"Pokolenie końca Świata"
"Pokolenie Końca Świata"
I.
Nikt normalny na tym świecie nie będzie bronił Nicolasa Maduro. To nie tylko klasyczny "Caudillo", tyran posługujący się siłą aparatu państwa w celu cementowania własnej dyktatorskiej władzy, ale też zupełnie nieudolny quasi menager, który nie potrafił mając tak ogromne możliwości wyprowadzić kraju z permanentnego giga kryzysu ekonomicznego, bo przecież Wenezuela posiada gigantyczne zasoby wysokogatunkowej ropy naftowej i gazu ziemnego. Nikt, kto choć raz na poważnie na przestrzeni minionej dekady nie pochylił się nad problemami wewnętrznymi Wenezueli nie ma najmniejszej wątpliwości, że rząd tego kraju w postaci dyktatora Maduro nie przestrzegał prawa, szantażował, uciekał się do przemocy i agresji. Czy jednak w jakikolwiek sposób uzasadnia to akt jakiego dopuściły się władze USA. Władze? Co mówię, Prezydent USA, bo przecież decydując się na interwencję nie zapytał o zgodę Kongresu, do czego był zobowiązany. Teraz ten sam Prezydent USA bredzi coś o "posiadaniu kontroli" nad Wenezuelą, co jednak nie jest prawdą, bo cała bytność siły USA sprowadziła się do desantu sił specjalnych i uprowadzeniu Maduro. Poza tym, że Maduro jest teraz gdzieś na terytorium USA Donald Trump ma dziś dokładnie taki sam wpływ na sytuację w Wenezueli, jaki miał przed porwaniem. Co teraz? Gdy administracja Trumpa zorientuje się, że porządek polityczny w Caracas się zupełnie nie zmienił, postanowi dokonać kolejnej inwazji? A potem jeszcze jednej i kolejnej? Siedemdziesiąt lat temu nikt nie bronił inwazji brytyjsko francuskiej na Egipt z powodu nacjonalizacji Kanału Sueskiego, teraz ma się obronić amerykańska próba odwrócenia przeprowadzonej jeszcze przez Hugo Chaveza nacjonalizacji przemysłu naftowego w Wenezueli, na czym najbardziej straciły amerykańskie przedsiębiorstwa naftowe?
Świat pełen jest Manuelów Noriegów i Nicolasów Maduro i Min Aung Hlaingów. Świat pełen jest problemów, których nie potrafimy jako społeczeństwo "globalnej wioski" poprawnie zidentyfikować, a amerykańska akcja w Wenezueli jest tego idealnym przykładem - przede wszystkim jest akcją, która nie rozwiązuje żadnego problemu, choć odtrąbiona została jako wielki sukces i pokaz sprawczości. Ani nie ustanie transfer narkotyków do USA - głównie dlatego, że samo USA nie posiada żadnych struktur do realnej walki z tym własnym przecież gigantycznym kryzysem społecznym poza "pistoletami", a przecież prastara zasada handlowa (co jest tak bliskie sercu amerykańskiego prezydenta) głosi, że jeśli jest popyt, to musi być i podaż. Dzisiejszy poranek nie przyniesie umęczonemu społeczeństwu Wenezueli "jutrzenki wolności", bo jak już wiemy krajem rządzą ludzie Maduro i nie zamierzają ze swej władzy rezygnować. jeśli faktycznie Donald Trump coś udowodnił, to tyle, że każdy "silniejszy" może naruszyć bez jakiegokolwiek mandatu międzynarodowego suwerenność "słabszego" i to bez jakichkolwiek konsekwencji. czyli coś, co od 2014 roku usiłuje forsować Władimir Putin. Przypominam tylko, że Maduro sięgnął po władzę na drodze na drodze właściwie zamachu stanu, ale Wenezuela jest jednak suwerennym państwem i jako takie powinno być traktowane. Dziwię się tylko, że z ust Pana Zybertowicza mogło paść stwierdzenie, że amerykański atak może być odebrany jako ostrzeżenie w Pekinie i Moskwie. Nie jest ostrzeżeniem, jest niczym innym jak zaproszeniem do realizacji w podobny sposób własnych interesów, tym bardziej, że przecież taka Moskwa właśnie coś takiego robi i to od ponad dekady kosztem innego suwerennego państwa, którego zresztą integralności i bezpieczeństwa międzynarodowego miała być gwarantem. Oczywiście rozumiem doskonale, że podstawową przyczyną nabrania chęci na "małą zwycięską wojenkę" przez Donalda Trumpa nie była próba "uleczenia świata z wszelkiego zła", tylko chęć poprawienia własnych, mocno kulejących notowań jako prezydenta Stanów Zjednoczonych. Gdyby chciał coś zmieniać na lepsze, interesował by się sytuacją militarną Ukrainy zamiast miziać się publicznie z agresorem, poruszyłby problem trwającego już od wielu dekad gigantycznego kryzysu związanego z totalitarnym charakterem władzy w Myanmar, albo chociażby w pomoc humanitarną w cierpiącej na niewyobrażalne trudności Syrii. Zamiast tego domaga się umożliwienia mu aneksji Grenlandii.
Taka optyka przeważa w dzisiejszej rzeczywistości w większości budzących emocje tematów. Zamiast zdefiniować realne zagrożenia - zmiany klimatyczne, powrót do siłowego rozstrzygania konfliktów międzynarodowych, trudności gospodarcze i społeczne - skupiamy się nad Renem, Tamizą, czy Wisłą nad ich nie dostrzeganiem, omijaniem jak najszerszym łukiem ich istoty. Jeśli już jednak nadchodzi czas przejścia do rzeczy, to zamiast użyć rozumu i zastanowić się nad tym, co tak naprawdę z naszej perspektywy jest dolegliwe i niebezpieczne, w tak wielkiej mierze posługujemy się litanią manipulacji, półprawd lub wręcz otwartych kłamstw ze strony osób, dla których jedynym powodem odgrywania publicznej roli "czynnika opiniotwórczego" są własne względy finansowe. Pogrążamy się w świecie irracjonalnej fantazji nie popartej żadnym badaniem, najpłytszą nawet analizą, za to nie posiadających elementarnych kompetencji ku temu, by takim "czynnikiem opiniotwórczym" być. Najbardziej immanentną częścią tego informacyjnego chaosu jest fakt negowania rzeczywistości, co jest udziałem naprawdę dużej części społeczeństwa - i tego nad Renem i tego nad Wisłą. Tego nad Sekwaną też - właściwie całego Świata Zachodniego, którego jesteśmy częścią. Czyż nie jest tak, że porównywanie instytucji wspólnoty europejskiej do totalitarnej machiny Związku Sowieckiego jest tak wszechobecne, że aż traktowane jest jak prawda oczywista? To tylko przykład, ale bardzo wdzięczny przykład, bo idealnie wpisuje się w zasadę zdziczenia intelektualnego dyskursu w tak wielu kręgach. Wpisuje się też idealnie w zasadę "rozwiązywania problemów przez tworzenie nowych". Jak bowiem inaczej nazwać kwestionowanie przez tak wielką część społeczeństwa ponadnarodowej struktury, która jest w gruncie rzeczy jedynym gwarantem istniejącej pomyślności i wszelkich perspektyw rozwoju?
II.
Sami dla siebie stajemy się najśmiertelniejszym z zagrożeń. Sami dla siebie jesteśmy tak dalece destruktywni, że potrafimy mimo oczu tak szeroko otwartych tak skutecznie alienować się od własnego zdrowego rozsądku. Nie chodzi tutaj o rzeczy głupie i szkodliwe w rodzaju używek, "wchodzenia piętnasty raz do tej samej rzeki" w kwestiach uczuciowych, lub inne oczywiste oczywistości. To dalece bardziej skomplikowane struktury, które znamy przecież doskonale - musimy od dawna koegzystować z ludźmi kwestionującymi skuteczność współczesnej medycyny, ufającymi w prymitywne w gruncie rzeczy algorytmy internetowych massmediów domorosłych politologów opierających się na stereotypach i niezdrowych emocjach, które zresztą konsekwentnie wzmacniamy i "pompujemy" swoim własnym zainteresowaniem. To ostatnie jest fenomenem, którego autentycznie nie rozumiem - robiąc przestrzeń publiczną poprzez dyskutowanie "prawd objawionych" różnorakich internetowych znachorów rzeczywistości społecznej czynimy ich jeszcze bardziej rozpoznawalnymi i jeszcze bardziej wpływowymi. Skoro tak, to mającymi jeszcze szerszy zasięg oddziaływania. Mówiąc szczerze, nie sądziłem, że kiedykolwiek dożyję sytuacji w której jednym z najpopularniejszych ludzi mediów będzie były blogger sportowy, który zarobił na swej działalności i popularności nowego typu imperium medialne mające autentyczny wpływ na sposób myślenia o świecie setek tysięcy dorosłych podobno ludzi.
Wiele razy w przeszłości odnosiłem się do potęgi internetowej manipulacyjnej przestrzeni współczesnych "kaznodziejów jedynej prawdy" i nie czuję już więcej potrzeby ponownego poruszania tego tematu. Zresztą jest już za późno, pora zacząć mówić o konsekwencjach bezgranicznej wiary w radosny byt w rzeczywistości równoległej, ograniczonej tylko i wyłącznie zasięgiem fejsbukowej rolki i instagramowego postu. To już nie kwestia tworzenia smutnych i pesymistycznych przepowiedni kształtu nowego świata, tego który nadejdzie. Pora zacząć mówić o nim, jako o świecie który już między nami jest. Doszło w szwajcarskim kurorcie do straszliwej tragedii - w efekcie gwałtownego pożaru zginęło czterdzieści osób, ponad setka została ranna. Ja autentycznie współczuję rodzinom i bliskim ofiar, z autentycznym smutkiem myślę o cierpieniu tych, którzy przeżyli, a którzy teraz będą miesiącami, a być może nawet latami leczyć fizyczne i psychiczne urazy. Co jednak zwróciło moją szczególną uwagę podczas śledzenia kolejnych doniesień z miejsca tej strasznej katastrofy, to fakt uchwycenia na filmach i zdjęciach samego momentu początku katastrofy. To jest niebywałe i dla mnie najzupełniej niezwyczajne, że w chwili wybuchu gwałtownego pożaru zaprószonego przez kompletnie nieodpowiedzialnych użytkowników sztucznych ogni w małej, ograniczonej jednak przestrzeni knajpy pełnej bardzo łatwopalnych materiałów, uczestnicy zabawy zamiast rzucić się do gaszenia ognia, lub co najbardziej sensowne - do szybkiej i sprawnej ewakuacji, rzucili się do robienia zdjęć i filmów rozpoczynającego się armagedonu, by znaleźć jeszcze czas na ich publikację w mediach społecznościowych. Ta postawa, to zachowanie jest w moich oczach światem, który już tu jest. Nie chcę używać przy tym słów wulgarnych, albo po prostu ostrych, ale to świadectwo kompletnego braku jakiejkolwiek rozwagi, a właściwie nawet elementarnego instynktu samozachowawczego na długo będzie dla mnie sygnałem niebezpieczeństwa najwyższego. Niebezpieczeństwa nastania kultury prezentowanej przez generację końca świata.
Nie piszę o tym wszystkim z pozycji wszechwiedzącego. Jestem zwykłym człowiekiem, który wstaje codziennie o czwartej rano do pracy, a największe przyjemności czerpie z rzeczy zupełnie prozaicznych - wypicia butelki wina, przeczytania dobrej książki, okazywania elementarnej empatii tam, gdzie jest ona niezbędna, czy drobnych sukcesów w pracy. Zastanawiam się jednak nad tym, jak bardzo wkroczyłem wraz z wami w wiek klęski i uzasadnionych obaw o przyszłość, a kiedy przychodzi mi obserwować rzeczywistość w nieco szerszej skali przestaję mieć jakiekolwiek wątpliwości. To bardzo smutne zastanawiać się nad tym, jak bardzo przykładamy się jako wielkie społeczeństwo do obracania w gruzy wszystkiego tego, co udało się naszym poprzednikom i nam samym osiągnąć. Przecież to nie wyimaginowana groźba, ale realne zagrożenie - wystarczą jedne wybory powszechne, a jak się okazuje nawet jedna samodzielna decyzja człowieka, który mając władzę ma także narcystyczne ciągoty i jednak bardzo ograniczone horyzonty. Takim ludziom potrafimy oddawać władzę w systemie demokratycznym, zupełnie bez jakiejkolwiek głębszej refleksji, bo coś, co jest możliwe w jednym kraju Zachodu, jest w gruncie rzeczy możliwe w każdym innym. Oddamy takim władzę i będziemy się dziwić dlaczego sprawy mimo obietnic i zaklęć nie idą w dobrą stronę, bo jeśli osiągnęliśmy już zdolność do poczucia dumy z możliwości sfilmowania własnej śmierci, właściwie jesteśmy już całkowicie zdolni do sfilmowania końca świata jaki znamy. To dopiero zbuduje nasze zasięgi.

Komentarze
Prześlij komentarz