„Przestrzenie i Decyzje”

 

„Przestrzenie i Decyzje”

 


I.

         Sprawy Ukrainy na wojnie z Rosją idą źle. Sukcesy w rodzaju porażki Rosjan w rejonie Kupiańska nie mogą przysłonić ogólnego położenia ukraińskich sił zbrojnych, które jest wielce opłakane. Podobnie zresztą, jak i stan całego kraju. Utrzymuje się ten kraj na powierzchni przede wszystkim dwoma czynnikami – względną słabością Rosjan, którzy są w stanie wprawdzie powoli zajmować kolejne miasta, miasteczka i wsie, ale nie są w stanie przeprowadzić poważnej operacji zaczepnej, która doprowadziłaby do rozerwania frontu i wyjścia w przestrzeń operacyjną, co przecież po dziś dzień jest aksjomatem rosyjskiego sposobu myślenia o wojnie. Drugim czynnikiem jest oczywiście pomoc międzynarodowa, która wprawdzie nie budzi już takich emocji jak jeszcze choćby dwa lata temu, ale jest i funkcjonuje dość poprawnie w ramach określonych możliwości państw-donatariuszy. Tak jak już wielokrotnie powtarzałem, dalszy rozlew krwi niewiele przyniesie Ukrainie, gdyż jej cele strategiczne są absolutnie poza zasięgiem sił zbrojnych, państwa i jego możliwości. Nie istnieje żadna przestrzeń dla podtrzymywania mitologii zwycięstwa opartej na idei „odzyskania”. W gruncie rzeczy na dziś sprawy mają się tak, że istnieje bardzo duża szansa na to, że każda kolejna wieś i każde miasteczko zajmowane przez Rosjan będzie Rosją na trwałe, gdyż istnieje bardzo duża szansa na to, że pokój lub rozejm (co w gruncie rzeczy oznaczać będzie to samo) opierać się będzie na linii demarkacji wyznaczanej przez aktualne położenie wojsk. Nie potrzeba tutaj skomplikowanych wyliczeń i analiz statystycznych, które zresztą w obecnych okolicznościach i tak byłyby mało miarodajne z powodu skutecznego ukrywania przez wojujące strony aktualnego stanu spraw. Ukraina jako państwo posiadające znacznie mniejsze zasoby finansowe i demograficzne jest w dużo gorszym położeniu od Rosji, mającej bardzo duża przewagę w obu tych czynnikach budujących ogólne położenie strategiczne. Mówiąc krótko – nie można zakładać, że państwo słabsze MUSI przegrać wojnę konwencjonalną z silniejszym w liczbach bezwzględnych przeciwnikiem, historia zna przypadki dokładnie odwrotnego zakończenia konfliktu zbrojnego. Państwo słabsze ma jednak dużo mniejszy „margines błędu” od państwa silniejszego. Jest w stanie prowadzić skuteczne działania wojenne mimo sytuacji w której przewaga liczebna wroga jest aksjomatem dyrygującym własną strategią, sztuką operacyjną, a nawet taktyką, ale z każdą kolejną błędną decyzją skutkująca porażką w tej, czy innej przestrzeni szanse strony słabszej drastycznie maleją, podczas gdy zgodnie z logiką uwzględniająca sumę potencjałów, strona przeważająca ma znacznie większy zapas sił, by takie niepowodzenia znosić i jednocześnie nadal posiadać zdolność do kontynuowania wojny. Widzimy tę prawdę jak na dłoni i to od co najmniej trzech lat.

          Nie jest moim celem wskazywanie konkretnych momentów w ogólnej dynamice trwającej wojny, które redukowały zdolność Ukrainy do osiągnięcia pełnego militarnego zwycięstwa nad Rosją. W gruncie rzeczy, poglądy zarówno moje, jak i wielu innych zainteresowanych losami konfliktu osób w tej kwestii ewoluowały wraz z rozwojem sytuacji strategicznej obu walczących stron. W pierwszym, „manewrowym” okresie wojny oczywistym było, że brak sukcesu strony rosyjskiej polegający na niezdolności do pełnego uzyskania założonych celów jest klęską Rosji i zwycięstwem Ukrainy. Ukraina zabezpieczyła sobie zbrojnie niepodległy byt i to wytworzyło zupełnie nową sytuację w połączeniu z oczywistą słabością militarną Rosjan (problemem znanym, lecz zupełnie niedoszacowanym) wytworzyła rodzaj euforii w perspektywie oczekiwanego „zwycięstwa” w postaci wspominanego już wcześniej potencjalnego odzyskania okupowanych przez Rosje terytoriów. Do dziś w zasadzie ten miraż nakreśla oficjalne stanowisko Kijowa w kwestii potencjalnych rozmów pokojowych i jest jego głównym punktem odniesienia. Oczywiście w polityce informacyjnej coraz częściej padają słowa o możliwych cesjach, ale zwykle takie sugestie są obwarowane brakiem społecznej akceptacji na takie rozwiązanie, co ma stanowić rodzaj rękojmi możliwości kontynuowania wojny, z uwagi na wolę ukraińskiego narodu. Biorąc pod uwagę fakt, że aktualnie uprawiana polityka zawsze ma „twarz” w postaci firmującego ją polityka, a ten ma aktualnie bardzo niewielkie szanse na reelekcję w potencjalnych wyborach, to bardzo słaba karta. Przy czym pragnę zaznaczyć, że owa słaba karta służy nie tyle grze z wrogiem zewnętrznym, co raczej z własnym społeczeństwem. Mówiąc wprost obecny prezydent Ukrainy nie ma interesu w tym by kończyć wojnę, bo jej zakończenie oznacza bolesne przebudzenie ze snu o odzyskaniu Krymu i Donbasu, ale także koniec jego własnej kariery politycznej. Bez względu jednak na wolę Kijowa ewentualny realny rozejm lub pokój ma i tak bardzo niewielkie szanse, gdyż musiałaby go chcieć także druga strona, a ta czuje swoją przewagę i wcale nie ma zamiaru do końca wojny prowadzić. Głównie dlatego, że jako się rzekło – jest całkiem możliwym, że linię demarkacyjną wyznaczać będzie ogólne położenie wojsk.

          Dlaczego tak trudno jest nam przyjąć do wiadomości, że ogólny obraz jest tak głęboko zabarwiony pesymizmem? Odpowiedź jest bardzo prosta i jest na wyciągnięcie ręki – obrazy wojny, które do nas docierają wcale nie zawierają elementów składowych porażki. Narracja – jak to na wojnie – jest prosta i opierając się o potęgę obrazu wskazuje niezmiennie na to, że „nasze” chwaty trzymają się dzielnie, wróg ponosi ogromne straty i właściwie wszystko jest ok. Wróg ponosi wielkie (trudno dokładnie powiedzieć jak wielkie) straty, ale wie, że może sobie na nie pozwolić, czego już docierające do nas obrazy wojny nie przekazują. Wojna nie musi wcale opierać się o zimne kalkulacje i wyliczenia, wręcz nie powinna. Jeśli jednak bieg działań wojennych sprowadzony zostaje zgodnie z interesem jednej strony do wyniszczającej bitwy materiałowej statystyki i analizy zaczynają mieć kluczowe znaczenie. Więc kolejny raz w tym momencie trzeba zauważyć, że nie trzeba wielkich wyliczeń, by zrozumieć jak trudne jest obecne położenie Ukrainy. Choćbyśmy bardzo tego nie chcieli.

 

II.

         Nic nie jest na swoim miejscu. Może poza wrogą każdej demokracji Rosją. Budzimy się każdego dnia w nieco innej rzeczywistości, dziś na przykład ja obudziłem się w takiej, w której prezydent USA oskarża kraje europejskie zrzeszone w NATO o wiarołomostwo i brak chęci do działania w obronie amerykańskich interesów. Mówiąc takie rzeczy jednocześnie otwarcie grozi swojemu sojusznikowi użyciem siły zbrojnej w celu zaanektowania części jego terytorium. Nie wydaje mi się, by za tymi słowami w najbliższym czasie poszły czyny, a publiczne dywagowanie w mediach na temat potencjalnej amerykańskiej agresji na Danię i o wyimaginowanych lękach europejskich przywódców z tym związanych uważam za oczywisty przejaw całkowitego braku dojrzałości intelektualnej i świadomemu działaniu wbrew szeroko pojętemu interesowi publicznemu, a jedynie pragnieniu „zaistnienia” w olbrzymiej i rozdętej przestrzeni medialnej, w której trzeba nieustannie przesuwać granice, by nadal istnieć. Za tymi wybrykami stoją jednak fakty, które tak trudno wielu kręgom miłośników amerykańskiej rzeczywistości przyjąć. Jak wiele razy już głośno powiedziałem, fajnie jest być sojusznikiem USA, a przynajmniej cudownie jest do czasu długotrwałego konfliktu zbrojnego, który wymaga od nich wysiłków trwających nieco dłużej niż paręnaście miesięcy realnej brutalnej wojny. Może moja ocena jest zbyt brutalna, może jest niesprawiedliwa, ale tam, gdzie kończą się interesy wielkich mocarstw kończy się pomoc i zaangażowanie. Nie rozumiem, dlaczego tak trudno to zrozumieć, bo przecież mieliśmy z tym zjawiskiem do czynienia już tak wiele razy w przeszłości.

          Mam świadomość tego, co wydarzyło się na przykład w Wietnamie Południowym, gdzie cel w postaci reelekcji Richarda Nixona okazał się absolutnie nadrzędnym nad dotrzymaniem zobowiązań sojuszniczych. Tak jak obecnie, gdy Donald Trump planował swoją strategię wygrania wyborów i przejęcia władzy, tak wówczas bez mrugnięcia okiem poświęcono cały kraj i miliony jego mieszkańców na rzecz sukcesu we własnych czterech ścianach. Tak jak obecnie, tak wtedy prezydent i jego najbliżsi współpracownicy potrafili we własnym gronie głośno i bez ogródek powiedzieć, że pora zostawić sojusznika samemu sobie na pewną zagładę, byleby tylko rozciągnęła się w czasie na tyle, że nie będzie już mogła swym zaistnieniem zaszkodzić urzędującej administracji. To żadne dla Białego Domu arkana i dopóki nie wybuchła wojna w Europie, my Europejczycy tak bardzo staraliśmy się o tym nie pamiętać. Donald Trump nie zakończy wojny ani dziś, ani jutro. Trudno powiedzieć, kiedy wojna się skończy, bo przecież ów koniec wojny nie leży w interesie głównych rozgrywających. Jest to jednak moment ważny, gdyż uświadamia swym chaosem, że czas na podjęcie radykalnych decyzji, dzień dzisiejszy daje takim decyzjom fantastyczną wprost przestrzeń. Mówiąc wprost albo nasza Europa postanowi samemu zadbać o swoje bezpieczeństwo jeszcze bardziej zwierając szeregi i tworząc nowe, scentralizowane struktury militarnego bezpieczeństwa, albo pozostanie w ułudzie i oczekiwaniu. To ostatnie jest o tyle niebezpieczne, że nikt nie daje nam przecież gwarancji, że po obecnym Trumpie nie przyjdzie jeszcze głupszy.

Komentarze

Popularne posty