"O Tożsamości"
„O Tożsamości”
I.
W teorii nie ma o czym mówić. Ubrać we własne słowa i umieć
opisać znaczenie tego słowa potrafi, jak przypuszczam, dosłownie każdy. Jest to
najwyraźniej ze wszech miar łatwe, a nawet przyjemne, skoro w różnych
nieskończenie wariancjach słowo to rodzi się publicznie i powszechnie w ustach
tak wielu. Dzieje się to w takim tempie i tak chętnie ulega modyfikacji, że
użyciu oznaczającego miarę zmienności zmiennej także odnajduje się bez
trudności, a i chyba jest wręcz pożądane, by uporządkować istotę tej błyskawicznej
wielości nawzajem pojawiających się odmian i przemian Tożsamości. Definicja najprostsza
zakłada, że Tożsamość jest po prostu korelacją stosunku człowieka do siebie
samego i innych ludzi. Tyle i nic więcej zupełnie doskonale określa jednocześnie
wagę znaczenia Tożsamości, jak również od razu deprecjonuję owo znaczenie.
Dlaczego jednak mam czelność tak od razu przejść gładko do paradoksu, niczego
przy tym ani słowem nie wyjaśniając? Może dlatego, że „Każdy jest innym i
nikt sobą samym”.
Nie
zadawałbym sobie (w normalnych okolicznościach) trudu określania własnej i
cudzej tożsamości, to przecież z założenia zupełnie prywatna sprawa – jak religia
na przykład. Zresztą religia jest główną częścią tożsamości tak wielu z Nas, co
chyba najlepiej określa kuriozalność całej tej wymyślonej przez mnie sytuacji. Nawet
jeśli ją odrzucić w całej brutalnej rozciągłości, nawet jeśli jej zaprzeczyć ze
wszystkich sił i tak pozostanie w głębi siebie metaliczny niesmak rozumienia
jak kluczowym było w procesie tworzenia Tożsamości pochodzenie z obszaru
dominacji sposobu myślenia opierającego się na trwałym cokole któreś z tychże
religii, co to jak się okazuje w jednym zdaniu określają na dobre i złe nasz
świat – czy tego chcemy, czy właściwie nie. Okoliczności jednak nie są normalne.
Nigdy nie były, co jest w sumie smutną, ale niezbędną konstatacją. Mógłbym
zatem jednocześnie porzucić myśl i kurczowo się jej trzymać, co jak się wkrótce
okaże zaprowadzi mnie dokładnie w to samo miejsce, w ten sam punkt. Tożsamość –
jak widać – nie jednak tak łatwa do uchwycenia, przedstawienie, a nawet do pobieżnego
opisania. Jeślibym jednak pomyślał bardziej, głębiej, nabieram wrażenia
graniczącego z pewnością, że jednak jestem w stanie prostym słowem dowieść
posiadania pewnej Tożsamości.
Jest więc jej niezbywalną częścią słońce, którego promienie
prześlizgują się wdzięcznie pomiędzy zielonymi aż do turkusu listkami drzew, by
upaść i odbić się gwałtownie od szarych i brązowych powierzchni przesadnie
wielkich kocich łbów, układających się przez całą długość alei w delikatny łuk.
I ręka trzymana kurczowo – potężna i ciepła – wielkiego ojca, którego słowa
spija się jak nektar najlepszy, z ufnością i wiarą. Tak, dziecinna wiara w to wszystko
takie proste i trudne zarazem jest częścią Tożsamości. Bez tej wiary w pierwotne
dobre i złe nie byłoby tak trudnych słów jak empatia i zrozumienie, więc w
mojej Tożsamości na zawszę już pozostanę tym małym chłopcem, wśród letnich
kaprysów słonecznych promieni i nigdy nie zapomnę obecności, która czyni mnie w
dużej części tym, kim jestem.
Jest częścią niezbywalną Tożsamości także młodość – ta niecierpliwa
i ryzykowna – i jest także jej pożegnanie. Pierwsze próby oratorskich popisów
opartych o niezłomną wiarę w swoje możliwości, narodziny i śmierć odwagi,
pierwsze prawdziwe zwycięstwa i klęski, a wreszcie – jak już kiedyś z pewnością
zauważyłem - kres tego, więc świadomość, że „na zawsze pozostaniesz
osierocony przez młodzieńcze miłości, których nie zaznałeś”. Wszystko to,
jest jak dodanie kolorów w pełnej palecie, nauczenie się ich na pamięć. Młodość
przecież służy temu, by nauczyć się pamięci, bo z czasów dzieciństwa znamy już
wrażliwość.
Tożsamość, to także pierwszy obraz i pierwsze słowo. Ta
chwila, gdy po raz pierwszy po tak wielu latach naprawdę zdaję sobie sprawę z
tego, jak bardzo pora na naukę komunikacji i dzielenia się myśleniem. Jak wiele
tutaj jest zrobione, by móc być wreszcie usłyszanym i usłyszeć zarazem. Jak
bardzo nieistotnym staje się to, czy ktoś w ogóle słucha, skoro z własnym
głosem zaczynam czuć się w zgodzie i coraz lepiej, gdy jak refleks światła nie
jestem już taki odpychający w zwierciadle cudzych (bliskich zarazem) słów i uczuć.
Gdy przychodzi to wewnętrzne zaufanie wszystko nagle nabiera sensu i nagle otwierając
oczy dostrzegam całą resztę – miejsca, w których najlepiej mi trwać, „żyć i
pracować godnie aż po zimny grób i ani na krok nie schodzić z Bożej ścieżki”, co
tak łatwo tłumaczy przywiązanie do Pracy, najważniejszej chyba oblubienicy
Tożsamości, bo wyjaśniającej nie tylko źródło fizycznej egzystencji, ale może
nawet przede wszystkim wszystkie te gesty i postawy, które pozwalają przetrwać
z sensem w życiu Rodziny, którą mam.
Ta wielka Trwoga będąca objawieniem uczuć żywionych do
świata wielkiego i rozległego. Jednak nie jego wielkość i złożoność jest istotą
Trwogi, lecz świadomość jak bardzo nie ma się na nią wpływu. Zatem wielki Wszechświat
Ludzkiej Wszechrzeczy jest a jakże częścią Tożsamości, nawet jeśli rachunek
płacony za obowiązek – bo nie prawo ani przywilej - obserwowania globalnego
szaleństwa pozostaje tak nienasycenie wysoki. Niezgoda i odrzucenie cierpkich
potknięć cywilizacji w rodzaju wojen, głodu i niesprawiedliwości, co tworzą
Nieswojość niewygodną i dojmującą jak podszczypujące umysł naskórne pęcherze
oparzelin rzeczywistości widocznej zewsząd gołym i zupełnie nieuzbrojonym
okiem. Aż wreszcie świadomość Możliwości, pięknego poczucia pełnej zdolności do
ucieczki z tego najpiękniejszego ze światów, gdy tylko okaże się jak bardzo
rozproszony to i niknący archipelag – wprost w objęcia wielkiego oceanu, z którego
wszystko wzięło swój początek, w którym wszystko znajdzie swój koniec.
II.
Każdy ma
prawo w tym właśnie momencie zapytać czemu właściwie służą te wszystkie słowa –
przecież to tylko słowa, które właściwie pozbawione są większej właściwości
będąc tylko słowami. Jest jednak – zapewniam – głębokie i niezbywalne znaczenie
tego, o czym właśnie opowiedziałem. Rzecz nie w tym, jak odpowiedziałem na
pytanie o to, co tworzy moją Tożsamość, ani też po co to zrobiłem. Fakt jest
taki, że naprawdę to tylko kolejne słowa, które niczego nie zmieniają i właściwie
o niczym nie świadczą, a jedynie są. Żaden akt żadnej odwagi. Zaprzeczam też,
abym kierował myśli przeciw komukolwiek i czemukolwiek. To, co zostało
dotychczas wypowiedziane jest niczym więcej jak tylko ratunkową szalupą na
wezbranych wodach rzeczywistości, nieśmiałym drogowskazem, jaskrawoczerwonym pośród
mgieł i omamów. Jest wreszcie odmową udziału w spektaklu codzienności nie
będącej w żadnej mierze ani części częścią Tożsamości, bo czyż mogłoby być?
Żaden to akt oskarżenia wobec tych, którzy tak cały czas
twierdzą, że Tożsamość to barwy flag i dźwięki jednego języka – któż jest w
stanie im tego zabronić w realiach wolności słowa i liberalnego postrzegania
prawa do własnych odczuć i korelacji. Słowa z założenia nie spełniają tutaj
żadnej roli, bo to świat niekończących się monumentów i aktów cierpienia
wspólnie składających się na obraz świata jakże odległy od Tożsamości i
Znaczenie. Nie potrzeba więc skandali w rodzaju czynów nieobyczajnych lub po
prostu przestępczych by odsłonić aluwialne i ulotne w swej naturze warstwy
kłamstw stanowiących wiotki fundament tych wzniosłych ideologii i przyczyn dla
których. Właściwie nic mnie już w tym obcym świecie czyniących moją/naszą rzeczywistość
nie potrafi zadziwić. Ani mrużący oczy i łasy na pieszczoty wielki czarny kot
obietnic, ani pełne patosu słowa o przyszłości świetlanej, w najlepszym razie mających
wartość upuszczonych na kuchenna podłogę okruszków chleba. Nawet magia obrazu i
dźwięku w ruchu, generowana w sposób uwłaczający czemukolwiek, a która zgodnie
z wszelką teorią powinna najszybciej uformować trwały klucz do mojego umysłu
także już nie działa. Po co to wszystko zatem, zapytam raz jeszcze, skoro jestem
już gotowy na wiadomość, że najczęściej ci, którzy najszybciej składają ręce do
modlitwy okazują się tym najgorszym na świecie ścierwem, gotowym do wielkich
obrzydliwości tylko dlatego, że mogą je czynić, bo są kim są. To zatem żaden
akt oskarżenia. To akt umiłowania wolności.
III.
Jest bowiem wolność wyboru, wolność egzystencji, wolność
wyboru diety i wiele innych wolności, z których wolność umiłowania wolności
samej w sobie jest najważniejsza. To coś czułe, piękne, niezbywalne jak plamy
cierpienia na charakterze jest wytrychem do lepszego świata. Jeśli jeszcze w
wygodnej i ospałej Ameryce są ludzie, którzy świadomi dawno zapomnianego w
demokracji statecznej ryzyka utraty wszystkiego tworzą z uporem jądro protestu
przeciw niegodziwości, jeśli w Polsce na pierwszy kryzys konstytucyjny związany
z kłamstwem i zaprzeczeniem idei demokracji są ludzie gotowi cierpieć
poniewierkę i żałość, jeśli serce po czterech latach pozostaje otwarte na los
uciekinierów z płonącej wojną Ukrainy spokojnie musze patrzeć na ten świat i na
jego Tożsamość. Kim stałbym się, gdybym w obliczu tak jasnych dowodów przestał
wierzyć w sens prawdziwej Tożsamości? Nie tej, której opisałem, bo ta
pozostanie nienaruszalna niby marmury na pamiątkę rzymskiej potęgi, lecz
waszej, która pozostaje przedmiotem wielkiej troski. To nie brak wiary ani
żadne inne słabości tworzą tę troskę, lecz osobisty strach o istnienie szerszej
struktury pozwalającej na poczucie mojej własnej przynależności. Jest także coś
jeszcze, prawdziwa próba wiary…
Muszę prosić siebie i innych o pewne rzeczy, co samo w
sobie nie jest proste, jako że być może nawet i umiem świetnie mówić, nigdy
jednak nie umiałem przemawiać. Jeśli cokolwiek z tego, co dotychczas zostało
tutaj powiedziane jest dla ciebie ważne, drogi człowieku – Bracie i Siostro –
nie zwlekaj ani chwili i nie łudź się więcej. Jest twoim racjonalnym interesem i
istotą Tożsamości (tak jak i mojej) odwrócić tę wielką rzekę kłamstwa i
parszywości w samym sercu Europy – sanktuarium równości i wolności. Nie jest
teraz istotne jak wiele powiemy i co jeszcze jesteśmy w stanie uczynić. Po pierwsze,
nie gra to większej roli w Teatrze Świata, po drugie zaś nie jest w gruncie
rzeczy intencją. Pozostaje nam już tylko Bycie – sobą, marzeniem, Tożsamością
jaką mamy niezbywalnie i nieodwracalnie. Sprzeciw przyjdzie naturalnie, jak
przychodzi wielkie słońce po najczarniejszej nawet nocy. Umocni nas i uczyni
bardziej własnymi i silnymi, nawet jeśli pozostanie niewypowiedziany, milczący,
głuchy. Taka już nasza rola na tym świecie pełnym przemocy, kłamstw i nostalgii
za końcem historii, a gdy w końcu zacznie z hukiem zatrzaskiwać się wieko za
naszymi krokami zdamy sobie sprawę z tego, że zrobiliśmy właściwie wszystko jak
należy, tylko inni zawiedli. Ci, którzy nigdy nawet nie próbowali zrozumieć, że
Tożsamość to także dojście do punktu, w którym wiesz, że być może stanie się tak,
że „I
niedługo już – tacy
maleńcy na łupinie orzecha stojąc, popłyniemy
porom na opak, jak na przekór wodnym słojom. I tak w wodę się chyląc na
przemian, popłyniemy nieostrożnie w zapomnienie, tylko będą płakać za nami,
zostawione przez nas, nasze cienie…”

Komentarze
Prześlij komentarz