posiadał w zasadzie przez cały dzień żadnych sił, które mogłyby w
jakikolwiek sposób zagrozić dywizji Bayerleina, a ostatnie starcie dość szybko
okazało się walką z jednostką inżynieryjną – czyli tyłową, którą amerykański
dowódca skierował na przedpola Bastogne nie mając już nic innego w garści.
Faktycznie, na południe od Mageret pojawiły się amerykańskie czołgi – były to
wozy bojowe w sile kompanii z wydzielonej z CCB 10 Dywizji Pancernej grupy
podpułkownika O’Hara. Ten mając w ręku ekwiwalent mniej więcej batalionu mógł
stanowić groźbę dla von Fallois, ale nie dla 902 Kampfgruppe, nie wspominając o
możliwym podejściu całej reszty „Panzerlehr”. Dużo więcej inicjatywy od
Bayerleina wykazał von Fallois, który odważnie wyruszył naprzeciw przeciwnika
dysponującego czołgami średnimi, ale zanim silny niemiecki patrol osiągnął
amerykańskie pozycje, ich obsada wycofała się. Mając nawet taki obraz sytuacji
Bayerlein nadal nie wykazywał woli kontynuowania działań – Niemcy na swoich
stanowiskach zostali do rana.
Następnego dnia w Bastogne i okolicach przebywała już
znaczna większość spadochroniarzy ze 101 Dywizji, ale Bayerlein uwagę skupił na
amerykańskich pozycjach na północny wschód od miasta, gdzie kolejna grupa
bojowa ze składu CCB 10 Dywizji Pancernej przygotowała pozycje obronne. Tuż pod
nosem Niemców, w Longvilly stanął podpułkownik Cherry na czele niepełnego 3
Batalionu Czołgów i kompanii „C” 20 Batalionu Piechoty Zmechanizowanej,
wzmocnionej plutonem niszczycieli czołgów, szwadronem samochodów pancernych i
plutonem saperów. Jeszcze wieczorem, do stanowisk oddziału Cherry’ego dotarły
resztki podpułkownika Gilbreighta z CCR 9 Dywizji Pancernej oraz 110 Grupy Pułkowej
z 28 Dywizji Piechoty. Amerykańskie zgrupowanie wzmocniły także dwa bataliony
artylerii, które natychmiast po zajęciu pozycji, o poranku podjęły ostrzał
pojawiających się w zasięgu obserwacji małych oddziałów niemieckich. Pojawienie
się amerykańskiej grupy skutecznie blokowało ruch na zachód i Niemcy musieli
Longvilly zdobyć, ustalono zatem, że główny ciężar natarcia weźmie na swoje
barki obecny na miejscu 77 Pułk Grenadierów z 26 Dywizji Kokotta, który
zostanie wsparty przez kompanię „Panther” z 902 Kampfgruppe, ewentualnie
kolejne jednostki ze składu „Panzerlehr” w miarę ich podchodzenia. Zanim
kierujący natarciem podpułkownik Martin Schriefer zakończył przegrupowanie
swych pododdziałów na pozycje wyjściowe, niespodziewanie dla wszystkich na polu
przyszłej walki pojawiła się długa kolumna pojazdów z 2 Dywizji Pancernej von
Laucherta. Amerykanie ostrzelali niemiecką kolumnę i by zejść z linii ognia
prowadzące ją czołgi zjechały ze szlaku na północny wschód od Longvilly, gdzie
natknęły się na rozwijające się do natarcia plutony grenadierów ludowych.
Podpułkownik Schriefer natychmiast nawiązał łączność z nowoprzybyłą jednostką i
przy aprobacie von Laucherta bez zwłoki włączył ją do planu uderzenia, szybko
wyznaczając pozycje wyjściowe i zadania bojowe. Mimo reorganizacji planu bitwy,
punktualnie o godzinie 13.00 niemiecka artyleria polowa otwarła ogień na
rozpoznane pozycje amerykańskie. Gdy pierwsze granaty detonowały wśród
zabudowań Longvilly grenadierzy z dywizji Kokotta podnieśli się i ruszyli
śmiało przez odkryte pola w stronę amerykańskich pozycji. Jednocześnie, od
południowego zachodu wieś zaatakowana została przez kompanię „Panther” z 902 Kampfgruppe.
Nie próżnowała także grupa z 2 Dywizji Pancernej dokładnie z przeciwległej
strony. Już sam wybór Longvilly jako pozycji ryglowej nie był zbyt szczęśliwy –
wieś znajduje się na dnie obszernej doliny pomiędzy wzgórzami o dość łagodnie
opadających stokach i atakujący widzieli obrońców jak na dłoni. W dodatku, w
chwili rozpoczęcia niemieckiego uderzenia nominalny dowódca placówki,
podpułkownik Cherry był nieobecny, co spotęgowało chaos w szeregach obrońców.
Amerykanie ponieśli dotkliwe straty od celnego i intensywnego ognia niemieckich
haubic, a w dodatku sporą część broniących Longvilly jednostek stanowiły
oddziały, które były dość mocno zdemoralizowane poprzednio poniesionymi
porażkami. Część amerykańskich żołnierzy usiłowała stawiać opór, część
natomiast niemal od razy usiłowała się z dolinki jak najszybciej wydostać, co
jednak nie było takie proste, z racji organizacji niemieckiego ataku. Walka
miejscami bardzo zaciekła wygasła po mniej więcej półtorej godziny i nim Niemcy
zawładnęli Longvilly stracili osiem czołgów i około pięćdziesięciu grenadierów
zabitych i rannych z 77 Pułku. Straty amerykańskie były jednak znacznie wyższe
i objęły kilkuset zabitych i rannych. Setkę ludzi wzięli do niewoli grenadierzy
z 77 Pułku, a ponadto grupa podpułkownika Cherry straciła niemal cały swój
sprzęt – na pobojowisku doliczono się pięćdziesięciu zniszczonych pojazdów
bojowych różnych typów, a kolejne dwadzieścia pięć czołgów zostało przez
Niemców zdobytych w stanie zdatnym do walki. Ponadto Niemcy zdobyli piętnaście haubic
samobieżnych M7, czternaście samochodów pancernych i dużą liczbę transporterów
i ciężarówek. W sumie obliczano straty wroga w sprzęcie na dwieście pojazdów. Szereg
starć na przedpolach Bastogne miał zatem dewastujący wpływ na zdolność bojową
obydwu walczących tam grup bojowych z dywizji pancernych skierowanych tutaj do
walki – tylko 2 Batalion Czołgów stracił w dwa dni 45 wozów!
Jeśli coś mogło pocieszyć amerykańskich dowódców, to
fakt, że zdołano zabezpieczyć Bastogne przybyciem 101 Dywizji
Powietrznodesantowej, a mimo pogarszającej się sytuacji wzmocniona 7 Dywizja
Pancerna nadal jeszcze trzymała St. Vith. Pomiędzy jednak tymi dwoma węzłami
komunikacyjnymi Niemcy rozerwali do reszty wątłą sieć amerykańskich posterunków
i powoli parli w stronę Mozy. Operująca tam Dywizja „Windhund” stopniowo
przemieszczała się za szpicą złożoną z Kampfgruppe „Stephan” w stronę
Houffalize, zajmując jak pamiętamy Tavigny. Teraz w stronę tej miejscowości
zmierzały pozostałości po CCR 9 Dywizji Pancernej, które zdołały ujść ciosom
niemieckich jednostek na wschód od Bastogne. Amerykanie poruszali się tak
szybko, że gdy pierwsze ich wozy bojowe wjechały do Tavigny, ich załogi nie
zorientowały się, że miasteczko jest już w rękach niemieckich. Jako pierwsi z
zaskoczenia ocknęli się Niemcy i natychmiast obłożyli kolumnę „Stuartów”
prowadzącą resztę CCR silnym ogniem. W zaskakującej dla obu stron konfrontacji
po stronie Niemców główną rolę niespodziewanie odegrali kanonierzy z drugiego
batalionu 146 Pułku Artylerii Pancernej, to oni bowiem biwakowali w Tavigny
przy tamtejszym niewielkim zameczku, stanowiącym kres zwartej zabudowy od
strony wschodniej. Przydało się praktykowane w armii niemieckiej wszechstronne
szkolenie, któremu poddawano rekrutów już na początkowym etapie szkolenia w
strukturach Armii Rezerwowej. Kanonierzy natychmiast chwycili za broń i otwarli
do amerykańskich czołgów huraganowy ogień, który z uwagi na minimalna odległość
po prostu musiał być celny. Ponieważ dość szybko trafionych zostało kilka
pojazdów zamykających pochód amerykańskiej kompanii, pozostałe na placu boju
załogi nie miały innego wyjścia, jak tylko przeć naprzód, by jak najszybciej
wydostać się z piekła. Gwałtowna kanonada i ryk silników czołgowych postawiły
oczywiście na nogi resztę niemieckiej grupy bojowej i te nieliczne „Stuarty”,
które zdołały przedrzeć się do zachodniej części wsi i usiłowały wydostać się na
okoliczne pola także jeden po drugim padały łupem niemieckich żołnierzy. Ledwo
dobiegła kresu ta desperacka szarża kompanii czołgów lekkich, gdy zza wzgórza
od wschodniej strony skąd pojawił się wróg kanonierzy ponownie usłyszeli
narastający pomruk motorów, tym razem do Tavigny wdarła się grupa „Shermanów”,
ale niemal natychmiast przywitał ją skoncentrowany ogień kanonierów, którzy
użyli kilkunastu posiadanych „Panzerfaustów” i w dosłownie mgnieniu oka zniszczyli
wszystkie siedem atakujących czołgów. Natychmiast po tej walce porucznik Egon
Steinmeier dowódca jednej z baterii zebrał swych ludzi i szybko uderzył po obu
stronach drogi, gdzie zgromadziła się spora ilość pojazdów piechoty
zmechanizowanej USA wyraźnie zdetonowanej błyskawiczną zagładą pancernej pięści
zgrupowania. Niemcy praktycznie bez walki wzięli do niewoli setkę jeńców wraz z
dowódcą całej grupy, podpułkownikiem Boothem. Wraz z klęską tego zespołu
bojowego zagładzie uległo całe CCR 9 Dywizji Pancernej, którego batalion
czołgów stracił łącznie pięćdziesiąt dziewięć czołgów, a 52 Batalion Piechoty
Zmechanizowanej odnotował stratę 697 ludzi, z których zaledwie trzech uznano za
poległych – reszta figurowała pod pozycją „zaginieni”.
Major Stephan postanowił poczekać na resztę oddziałów swej macierzystej dywizji przed ponownym podjęciem marszu na Houffalize, a widząc kres gwałtownej walki wydał rozkaz podjęcia prób ratunku nielicznych wciąż żywych amerykańskich czołgistów uwięzionych we wrakach swych czołgów. Postawa niemieckiego oficera, który kierował poczynaniami swych stojąc pośród całego chaosu walki wyprostowanym w idealnie utrzymanym mundurze, na którym widać było mnóstwo odznaczeń uzyskanych za całe lata ofiarnej służby zrobiła ogromne wrażenie na amerykańskich jeńcach. Dobrze zapamiętali oni ludzkie traktowanie i natychmiast udzielaną im pomoc medyczną po skończonym boju. Major Stephan posunął się do tego, że nakazując mieszkańcom wsi zorganizowanie zbiorowego pochówku poległym Amerykanom zbeształ kilku belgijskich chłopów za to, że nie okazywali należnego szacunku zmarłym, wlokąc ich ciała po ziemi. Zdarzało się zatem, że postawa niemieckich żołnierzy wobec wroga miała bardzo różne oblicza – od całkowitej bezwzględności i okrucieństwa, po co najmniej godne potraktowanie pokonanego wroga. Podobne doświadczenia odnotowali we wspomnieniach wobec amerykańskich przeciwników także i niemieccy weterani bitwy.
19 grudnia do Kampfgruppe „Stephan” dołączyła główna siła bojowa 116 Dywizji Pancernej Wehrmachtu – Kampfgruppe „Beyer”, która składała się z pułku pancernego, pułku grenadierów pancernych i większości dywizyjnej artylerii. Teraz gros dywizji von Waldenburga śmielej wystąpiło naprzód atakując w stronę nieodległego już Houffalize szerszym frontem. Jednostki niemieckie parły naprzód likwidując opór napotykanych na swej drodze niewielkich grupek amerykańskich żołnierzy w sile drużyny lub plutonu. Dowodzący teraz pułkownik Beyer uważał, że Houffalize jest obsadzone przez siły piechoty wroga znacznie przewyższające liczebnie jego grupę bojową i nie miał ochoty wikłać się w potencjalnie niebezpieczne i krwawe walki uliczne z umocnionym wrogiem. Oczekiwał zatem od von Waldenburga raczej rozkazu obejścia amerykańskiej obrony od południa, na co generał przystał. W rzeczywistości amerykańscy spadochroniarze z 82 Dywizji nie organizowali obrony w Houffalize, a tylko przejechali przez tę miejscowość kierując się na Salm. W przeciwnym kierunku posuwały się jednak idące na pomoc Bastogne siły 203 Batalionu Artylerii Przeciwlotniczej, 129 Batalionu Zabezpieczenia Artylerii i 705 Dywizjonu Niszczycieli Czołgów. Amerykańskie oddziały nadziały się na zgrupowanie Beyera w Bertogne, dziesięć kilometrów od Houffalize i choć podjęły desperacką walkę nie były godnym przeciwnikiem dla silnej niemieckiej grupy bojowej. Po stracie dwóch niszczycieli czołgów i kilkudziesięciu innych pojazdów (w większości porzuconych) Amerykanie szybko wycofali się tą samą drogą, którą przybyli. Gdy niemieckie oddziały ponownie podjęły marsz, szybko okazało się, że nie da się przekroczyć rzeczki Ourthe przez most na północ od Bertogne, gdyż został on wysadzony, ale niemieckie rozpoznanie lotnicze[2] potwierdziło brak większych sił wroga w okolicy, więc Niemcy ruszyli w stronę Marche, zamierzając stamtąd skierować się ku Mozie. Podczas tego marszu, kilkanaście kilometrów na północny zachód od Bastogne kolumna majora Stephana ponownie wpadła na amerykański oddział, który okazał się być 326 Powietrznodesantową Kompanią Medyczną. Niemcy bardzo szybko rozwinęli się do ataku, ale gdy tylko zorientowali się, że mają do czynienia z personelem medycznym natychmiast wstrzymali ogień i zagarnęli wszystkich do niewoli. Całkiem dla siebie niespodziewanie jeden z patroli zmechanizowanych rozesłanych przez Stephana po okolicy natknął się na przez nikogo nie pilnowany most Baileya przerzucony przez Ourthe w rejonie Salle. Odkrycie zelektryzowało sztab von Waldenburga, który natychmiast przygotował rozkazy dla swych grup bojowych zakładając natychmiastową przeprawę i błyskawiczny ruch po niebronionej drodze wprost ku Mozie. Wysunięte grupy bojowe miały nie czekać na posuwający się w drugim rzucie 156 Pułk Grenadierów Pancernych, tylko jak najszybciej opanować przyczółek po drugiej stronie rzeki. Co może się wydać szokujące, zanim von Waldenburg był w stanie wykonać swój rajd mogąc przekroczyć Mozę najdalej w godzinach popołudniowych 20 grudnia skontaktował się z nim sztab korpusu i w krótkiej rozmowie telefonicznej generał Krüger nakazał von Waldenburgowie natychmiastowe zawrócenie w stronę Houffalize, opanowanie tej miejscowości i dopiero stamtąd wyruszenie ku Mozie pierwotnie zaplanowaną dla dywizji trasą. Krüger wyjaśnił zaskoczonemu von Waldenburgowi, że takie właśnie polecenie właśnie otrzymał od dowódcy 5 Armii Pancernej i to w tonie nie znoszącym sprzeciwu. Niemcy nigdy nie byli bliżej przekroczenia Mozy niż w tej właśnie chwili. Manteuffel już po wojnie na różne sposoby bronił podjętej przez siebie decyzji, jednak fakty są takie, że ewidentnie zabrakło mu wyobraźni i szerszego horyzontu niezbędnego do zrozumienia problemu z jakim musiała się w tej danej chwili mierzyć jego armia, a właściwie dwa należące do niej korpusy pancerne. Owszem, 116 Dywizja Pancerna wchodziła na drogę przewidzianą dla 2 Dywizji Pancernej von Laucherta, ale mając już świadomość obecności nieznanych, ale sporych sił amerykańskich w Bastogne mógł w ten sposób Manteuffel użyć sił Krügera jako grota prącego ku nieobsadzonej wówczas Mozie, koncentrując cały korpus Lüttwitza przeciw Bastogne. Trudno jest dziś pojąć, dlaczego Manteuffel nie zrozumiał jednej podstawowej prawdy – bez opanowania Bastogne atak dywizji Lüttwitza na zachód, ku rzece musiał opierać się o wielokilometrowe objazdy po kiepskich lokalnych drogach, co niweczyło jakiekolwiek nadzieje na dotarcie do rzeki 20, a nawet 21 grudnia. Tego ostatniego dnia nad Mozę w rejony czynnych przepraw mostowych zaczęły już zresztą podchodzić pierwsze oddziały alarmowe zmobilizowane przez Montgomery’ego, który w odróżnieniu od swych amerykańskich kolegów doskonale pojmował skalę realnego zagrożenia. Zezwalając na manewr von Waldenburga dowódca niemieckiej 5 Armii Pancernej uzyskiwał równolegle dwie możliwości – jednoczesnego przekroczenia Mozy i rozprawienia się z obroną Bastogne, do czego mógłby użyć 26 Dywizji Grenadierów Ludowych, Dywizji „Panzerlehr” i 2 Dywizji Pancernej, a gdyby zaszła taka potrzeba także podchodzącej w rejon walk 5 Dywizji Strzelców Spadochronowych Heilmanna z sąsiedniej 7 Armii Brandenbergera. Warto wspomnieć, że na tym etapie działań amerykańskie siły w Bastogne były faktycznie dość spore liczebnie, ale niemal zupełnie pozbawione wsparcia artylerii, która przybywała do miasta właściwie przez cały dzień 19 grudnia. Manteuffel do końca życia bronił swej decyzji argumentem o nadchodzeniu na pole bitwy amerykańskiej 3 Dywizji Pancernej, ale fakty są takie, że była ona wciąż dość daleko, a do zablokowania jej ruchu na tyły zagonu głównych sił 116 Dywizji von Waldenburga wciąż dysponował wzmocnionym 156 Pułkiem Grenadierów Pancernych wspartym przez nadchodzący w ślad za nim forsownym marszem 1129 Pułkiem Grenadierów z 560 Dywizji Langhausera. W ostateczności można było przecież uzyskać pomoc ze strony powoli rozwijanych w stosunkowo niewielkiej odległości czołowych elementów II Korpusu Pancernego SS. Przede wszystkim, nie da się w żaden racjonalny sposób wyjaśnić nagłego przypływu ostrożności w związku z podchodzeniem na pole bitwy amerykańskiej dywizji pancernej, gdyż ta, zmierzając na południe rozproszyła swe bojowe elementy na kilka kiepskiej jakości dróg wiodących ją na pole walki, mając dokładnie takie same problemy z szybkością poruszania się, jak jej niemieccy adwersarze.
Mimo konieczności zrewidowania zadań bojowych dla grup
bojowych stanowiących Dywizję „Windhund” von Waldenburg dość szybko wznowił
marsz, sprzyjał temu fakt podzielenia dywizji na grupy bojowe, których
dowództwa okazały się bardzo operatywne pod względem szybkości przetwarzania
sytuacji na polu bitwy i wdrażania w życie nowych zadań bojowych. Dywizja
zbaczając z obranej już drogi zatoczyła łuk i wraz z towarzyszącym już jej 1129
Pułkiem Grenadierów zaczęła sposobić się do przygotowania uderzenia na jak zakładano
silnie bronione Houffalize. Ku dość dużemu zaskoczeniu szybko przekonano się,
że to ważne miasto nie jest wcale bronione i szybko opanowano je, wypędzając
jedynie grupki amerykańskich maruderów. Wieczorem 20 grudnia gros dywizji osiągnęło
miasteczko La Roche i ruszyło dalej, korzystając z dość dobrych połączeń drogowych.
Zaledwie pięć kilometrów dalej Niemcy dotarli do miejscowości Samree, gdzie jak
się okazało ulokowano znaczną cześć składów zaopatrzeniowych amerykańskiej 7
Dywizji Pancernej. Niemcy z marszu podjęli atak poruszając się dość ostrożnie
naprzód w wąskiej kolumnie po lokalnej drodze, a Amerykanie nie próbowali nawet
zniszczyć zgromadzonych tutaj zapasów, gdyż tuż przed niemieckim atakiem do
składu dotarł pierwszy oddział 3 Dywizji Pancernej, który posłano przodem właśnie
w celu zabezpieczenia zgromadzonych pod Samree zapasów. Doświadczenie załogi
prowadzącego niemiecka kolumnę pojedynczego czołgu Pz IV pozwoliło szybko wyeliminować
z walki pojedynczego „Shermana” i cztery transportery opancerzone, które składały
się na pancerny komponent dowódcy składu. Chwilę później ten sam los spotkał
wozy bojowe grupy Tuckera posłanej do ochrony cennych zasobów. Tym razem
Amerykanie postradali sześć czołgów średnich i dwa samochody pancerne. Gdy
Niemcy zniszczyli mały oddział Tuckera na placu boju pojawił się kolejny
pancerny oddział amerykański z zadaniem ocalenia składu, była to tym razem
sztabowa kompania dowództwa 7 Dywizji Pancernej, prowadzona przez porucznika
Averilla. I tym razem po stracie wszystkich trzech „Shermanów” stanowiących
jądro jednostki, Amerykanie cofnęli się skonfundowani. W Samree Niemcy przejęli
ponad 110 000 litrów benzyny i 15 000 racji żywnościowych. Zdobycz
rzecz jasna godna uwagi, ale w gruncie rzeczy będąca marną nagroda pocieszenia
w zamian za możliwość sforsowania Mozy jeszcze 20 grudnia. Tegoż dnia w
godzinach wieczornym podążający trop w trop za pancerną czołówką von
Waldenburga 1129 Pułk Grenadierów osiągnął Samree i tym samym zluzował
niemieckie jednostki szybkie, które wieczorem wznowiły marsz, kierując się w
stronę Hotton, dokąd I Batalion 16 Pułku Pancernego dotarł już około godziny
17.00. Gdy Niemcy opanowali tę oddalono o dwadzieścia dziewięć kilometrów od
Mozy miejscowość na placu boju pojawiły się pierwsze amerykańskie jednostki 3
Dywizji Pancernej mającej marsz Niemców zastopować. Pierwsza z nich, Task Force
Hogan w sile kompanii czołgów i mniej więcej czterystu piechurów śmiało wdarła
się w głąb niemieckiego ugrupowania dokładnie pomiędzy Hotton, a La Roche i
natychmiast została odcięta. Kolejna Task Force – od nazwiska dowódcy nazwana „Orr”
podeszła w nocy z 20 na 21 grudnia i próbowała z marszu jednocześnie
wyswobodzić siły Hogana i odbić Samree, ale była na to stanowczo zbyt słaba
dysponując jedynie kompanią czołgów i kompanią samochodów pancernych. Jej atak
na Samree zakończył się fiaskiem i przyniósł jedynie straty. Jak donosił 1129
Pułk Grenadierów w tej chaotycznej walce wyróżnił się zwłaszcza kapral Kurt
Sielemann, który miał sam za pomocą „Panzerfaustów” zniszczyć sześć
amerykańskich wozów bojowych, czym niewątpliwie zasłużył na bardzo wysokie odznaczenie.
Wprawdzie straty 116 Dywizji Pancernej w ciągu ostatnich 48 godzin walk
wyniosły zaledwie dwa czołgi, działo szturmowe i kilka samochodów pancernych, przy
czym te ostatnie nie uległy w boju, lecz utknęły w błocie podczas wykonywania
zadań rozpoznawczych na korzyść dywizji, ale jako się już rzekło, moment
najwyższego przypływu już dla Niemców przeminął, bo znikła jak poranna mgła
najlepsza okazja do opanowania na Mozie przyczółku, do dalszego natarcia.
Musiało być to dla von Waldenburga szczególnie deprymującym doświadczeniem, bo
inicjatywa, która się wykazał 19 grudnia pokazywała, że czytał sytuację w skali
operacyjnej znacznie lepiej od swych przełożonych – dowódcy korpusu, a nawet
dowódcy armii. Zadziwia najbardziej fakt braku ingerencji w decyzje Manteuffla
dowództwa Grupy Armii i nawet jeśli należy ocenić ten fakt jako bardzo
obciążający Marszałka Modela w pewnej mierze usprawiedliwia go fakt osobistego
zaangażowania w bitwę o St. Vith, która miała – jakby nie patrzeć – kapitalne znaczenie
dla dalszych losów bitwy. Przede wszystkim jednak czynnikiem, który okazał się
w tym wypadku decydujący pozostanie jednak – co warte podkreślenia – absolutna konieczność
osobistego zaangażowania się dowódcy Grupy Armii „B” w sytuacje takie, jak
rozładowywanie korków drogowych i osobisty nadzór organizowaniem działań na
poziomie dywizji. Mam pełną świadomość, że w tym momencie może zaistnieć pełna
szczególna łatwość w sformułowaniu mi osobiście zarzutu o brak obiektywizmu
względem jakości dowodzenia na szczeblu dowództwa Grupy Armii, lecz jeśli
takowe się pojawi spieszę z wyjaśnieniem, że cała operacja zakładała konkretne
cele w konkretnych ramach czasowych i bardzo złe dowodzenie na poziomie dywizji,
czy korpusu o przypadku katastrofalnego dowodzenia siłami 6 Armii Pancernej nie
wspomnę w znacznej mierze rzutować musza na ocenę postawy Feldmarszałka
Walthera Modela. Innymi słowy, bez względu na to jakie spoczywały na nim
obowiązki, w ciągu trzech kluczowych dni bitwy zrobił on absolutnie wszystko,
aby ułatwić niemieckim związkom pancernym ruch do przodu. W dniu 20 grudnia
zresztą, zarówno Model, jak i von Rundstedt w znacznej mierze postawieni przed
faktami dokonanymi przez obu dowódców nacierających armii pancernych mogli już
tylko zaakceptować podjęte decyzje, przy czym wysokie walory intelektualne
jednego i drugiego nakazały w tym momencie w jasny sposób przekazać dowódcy 5
Armii Pancernej, że cała operacja od tej chwili zależy od postawy jego właśnie
sił. Przy braku złudzeń co do możliwości sforsowania Mozy siłami 6 Armii Pancernej
spadał obecnie na barki Manteuffla, który jednak w bardzo uspokajającym tonie
informował swych przełożonych, że dokona tego 21, a absolutnie najdalej 22
grudnia. Trudno zrozumieć z jakich względów prezentował Manteuffel tak wielki
optymizm, ale kolejne godziny bitwy wykazały z całą bezwzględnością skalę
popełnionego przezeń potężnego błędu w sztuce operacyjnej. W świetle
nadchodzących godzin nie powinna zatem dziwić wolta Modela, który wprawdzie
dopingował w charakterystyczny dla siebie sposób dowódcę 5 Armii Pancernej do
osiągnięcia Mozy i przekroczenia jej, jednocześnie jednak zamyślał już wobec
oczekiwanego fiaska tych dążeń do stoczenia wielkiej bitwy na wschodnim brzegu
tej rzeki z nadciągającymi amerykańskimi posiłkami w celu zadania im jak największych
strat i tym samym – zredukowania możliwości do szybkiego przechwycenia
inicjatywy operacyjnej.
[1] Jeszcze przez długi czas w wielu
publikacjach o bitwie pojawiała się informacja mówiąca o tym, że szpicę
natarcia 2 Dywizji Pancernej miały stanowić wozy 506 Oddziału Czołgów Ciężkich,
co nie było i nie jest prawdą. Uwaga Autora
[2] Posiadając rozpoznawczą wersję samolotu
odrzutowego Arado 234 Niemcy byli mimo wszystko w stanie prowadzić dość
precyzyjne rozpoznanie głęboko na tyłach wojsk alianckich, które z uwagi na
osiągi niemieckiej maszyny bardzo długo nie zdawały sobie z tego sprawy.
Pierwszy taki lot odbył porucznik Erich Sommer w sierpniu 1944 roku nad
Normandią na rzecz sztabu Grupy Armii „B”. Uwaga Autora

Komentarze
Prześlij komentarz