„Argument”. Sześć krwawych dni
„Argument”
Sześć krwawych dni
„A Słońce wysoko, wysoko
Świeci pilotom w oczy.
Ogrzewa niestrudzenie,
Zimne niebieskie przestrzenie…”
Spacer po
kruchym lodzie
Początek 1944 roku miał przynieść
długo oczekiwany przełom, zmienić oblicze wojny powietrznej nad Europą. Wbrew tak
długo pielęgnowanym założeniom teoretyków wojny powietrznej poprzednie miesiące
mimo zaangażowania nieznanych wcześniej środków nie były dla alianckiego
lotnictwa szczególnie udane. Idea wielkich bombardowań strategicznych była z
pewnością obiecująca i jej stopniowa realizacja zadawała nazistowskiej „Twierdzy
Europa” ciężkie ciosy, dotykając zdolności produkcyjnych, terroryzując ludność
cywilną i stopniowo pozbawiając ją dachu nad głową, a przede wszystkim –
zmuszając niemiecką Luftwaffe do coraz większej koncentracji sił myśliwskich na
Zachodnim Teatrze Działań, co oczywiście redukowało jej aktywność na
pozostałych frontach. Latem i jesienią 1943 roku alianccy dowódcy upierający
się przy słuszności swych poglądów napotkali jednak na poważne trudności, które
stawiały pod znakiem zapytania słuszność inwestowanych tak szczodrze zasobów w
kontynuację bombardowań strategicznych. Mimo kilku spektakularnych sukcesów
niemiecka obrona okazała się nadspodziewanie silna i w konsekwencji
kilkukrotnie potrafiła odnieść bardzo poważne sukcesy zadając ogromne straty
potężniejącym z każdym miesiącem wielkim formacjom bombowym Sojuszników. W
efekcie ciężkich strat poniesionych nad Schweinfurtem, Ploesti, czy Zagłębiem
Ruhry morale załóg alianckich bombowców nie było zbyt wysokie, a przede
wszystkim niemiecki przemysł nie sprawiał wrażenia załamującego się.
Kapitan Walter Dahl opuszcza kokpit swego Bf-109 G6/R-6
Po osiągnięciu poważnych wzrostów
względem danych z 1942 roku, od maja 1943 roku utrzymywał swoją wydajność na
mniej więcej podobnym poziomie. Jak się wydaję podstawową przyczyną takiego
stanu rzeczy, była nie najlepsza struktura priorytetów ustalonych przez
alianckie dowództwo, w efekcie którego za niezwykle, wręcz krytycznie ważne
było atakowanie baz operacyjnych i stoczni produkujących niemieckie okręty
podwodne, choć od maja 1943 roku te rozpoczęły odwrót z Północnego Atlantyku i
nie przedstawiały sobą wielkiego zagrożenia dla alianckich planów wojennych.
Poza wspomnianym uderzeniem na rumuńskie pola naftowe w rejonie Ploesti nie
próbowano natomiast zorganizować długotrwałej i konsekwentnej kampanii przeciw
niemieckim zakładom produkcji paliw płynnych, co faktycznie mogło przynieść
poważne konsekwencje dla niemieckiej zdolności prowadzenia wojny.
P-38 J kapitana Jerry Leinwebbera w locie nad Niemcami
Fakt ustabilizowania się ogólnego
poziomu produkcji wojennej Niemiec nie wynikał tylko z faktu prowadzenia
nalotów strategicznych, był raczej efektem nakładania się wielu różnych
czynników, choć oczywiście nie należy całkowicie deprecjonować alianckiego
wysiłku. Bardzo duże znaczenie miał problem niewłaściwego układania priorytetów
w początkowym okresie wojny, niewłaściwym zarządzaniu posiadanymi zasobami –
tak ludzkimi, jak i surowcowymi – oraz konieczność stałego modernizowania
posiadanego aktualnie w produkcji seryjnej arsenału broni, związanego z typowym
dla stanu długotrwałej wojny ciągłym wyścigiem technologicznym. Mimo fatalnego
położenia geostrategicznego Niemiec, poprzez zmiany proceduralne oraz stopniową
mobilizację posiadanych rezerw uzyskiwano całkiem niezłe wyniki produkcyjne. Imponował
zwłaszcza w takich warunkach wzrost produkcji lotniczej:
|
Rok |
1939 |
1940 |
1941 |
1942 |
1943 |
|
Bombowce |
737 |
2852 |
3373 |
4337 |
4799 |
|
Myśliwce |
614 |
2735 |
3744 |
5358 |
10059 |
|
Samoloty Szturmowe |
134 |
603 |
507 |
1249 |
3266 |
|
Samoloty Rozpoznawcze |
163 |
939 |
1105 |
1067 |
1117 |
|
Wodnosamoloty |
135 |
312 |
186 |
223 |
330 |
|
Samoloty Transportowe |
145 |
388 |
507 |
588 |
1028 |
|
Łącznie |
1928 |
7829 |
9422 |
12822 |
20599 |
Analizując powyższe dane produkcyjne
należy pamiętać, że podobnie jak w Związku Radzieckim a w odróżnieniu od choćby
Wielkiej Brytanii w Niemczech mimo istnienia wielu biur konstrukcyjnych
zdolnych do wolnorynkowej konkurencji istniała nieformalna nić powiązań na
linii zarządy koncernów – władze państwa, które w wielu przypadkach tworzyły
niezdrową sytuację uprzywilejowania części firm kosztem innych producentów
broni. Niemniej, przemysł lotniczy Niemiec osiągnął w istniejących warunkach
bardzo dobre wyniki, jednocześnie dostosowując profil produkcji lotniczej do
istniejących potrzeb – zmniejszona dynamika wzrostu produkcji samolotów
bombowych na rzecz intensyfikacji produkcji samolotów myśliwskich i generalnie
rzecz ujmując samolotów wsparcia wojsk naziemnych niewątpliwie odzwierciedlała konsekwencje
przebiegu działań wojennych i zasadniczy zwrot w strategii wojennej Niemiec,
który dokonał się na przestrzeni 1943 roku. Co ważne, niemieckie ośrodki
badawcze potrafiły wykazywać się niemałą inwencją na polu nowych technologii i
prowadzono bardzo zaawansowane prace nad nowymi rodzajami napędu – odrzutowym i
rakietowym, co pozwalało mieć nadzieję, na uzyskanie technologicznej przewagi
nad każdym przeciwnikiem. Z drugiej strony, choć przewaga jakościowa
niemieckich samolotów nad sowieckimi odpowiednikami nie podlegała dyskusji, to
jednak brytyjskie i amerykańskie zakłady produkcji lotniczej tworzyły coraz
bardziej zaawansowane technologicznie samoloty, w wielu aspektach
przewyższające niemieckie odpowiedniki. Wyraźny kryzys brytyjskiego lotnictwa
taktycznego na Zachodzie związany z przewagą niemieckiego FW-190 A nad
brytyjskim Supermarine „Spitfire” Mk V zakończył się wraz z wprowadzeniem do
służby wariantu Mk IX, który w rękach doświadczonego pilota RAF stanowił
śmiertelne zagrożenie dla każdego pilota Luftwaffe. Amerykanie stale unowocześniali
swoje P-38 „Lightning” i P-47 „Thunderbolt”, które prezentowały wspaniałe
walory na wysokościach na których oba podstawowe typy niemieckich myśliwców
gwałtownie traciły osiągi z uwagi na charakterystykę konstrukcji. W sumie, u
schyłku 1943 roku presja wywierana na niemieckie siły powietrzne stacjonujące w
Europie Zachodniej i Południowej, była stała i bardzo silna, a jednostkowe
triumfy niewiele zmieniały – poziom strat własnych rósł do nieakceptowalnych
poziomów i wyższe dowództwo niemieckich sił powietrznych nie bardzo potrafiło
znaleźć środki zaradcze, pomijając stały transfer sił z innych kierunków
działań i stopniową rozbudowę naziemnej obrony przeciwlotniczej poprzez
organizację coraz to nowych związków artylerii przeciwlotniczej.
Sierżant Peter Crump z II./JG 26 na tle swojej „Czarnej
10” w bazie Vitry
Alianci dość dobrze wykorzystywali
posiadane instrumenty walki powietrznej w istniejących okolicznościach – brytyjski
RAF koncentrował swoje wysiłki na operacjach lotniczych wymierzonych w
okupowane terytoria Zachodniej Europy, a ich Bomber Command wyspecjalizowało
się w nocnych nalotach na niemieckie miasta, które zapamiętane zostały jako
szczególnie dotkliwe dla ludności cywilnej, gdyż bombardowano przede wszystkim
zwartą zabudowę dużych aglomeracji miejskich. Amerykańskie siły powietrzne poza
operacjami wsparcia własnych sił lądowych we Włoszech skupiały się na misjach
średnich bombowców sekundujących maszynom RAF, a przede wszystkim, na
dokonywaniu zmasowanych nalotów dziennych na niemiecka infrastrukturę
przemysłową i komunikacyjną. Bardzo istotnym czynnikiem ułatwiającym Aliantom
działanie zmierzające ku uzyskaniu całkowitego panowania w powietrzu i
zniszczeniu niemieckiego przemysłu była jednak strategia obrony ich
przeciwnika. Niemieckie dowództwo Luftwaffe przeżywało poważny kryzys – zawsze starający
się mieć jak najwięcej do powiedzenia w kwestiach polityki operacyjnej Herman Göring
cierpiał na poważne dolegliwości związane z pogrążaniem się w uzależnieniu od
środków przeciwbólowych i halucynogennych. Coraz silniejsza presja alianckiego
lotnictwa godząca z całą mocą w terytoria kontrolowane przez Rzeszę powodowała,
że poza „znikaniem” na całe tygodnie, bezustannie tracił on swoją pozycję „Drugiego
człowieka Rzeszy”, siłą rzeczy ponosząc w oczach Hitlera odpowiedzialność za
istniejący, coraz bardziej frustrujący stan rzeczy.
Generał Adolf Galland (w środku) w otoczeniu
pilotów-ochotnikom ze Sturmstaffel 1.
Pozostali to od lewej Major
von Kornatzki poległy
12 września
1944),
Major Erwin Bacsila,
Uffz. Peinemann poległy
28 września
1944,
Uffz. Röhrich poległy
19 lipca
1944,
Gefr. Vivroux zmarły z ran
25 października
1944,
Gefr. Steffen ranny (stracił
rękę) 24 kwietnia 1944 – baza lotnicza Achmer, 17 listopada 1943 roku.
Wprawdzie w najbliższym otoczeniu Göringa
pozostawał wielu kompetentnych wyższych oficerów, zarówno pod względem
umiejętności dowodzenia w skali operacyjnej, jak również w obszarze
administracyjnego i organizacyjnego kierowania Luftwaffe, to jednak z reguły
nie mieli oni dostatecznej swobody w kwestii zakresu podejmowania decyzji. Prowadziło
to do dość zadziwiających sytuacji – z jednej strony to Göring był ojcem
jednego z najbardziej spektakularnych sukcesów niemieckich myśliwców podczas
letniej i jesiennej fali amerykańskich nalotów na cele położone w głębi
Niemiec, kiedy to nakazał swym pilotom lądować na przygodnych lotniskach w celu
ponownego uzbrojenia i zatankowania samolotów i natychmiastowego ponownego
startu, by jeszcze raz przechwycić amerykańskie formacje bombowe. Wraz z
organizacją sieci „lotnisk technicznych”, na których na co dzień nie bazowały
żadne jednostki bojowe, ale miały zaplecze do przygotowania samolotów bojowych
do kolejnej misji zaczął się tak zwany „Okres Migracji Luftwaffe”, jak nazywali
tę taktykę niemieccy piloci. Faktycznie, podczas długich, wielogodzinnych lotów
nad cele w Niemczech Środkowych amerykańskie załogi bombowców miały wrażenie,
że są atakowane przez setki niemieckich myśliwców, co było niezwykle
wyczerpujące psychicznie. Tymczasem, w akcji brały udział te same formacje,
często uszczuplone o samoloty uszkodzone i stracone we wcześniejszych starciach.
Aby wspomóc wysiłek pilotów dziennych jednostek myśliwskich dowództwo Luftwaffe
w tym okresie chętnie korzystało z jednostek lotnictwa myśliwców nocnych, które
w warunkach braku przeciwdziałania myśliwców wroga były w stanie odnosić pewne
ograniczone sukcesy przeciw ciężkim bombowcom B-17 i B-24. Jednocześnie jednak,
najwyższe dowództwo Luftwaffe wywierało na swych podwładnych stałą i nieznośną
wręcz presję związaną z obowiązkiem odpierania każdego tego rodzaju wtargnięcia
w przestrzeń powietrzną Niemiec, jednocześnie nie potrafiąc w żaden sposób przygotować
jednostek bojowych do skutecznego radzenia sobie w takich okolicznościach. Oczywiście,
po pierwszych bardzo niemiłych doświadczeniach związanych z próbami
przechwytywania amerykańskich formacji bombowych dość szybko udało się
staraniem kilku oficerów dowodzących jednostkami myśliwców we Francji i
Niderlandach (Egon Mayer i Georg-Peter Eder) opracować taktykę ataków
czołowych, która przyniosła potem wiele sukcesów, ale przede wszystkim,
znacząco ograniczyła straty w walce. Dla niemieckich pilotów pojawienie się wielkich
i dobrze uzbrojonych defensywnie B-17 i B-24 było ciężkim szokiem – zmasowany ogień
karabinów maszynowych w połączeniu z dość dużą odpornością zwłaszcza tych
pierwszych na ogień z Messerschmittów i Focke-Wulfów budziły uzasadniony lęk i
w ocenie wielu wyższych rangą oficerów Jagdfliegerzy zbyt szybko rezygnowali z
ataków, lub prowadzili je ze zbyt dużej odległości. Gdy Luftwaffe nie była w
stanie niszczyć rosnących liczebnie z każdym miesiącem amerykańskich formacji
bombowych, nawet jeśli była w stanie zadawać im ciężkie straty na głowy pilotów
i oficerów bezpośrednio dowodzących na podniebnym polu walki spadała
każdorazowo olbrzymia fala krytyki. Była to w oczywisty sposób forma odwracania
od swojej osoby gniewu Hitlera preferowana nie tylko przez Göringa, ale także
przez Generalnego Inspektora Dziennego Lotnictwa Myśliwskiego, generała Adolfa „Dolfo”
Gallanda. O ile krytyka poczynań i zachowań Göring jest rzeczą zupełnie
powszednią i oczywistą w rozmaitych publikacjach tematu, to z reguły ich
autorzy mimo wszystko nie dostrzegają niezwykle destruktywnej roli Gallanda,
jakby zapominając, że to on przecież stał na czele dziennych jednostek myśliwskich
w interesującym nas okresie. Przyglądając się bliżej tej postaci, bardzo szybko
ukazuje się oczom wnikliwego i cierpliwego analityka obraz bardzo typowy dla
jednego z dwóch klasycznych typów osobowości wyższych rangą dowódców jednostek
myśliwskich ówczesnej Luftwaffe.
Hermann Göring podczas inspekcji w ZG 26.
Co do zasady, w związku z charakterem
działań, rodzajem stosowanej taktyki i systemowi dowodzenia na polu walki
średnią i wyższą kadrę oficerską dziennych jednostek myśliwskich Luftwaffe cechował
niezwykle wysoki poziom agresji w sposobie prowadzenia walki. Jakkolwiek ów
rodzaj agresywnego dowodzenia i angażowania się w walkę, kiedy tylko się da
wydaje się cechą jak najbardziej pożądaną, ale w warunkach operacyjnych roku
1943, przy dużej przewadze liczebnej przeciwnika taka postawa nieuchronnie
prowadzić musiała do ogromnych strat własnych. Galland nigdy nie zrozumiał jak
wielką szkodę uczynił niemieckiej Tagjagd i jej przecież bardzo ograniczonym
zasobom swoim agresywnym i ofensywnym duchem, nigdy nie rozumiejąc procesów
zachodzących w czasie rozwoju kolejnych etapów wojny powietrznej. Doskonałym
przykładem jego rozumowania jest decyzja o zastąpieniu na stanowisku dowódcy JG
26 „Schlagetter” majora Gerhardta Schöpfela, majorem Josefem „Pipsem”
Prillerem, co już po wojnie skomentował podczas wywiadu jako wymiana nie dość
agresywnego dowódcy, na takiego, który jego zdaniem takie cechy posiadał.
Pomijając drugie dno całej sprawy – Galland wiedział, że Schöpfel jest jednym z
najbłyskotliwszych taktyków w całej Luftwaffe i najzwyczajniej w świecie
traktował go jak konkurenta do wpływów i władzy – odsuwano od dowodzenia na
pierwszej linii oficera, który prowadząc swych ludzi przeciw często
kilkukrotnie liczniejszym brytyjskim myśliwcom odnosił niebywałe sukcesy właśnie
dzięki bardzo umiejętnemu dozowaniu agresji.
Major
Gerhardt Schöpfel
„Pips” Priller okazał się być równie
dobrym oficerem, charyzmatycznym liderem i wspaniałym pilotem, ale tego rodzaju
decyzje pozbawiały Luftwaffe wielu niezwykle zdolnych oficerów, których u
schyłku 1943 roku Tagjagd wcale nie miała w nadmiarze. Galland był
ucieleśnieniem wszystkich pobocznych i w gruncie rzeczy negatywnych efektów
procesu „wychowywania” kadry oficerskiej Jagdwaffe. Już od pierwszych dni wojny
w szeregach niemieckich pilotów myśliwskich zapanował podsycany zręcznie przez
najwyższe dowództwo swoisty kult sukcesów indywidualnych, mający wszelkie cechy
zupełnie irracjonalnego wyścigu. Skuteczna i agresywna taktyka oparta o
znakomity i praktyczny szyk „Cztery Palce” dość szybko wyłoniła całkiem sporą
grupę pilotów wybitnych, o osiągnięciach indywidualnych zdecydowanie
przewyższających większość kolegów, ale także przeciwników. Dla wielu wyróżniających
się niemieckich pilotów myśliwskich imponująca ilość zwycięstw powietrznych
szybko stała się trampoliną do wielkiej kariery – błyskawicznych awansów i
promocji, wysokich odznaczeń i przede wszystkim intensywnego zainteresowania
aparatu propagandy, co czyniło z nich rodzaj herosów, rodziło poczucia bycia
autentycznym „nadczłowiekiem”. Faktycznie system ten ofiarował Luftwaffe całe
zastępy wyjątkowo utalentowanych pilotów, będących niebywale inspirującymi
przywódcami w powietrzu, ale równie duża część owych „Experten” niespecjalnie
interesowała się zasadami walki zespołowej i losem podwładnych, traktując
jednostki bojowe, którymi przyszło im dowodzić jako rodzaj „orszaku
przybocznego”, narzędzia do odnoszenia kolejnych indywidualnych sukcesów, by
piąć się coraz wyżej w hierarchii sukcesów. Ten bardzo niezdrowy rodzaj
konkurencji prowadził do częstych konfliktów pomiędzy wyższymi oficerami.
Pamiętnym przykładem był tu ostry spór pomiędzy Johannesem „Macky” Steinhoffem,
a Heinzem „Pritzlem” Bärem o sens prowadzenia działań bojowych przy użyciu
dotychczasowej taktyki w schyłkowym okresie bytności Luftwaffe w Afryce
Północnej. Kłótnia zakończyła się oskarżeniem Bära o tchórzostwo w obliczu
wroga, co na długi czas przerwało karierę tego wybitnego oficera i świetnego
lotnika, wobec odesłania go w roli instruktora do jednostki szkolnej, a
następnie odesłania z powrotem na linię frontu z zakazem obejmowania
jakichkolwiek stanowisk dowódczych.
Major „Pritzl” Bär podczas inspekcji zniszczonej przez
siebie „Latającej Fortecy” o nazwie własnej „Miss Ouachita”. Po prawej jego
stały skrzydłowy, ubrany w amerykańską kurtkę lotniczą sierżant Schumacher.
W efekcie tych wszystkich czynników,
jak również dzięki poglądom najwyższych władz Rzeszy Luftwaffe mimo
zwiększonego nacisku ze strony alianckiej potęgi powietrznej nieustannie
próbowała agresywnie reagować na operacje lotnicze aliantów i stawała do walki
w zasadzie w każdych, nawet najbardziej niekorzystnych okolicznościach. Mimo
wszystkich swoich słabości i świadomości dowództwa alianckiego o olbrzymich
możliwościach własnych sił na przełomie 1943 i 1944 roku nadal traktowano
niemieckie siły powietrzne jako trudnego i bardzo wymagającego przeciwnika. Tę
opinię dzielili zarówno konserwatywni zwolennicy wiary w zdolność do pokonania
Rzeszy bombardowaniami strategicznymi, jak i dużo bardziej pragmatyczni dowódcy,
myślący o konieczności zdobycia niekwestionowanego panowania w powietrzu w
ciągu nadchodzących miesięcy, aby móc wykorzystać pełnię alianckiej potęgi lotniczej
w nadchodzącej wielkimi krokami operacji otwierania właściwego II Frontu w
Europie Zachodniej. U zbiegu tych rozważań znalazła się idea przekierowania
alianckiego wysiłku w wielkiej strategicznej ofensywie lotniczej na załamanie
potęgi Luftwaffe, co było możliwe w praktyce dzięki dwóm czynnikom –
obezwładnieniu niemieckiego lotnictwa myśliwskiego i zadaniu druzgocących ciosów
wciąż rosnącej niemieckiej produkcji lotniczej. Tak narodziła się idea Operacji
„Argument”, serii powietrznych uderzeń, które w konsekwencji miały pomóc w
realizacji obu wyżej wymienionych celów.
Formacja amerykańskich B-17 pod ostrzałem z artylerii
przeciwlotniczej.
Na długo zanim amerykańscy piloci
myśliwscy zyskali techniczne możliwości prowadzenia dalekodystansowych misji
osłony własnych bombowców dzięki stałej modernizacji posiadanych samolotów lub
wprowadzania do służby nowych typów samolotów, ścierali się z pilotami myśliwców
Luftwaffe nad Morzem Północnym i Północno-Wschodnimi Niemcami. Bardzo pomagała
im absolutna koncentracja uwagi przeciwnika na atakowaniu samolotów bombowych i
potrafili zadawać wówczas przeciwnikowi ciężkie straty, choć nie zawsze były w
stanie nawiązać kontakt bojowy z wrogiem. 8 października 1943 roku podczas operacji
bojowej nr 111 8 Armii Lotniczej USA wymierzonej w cele położone na terenie
Bremy niemieckie myśliwce potrafiły zadać ciężkie straty bombowcom zmierzającym
nad cel – pierwsze dwie ich jednostki, które przechwyciły formację bombową,
czyli II./JG 3 i I./JG 1 zdołały rozproszyć bezpośrednią eskortę bombowców i
tym samym ułatwiły ataki kolejnym wchodzącym do akcji grupom. W krytycznym
momencie walki piloci JG 1 ponawiali swe ataki tak długo, że zostali zaskoczeni
przybyciem na pole walki kolejnej formacji amerykańskich myśliwców P-47 „Thunderbolt”
i w efekcie zaskoczenia ponieśli duże straty. Wśród poległych tego dnia
czterech pilotów tej doświadczonej Jagdgeschwader znalazł się jej dowódca, dwudziestosześcioletni
podpułkownik Hans „Fips” Philipp, kawaler Krzyża Rycerskiego z Liśćmi Dębu i
Mieczami, roszczący sobie prawo do 206 zwycięstw powietrznych. W sumie tego
dnia za sukces w postaci 32 zestrzelonych bombowców i trzech myśliwców P-47
Luftwaffe zapłaciła cenę w postaci straty 33 własnych myśliwców i 24 zabitych i
zaginionych pilotów.
Hans
„Fips” Philipp
Następnego dnia, podczas operacji
przechwycenia operacji nr 113, której celem były Gdynia, Anklam i Marienburg
niemieccy piloci zachowali daleko bardziej idąca powściągliwość i skutecznie
uniknęli konfrontacji z amerykańskimi myśliwcami, które bezowocnie
przeczesywały niebo nad Niderlandami. W efekcie spokojnych i rozważnych ataków przeprowadzonych
już podczas odwrotu amerykańskiej formacji bombowej znad celów zestrzelili oni
31 ciężkich bombowców i uszkodzili aż 145 kolejnych, przy stratach własnych
wynoszących 15 maszyn i tylko sześciu pilotów poległych lub zaginionych. Tylko
na tych dwóch przykładach widać wyraźnie, że dla niemieckiej obrony kluczową
kwestią było wymanewrowanie myśliwców osłony lub przystąpienie do ataku na bombowce
w chwili rozpoczęcia przez nią odwrotu z powodu ograniczonego zasięgu
działania. W obu nalotach formacje bombowe poniosły dość podobne straty, w obu
przypadkach czas ataku na bombowce przeciwnika był wyraźnie ograniczony
trudnościami w zorganizowaniu poszczególnych grup myśliwskich w zwarte formacje.
Dla amerykańskich sztabowców tego rodzaju bitwy powietrzne były natomiast
namacalnym dowodem na to, że ich wielkie formacje myśliwców eskortowych są w
stanie zadawać Luftwaffe bardzo ciężkie ciosy, o ile ta zechce prowadzić swe
operacje w zasięgu działania tychże maszyn operujących z baz we Wschodniej
Anglii.
Formacja P-47 „Thunderbolt” w locie.
Amerykańskie myśliwce (przede
wszystkim P-47) były nad dużych wysokościach śmiertelnym zagrożeniem i Niemcy
doskonale zdawali sobie z tego sprawę, niewiele jednak potrafili uczynić, aby w
jakikolwiek sensowny sposób zaradzić tej groźbie – kluczem nie była ani taktyka
działania, ani umiejętności indywidualne pilotów, gdyż na tym etapie wojny
proces szkolenia nowych lotników był do siebie wciąż dość podobny, przy czym niemieckie
programy szkoleniowe z uwagi na ograniczone zasoby paliw płynnych
zoptymalizowane były pod względem umiejętności taktycznych – na przykład nigdy na
szerszą skalę nie szkolono pilotów myśliwskich w zakresie wykonywania lotów
bojowych w warunkach słabej widzialności. Różnice stanowiły amerykańskie i
brytyjskie wysoko wydajne sprężarki i paliwo o znacznie wyższej liczbie oktanów.
Przede wszystkim jednak absolutnie kluczowym elementem budowy nowej strategii
działań było wejście do służby P-51 „Mustang”, które przy użyciu dodatkowych
zbiorników paliwa były w stanie osłaniać bombowce na całej ich trasie z Anglii
do Centralnych i Wschodnich Niemiec. W tym okresie w 15 Armii Lotniczej
operującej z baz położonych w rejonie Foggi amerykańskie formacje bombowe
atakujące cele w Południowych Niemczech i Austrii były już osłaniane na całej
trasie przez P-47 „Thunderbolt”. W sumie, dowództwo amerykańskich sił
powietrznych miało świadomość, że z początkiem nowego, 1944 roku będzie można
wznowić wielką strategiczna ofensywę powietrzną w zupełnie nowych warunkach.
Bardzo duży wpływ na planowany kształt działań miał generał major Doolittle,
dowodzący 15 Armią Lotniczą, który stał się najgłośniejszym rzecznikiem
odłączenia jednostek myśliwskich od eskortowanych bombowców, by zapewnić im jak
największą swobodę działania, zwłaszcza w obliczu coraz częściej używanej przez
Niemców taktyki „Gefechtsverband” – organizowania dużych formacji myśliwskich
dla większej skuteczności ataków na ciężkie bombowce.
P-51 „Mustang” w bazie.
W gruncie rzeczy obie strony od
jesieni 1943 roku otrzymywały widoczne sygnały, że nie wszystko układa się tak,
jakby tego pragnęło dowództwo lotnictwa USA i równolegle – dowództwo Luftwaffe.
Już po klęsce nad Schweinfurtem, gdy Amerykanie otrzeźwieni skalą strat
postanowili zawiesić operacje bombowe przeciw tak odległym celom siłą rzeczy
oznaczających całe godziny w powietrzu bez eskorty własnych myśliwców,
zdecydowali się na przeprowadzenie szeregu operacji bombowych przeciw celom
położonym znacznie bliżej, wyniki walk wcale nie okazały się dużo lepsze, choć
początki były nawet zachęcające. W związku z poniesionymi uprzednio stratami 8
Armia Lotnicza była w stanie zmobilizować w dniu 20 października 1943 roku do
Misji nr 116, której celem było położone tuż przy zachodniej granicy Niemiec
niewielkie Düren 170 bombowców B-17, którym asystowało 321 P-47 i 39 P-38 z
nowo utworzonej 55 FG. Miasteczko to znajdowało się dosłownie na skraju linii
wyznaczającej ówczesny zasięg eskorty, a przede wszystkim można było wspomóc
załogi brytyjskim systemem „Oboe”, który miał zagwarantować precyzję
bombardowania bez względu na pogodę w rejonie celu. Wielki nalot nie był
zaskoczeniem dla dowództwa Luftwaffe, ale podczas odpierania nalotu lokalne
dowództwa miały ogromne problemy z koordynacją działań poszczególnych Gruppen,
które nie zdołały utworzyć jednego wielkiego zgrupowania myśliwców i wchodziły
do akcji oddzielnie. Znakomitą robotę wykonały tego dnia przede wszystkim brytyjskie
myśliwce, które wsparły amerykańskich kolegów. Piloci RAF zaskoczyli lotników z
I. i II. JG 2 i zadali im ciężkie straty w postaci ośmiu straconych maszyn i
pięciu poległych pilotów. Także JG 26 nie zdołała odnieść sukcesu zgłaszając
jedynie dwa zwycięstwa nad B-17 i jedno nad P-47 za cenę ośmiu własnych myśliwców
i pięciu poległych oraz dwóch poważnie rannych pilotów. Choć Niemcy wykonali
312 lotów bojowych tylko część ich samolotów w ogóle weszła w kontakt bojowy z
wrogiem. W sumie za cenę aż dwudziestu poległych i zaginionych pilotów
(stracono w sumie dwadzieścia dwa samoloty) Niemcy zniszczyli dziewięć
bombowców i dwa uszkodzone myśliwce P-47, a marnym pocieszeniem była dla nich
niska celność bombardowania, które nie wyrządziło na ziemi wielkich szkód.
Bombowce 94 BG w akcji – u góry obrazu widoczny niemiecki
myśliwiec zakręcający po wykonaniu nieskutecznego ataku.
3 listopada sytuacja się powtórzyła – podczas
nalotu na Wilhelmshafen Niemcy z powodu fatalnych warunków atmosferycznych i
słabej łączności znowu mieli ogromne kłopoty z właściwą organizacją operacji, a
Amerykanie choć pojawili się nad celem w liczbie 539 bombowców znowu nie
zdołali zniszczyć zaplanowanych celów. Luftwaffe straciła podczas walki z
wyprawą bombową nr 119 25 myśliwców i 13 zabitych i rannych pilotów, a
Amerykanie musieli spisać ze stanu dziewięć bombowców. Operująca z bazy Schipol
II./JG 3 wchodząc do akcji jako pierwsza zdołała zaskoczyć jedną z
amerykańskich grup myśliwskich i zmusiła ją do pospiesznego odwrotu po krótkiej
walce, która przyniosła niemieckim pilotom trzy zwycięstwa nad P-47 (Niemcy
zgłosili cztery zwycięstwa powietrzne) bez strat własnych. Pozostałe jednostki
amerykańskie pozostały jednak przy swych podopiecznych i dlatego III./JG 11
podczas nieudanego ataku na bombowce utraciła połowę posłanych w powietrze
myśliwców. Jeszcze tego samego dnia w godzinach popołudniowych na niemieckie
lotniska w Niderlandach uderzyły liczne amerykańskie B-26 „Marauder” i próby
odparcia nalotu okazały się niezwykle kosztowne dla JG 3 – w walce z
osłaniającymi wyprawę brytyjskimi myśliwcami zwycięska rano II./JG 3 straciła
osiem samolotów i pięciu poległych pilotów. Jednym z nich był dowódca Gruppe,
Kawaler Krzyża Rycerskiego z Liśćmi Dębu, wyceniający swoje indywidualne konto
na 171 zwycięstw powietrznych trzydziestojednoletni major Kurt Brändle.
Major Kurt Brändle
Walki w powietrzu trwały ze zmiennym
szczęściem właściwie do końca roku, a od 11 grudnia brały w nich udział
pierwsze myśliwce P-51 „Mustang” początkowo mylnie rozpoznawane jako „Spitfire”.
Bardzo poważnym ostrzeżeniem dla amerykańskich sił powietrznych była Misja nr
130, wykonana 13 listopada. Tego dnia blisko połowa z amerykańskich myśliwców
eskortowych nie potrafiła odnaleźć w fatalnej pogodzie zmierzających ku Bremie
bombowców. Dla odmiany dowództwo II. Jagdkorps bardzo dobrze skoordynowało
działania własnych sił i wysunięte Gruppen kilkukrotnie skutecznie uderzyły na
formacje myśliwców osłaniające bombowce zadając im ciężkie straty, a jednocześnie
otwierając drogę do skutecznych ataków dla swych kolegów operujących z baz w
Połnocnych i Środkowych Niemczech. Za cenę 21 samolotów i 10 poległych pilotów
Niemcy zestrzelili tego dnia 12 myśliwców (trzy P-47 i dziewięć P-38) i 22
ciężkie bombowce. Tak poważne straty wśród myśliwców eskorty nie były w końcu
1943 roku odosobnionym przypadkiem, dowodzący II. Jagdkorps pułkownik Walter Grabmann
korzystając z dość dużej swobody wypracował stosunkowo skuteczną taktykę
polegającą na związaniu walką amerykańskich myśliwców przez pierwszą falę
własnych maszyn, co faktycznie w znacznym stopniu ułatwiało zadanie drugiej
fali atakujących maszyn Luftwaffe w dużej mierze złożonej z dwusilnikowych
maszyn niszczycielskich. Jak widać po dotychczasowych wynikach dla Niemców
kluczową sprawa była zatem właściwa koordynacja działań, połączona ze
skutecznym rozpoznaniem celu operacji Amerykanów i tym samym, zdolnością do
skoncentrowania odpowiednio dużych sił własnych na kursie wyprawy. Dla
Grabmanna sprawą drugorzędną było to, czy jego piloci dopadną wroga przed
zrzutem bomb, czy już po nim. Milcząco aprobując fakt niemożności powstrzymania
tak wielkich formacji bombowych skupiał się wyłącznie na tym, by zapewnić swym
lotnikom jak najlepsze warunki działania. Grabmann rozumiał przede wszystkim,
że dalsze ponoszenie tak wysokich strat musi nieuchronnie doprowadzić Luftwaffe
do klęski, więc jego priorytetem było minimalizowanie strat własnych, przy
założeniu, że w optymalnych warunkach taktycznych straty wroga będą tak duże,
że będzie zmuszony, jeśli nie przerwać, to chociaż ograniczyć swe operacje
bombowe. Choć ścisłe kierownictwo Luftwaffe było dużo bardziej „jastrzębie” i
domagało się stale znacznie lepszych wyników działań – w ciągu ostatnich trzech
miesięcy 1943 roku Göring i Galland przynajmniej kilkunastokrotnie dokonywali
inspekcji jednostek myśliwskich, które w ich opinii „zawodziły” – jednak w
grudniu 1943 roku sztab OKL z pewnym zrozumieniem podszedł do doświadczeń
Grabmanna i innych wysokich rangą oficerów kierujących bezpośrednio operacjami
obronnymi Jagdwaffe, wprowadzając pewnie zmiany organizacyjne, mające usprawnić
dowodzenie. Znacznie większą rolę miały teraz odgrywać sztaby JaFü (JagdFührer –
Dowódca myśliwców w powietrzu, kierujący ich operacjami za pomocą centrum
dowodzenia posiadającego stałą łączność ze stacjami radarowymi), co w teorii
miało odciążyć przepracowane sztaby Jagdkorps, odpowiedzialnych za kontrolę
przestrzeni powietrznej zarówno w dzień, jak i w nocy. Wychodząc naprzeciw potrzebie
zwiększenia liczebności własnych sił także w grudniu 1943 roku ostatecznie
usamodzielniono siły wchodzące w skład 30. Jagddivision pułkownika
Hansa-Joachima „Hajo” Herrmanna, jednocześnie kierując wchodzące w jej skład
trzy „Wilde Sau” Jagdgeschwader do działań dziennych. Dotychczas w
przeważającej mierze piloci wchodzący w skład tej nowej formacji operowali na
myśliwcach „pożyczonych” od jednostek TagJagd, od teraz zaczęły wreszcie
otrzymywać własne. Znakomita większość personelu latającego tych Gruppen
pochodziła z zaciągu ochotniczego organizowanego przez „Hajo” Herrmanna wśród dawnych
kolegów z jednostek bombowych, ale kilka miesięcy prowadzenia operacji w
warunkach nocnych uczyniło z nich zwartą i silną grupę agresywnych pilotów
posiadających rzadkie w TagJagd umiejętności operowania trudnych warunkach
atmosferycznych. Miało to duże znaczeni w obliczu stałego drenażu sił
walczących na Zachodzie niemieckich grup myśliwskich – 13 grudnia 1943 roku
wycofano z bazy Schipol do Rothenburga pod Bremą w celu odbudowy i wypoczynku II./JG
3 „Udet”, która w ciągu czterech miesięcy nieprzerwanych operacji bojowych
straciła 23 zabitych pilotów, w tym dwóch kolejnych dowódców Grupy i dwóch
StaKa, czyli dowódców eskadr. Dla porównania wcześniejsze piętnaście miesięcy
służby na Froncie Wschodnim kosztowało tę jednostkę dwudziestu dziewięciu pilotów.
W zakładach Messerschmitta podjęto także próby poprawy osiągów „sto dziewiątek”
na dużych wysokościach, poprzez instalację bardziej wydajnej sprężarki i
instalacji MW-50 wtryskującej wodę, co poprawiało parametry lotu. Trwały też
prace nad nowymi modelami wersji G, które miały specjalizować się w misjach na
bardzo dużych wysokościach.
Fw-190 A-6 oznaczony jako „Żółta 5” ze składu JG 1 –
malowanie typowe dla przełomu 1943/1944.
Amerykanie i Brytyjczycy mieli swoje
powody do zmartwień. Wprawdzie ich myśliwce miały coraz lepsze osiągi i coraz
skuteczniej zwalczały maszyny Luftwaffe, ale w przypadku tych pierwszych
kolejne misje bombowe nie przynosiły upragnionego przełomu w postaci załamania
niemieckiej gospodarki. Tymczasem najwyższe dowództwo odpowiedzialne za
planowanie operacyjne działało w oparciu o fałszywe przesłanki i było
przekonane, że lotnicy 8, 9 i 15 Armii Lotniczych zestrzeliwują znacznie więcej
samolotów niemieckich niż sami tracą, co było konsekwencją stałego „overclaimingu”,
który w przypadku pilotów myśliwskich USA miał niemałe, a w przypadku strzelców
pokładowych bombowców wręcz gargantuiczne rozmiary. Znacznie także przeceniano
skuteczność samych bombardowań, z których tylko w sumie mała część była
faktycznym ciosem dla niemieckiej gospodarki wojennej. Brytyjczycy z RAF
okazywali się coraz skuteczniejsi w dziennych misjach taktycznych – sprzyjało im
rosnące zaangażowanie sił Luftwaffe w obronę przestrzeni powietrznej samych
Niemiec – ale po zakończeniu „Bitwy o Ruhrę” ofensywa ich nocnego komponentu
alianckiego lotnictwa strategicznego napotykała na poważne trudności w postaci
znacznie lepiej zorganizowanej obrony i przynosiła coraz większe straty. Mimo
coraz większego tonażu zrzucanych bomb i systematycznego burzenia centrów
kolejnych niemieckich miast społeczeństwo Rzeszy dalekie było od załamania morale.
Tak jak w przypadku Amerykanów także brytyjskie „lobby bombowe” nie zamierzało
przyznawać się do fiaska realizowanej dotychczas koncepcji i przystąpiło do tak
zwanej „Bitwy o Berlin”, co skutkowało jeszcze dalszymi operacjami (nie tylko Berlin
był celem, wiele misji kierowano na inne, nie dotknięte jeszcze miasta w głębi
Rzeszy), które były jeszcze trudniejsze niż naloty na cele położone w zachodniej
części kraju. Oczywiście zarówno Wielka Brytania, jak i USA miały dalece
większe możliwości uzupełniania strat w samolotach i dzięki rozbudowanemu
aparatowi szkolenia personelu latającego korzystającego z nieprzebranych
zasobów paliwowych były w stanie nie tylko pokryć poniesione dotychczas straty,
ale nawet znacznie zwiększyć posiadany potencjał lotniczy i to pomimo faktu
utrzymywania wielkich sił lotniczych na Dalekowschodnim Teatrze Działań, oraz
konsekwentnemu wysyłaniu samolotów i paliw do ZSRR w ramach programu
pomocowego. Jednakże załogi bombowców miały tak jak i całe społeczeństwa
demokratyczne pewien „próg bólu” – pewną określoną odporność na ponoszone
straty. W odróżnieniu od totalitarnych dyktatur, rządy państw demokratycznych
są odpowiedzialne przed wyborcami i społeczeństwa dość szybko potrafią „rozliczyć”
władze ze skuteczności przyjętej strategii wojennej, przy czym znaczenie życia
ludzkiego jest tutaj punktem krytycznym i poparcie społeczeństwa dla toczonej
wojny potrafi raptownie spaść, jeśli tylko ilość ponoszonych ofiar staje się
niewspółmierna do osiąganych efektów, lub często po prostu z powodu długiego
trwania wojny. Symptomy zmęczenia psychicznego alianckich załóg bombowych występowały
jesienią 1943 roku dość silnie – 18 listopada 1943 trzy bombowce B-24 „Liberator”
wylądowały w Szwecji wybierając internowanie zamiast trudnego powrotu do Anglii
z bombardowania celów w Norwegii. Wiele załóg krótko po rozpoczęciu misji
zawracało do baz po odkryciu jakiejkolwiek usterki technicznej, uzasadniającej
taką decyzję. Choć dowództwa alianckie tkwiły w głębokim przekonaniu o
wygrywaniu wojny w powietrzu, w rzeczywistości były skłonne podejmować coraz
ryzykowniejsze decyzje operacyjne, byleby tylko owe deklaracje podtrzymać.
B-24 „Liberator” 389 Grupy Bombowej powracający z misji
bojowej – 30 grudnia 1943 roku.
30 grudnia 1943 roku dowództwo 8 Armii
Lotniczej przeprowadziło Misję nr 169, której celem było położone na południe
od Frankfurtu nad menem Ludwigshafen. Atak formacji 710 bombowców na cel
położony tak daleko w głębi Niemiec nie przyniósł powodzenia ani przełomu.
Wiele amerykańskich załóg bombowców zawróciło do swych baz z przyczyn
technicznych, a myśliwce napotkały na twardy opór ze strony sił II. Jagdkorps
operującego z baz we Francji i Belgii. Amerykanie planując operację zdecydowali
się na przeprowadzenie wyprawy bombowej dłuższą trasą przez Północną Francję,
co miało w teorii pozwolić załogom na ominięcie wielkiej koncentracji myśliwców
Luftwaffe w rejonie Zagłębia Ruhry i w Północnych Niderlandach. Tymczasem Misja
169 weszła w strefę działania zaprawionych w bojach z myśliwcami RAF jednostek,
które dość szybko zmusiły znaczną cześć sił eskorty do odwrotu w zaskakujących
i przemyślanych atakach możliwych dzięki świetnej pracy sztabów naziemnych
koordynujących ich działania poprzez „Y-Führung”, czyli naprowadzenie za pomocą
radaru. Tego dnia straty amerykańskie wyniosły czternaście myśliwców w zamian
za siedem niemieckich, ale nie tylko współczynnik strat dawał do myślenia. Niemcy
w atakach na osamotnione bombowce stracili kolejne osiem samolotów (w tym trzy
myśliwce nocne ze składu NJG 4), a ich łupem padło dwadzieścia osiem ciężkich bombowców,
co było i tak niezbyt wygórowaną ceną za całą serię taktycznych niepowodzeń.
Przede wszystkim, straty owe spowodowała relatywnie mała ilość maszyn, które
weszły w kontakt ze zgrupowaniem bombowym, gdyż z powodu fatalnej pogody i potężnego
zachmurzenia tylko 128 lotów bojowych z 386 odnotowanych tego dnia startów
zakończyło się walką. Nawet 583 amerykańskie myśliwce nie licząc wsparcia
maszyn RAF w końcowej fazie misji nie zagwarantowały solidnej osłony bombowcom,
co wyraźnie pokazuje, że zastosowana przez sztab II. Jagdkorps, a znana już z
operacji I. Jagdkorps taktyka „głębokiej obrony” przynosiła coraz lepszy
skutek. Następnego dnia było jeszcze gorzej – podczas operacji wymierzonej
przeciw Paryżowi i niemieckim bazom lotniczym w Południowo zachodniej Francji
za cenę 15 myśliwców w powietrzu Luftwaffe zniszczyła aż 40 bombowców i 11
myśliwców eskorty. Marnym pocieszeniem dla Amerykanów był fakt zniszczenia na
ziemi kolejnych siedemnastu niemieckich maszyn w bazie Cognac, gdyż sam
kompleks szkoleniowy nie został zniszczony, a loty treningowe JG „Ost”
wznowiono bardzo szybko.
Plan
Mimo wszystkich dotychczasowych strat
i niepowodzeń amerykańscy planiści mieli dość komfortową sytuację w początkach
1944 roku – wejście do służby tak długo wyczekiwanego P-51 i przezbrojenie na
ten typ samolotu pierwszej grupy myśliwskiej, stosunkowo długi – niemal dwutygodniowy
- okres odpoczynku dla załóg bombowców, który pozwolił zagoić część ran po
poprzedniej kampanii i jeszcze bardziej powiększyć potencjał bojowy 8 i 15
Armii Lotniczych USA. W Nowy Rok 1944 roku głównodowodzący amerykańskiego
lotnictwa w Europie, generał „Hap” Arnold wydał oficjalny rozkaz dotyczący
strategii działania amerykańskich sił powietrznych na nadchodzące miesiące –
zniszczenie Luftwaffe przy pomocy ataków na niemieckie fabryki lotnicze,
lotniska i podczas operacji powietrznych. Jedynym czynnikiem, który mógł opóźnić
wznowienie wielkiej strategicznej ofensywy lotniczej była teraz już tylko
pogoda, czynnik od amerykańskiego dowództwa zupełnie niezależny. Teraz
najbardziej kluczową sprawą było to, czy niemiecka Luftwaffe zachowa się dokładnie
tak, jak życzyłaby sobie tego amerykańska generalicja.
Generał „Hap” Arnold
O tym jak istotne to elementy
taktycznej układanki przekonali się Amerykanie już 11 stycznia 1944 roku, kiedy
to ruszyła pierwsza w tym roku wielka operacja powietrzna przeciw niemieckim
zakładom produkcji lotniczej położonych w Środkowych Niemczech, zakodowana pod
kryptonimem Misja nr 182. Celem operacji 663 ciężkich bombowców były fabryki
przemysłu lotniczego w Braunschweig, Halberstadt i Oschersleben. Osłonę tej
formacji miały zapewnić w sumie czternaście amerykańskich grup myśliwskich,
wspartych przez jednostki RAF, które miały wejść do akcji w ostatniej fazie
operacji. Amerykanie postanowili usprawnić system „sztafety”, polegający na
wysyłaniu w powietrze swych myśliwców w różnym czasie tak, by zapewnić osłonę
bombowcom przez cały czas trwania misji. W kluczowej fazie operacji, nad celami,
bombowcom towarzyszyć miała pojedyncza grupa wyposażona w P-51 z racji ich
zasięgu działania. Niewiele jednak rzeczy tego dnia poszło zgodnie z planem.
Bardzo zła pogoda spowodowała zawrócenie z drogi niemal dwóch trzecich
bombowców – tylko 266 bombowców B-17 z 1 BD kontynuowało misję, co gorsza w asyście
już tylko jednego dywizjonu P-38 i grupy wyposażonej w „Mustangi”. Tymczasem
Luftwaffe zareagowała z olbrzymią agresją posyłając w powietrze każdy dostępny
samolot – stratowały także jednostki nocne, a nawet wyposażona w bombowy wariant
Fw-190 I./SKG 10. Amerykanie sądzili, że to efekt doboru celów, ale tylko
częściowo mieli rację, gdyż Niemcy uznali, że celem operacji jest leżący
dokładnie na wschód od Halberstadt Berlin. Słabość osłony myśliwskiej
spowodowała, że niemieccy piloci w zasadzie ignorowali obecność w powietrzu
amerykańskich myśliwców, nie próbowali nawet tworzyć dużych formacji bitewnych
i natychmiast, „z marszu” wchodzili do akcji. Rezultaty były zatrważające –
amerykańska 8 Armia Lotnicza straciła tego dnia 65 bombowców i 8 myśliwców,
straty niemieckie wyniosły natomiast 58 samolotów (w tym dziewiętnaście maszyn
dwusilnikowych z jednostek niszczycielskich i nocnych) i 38 poległych lotników.
Generał Arnold i jego sztabowcy nabrali jeszcze silniejszego przekonania, że da
się sprowokować Luftwaffe do wyniszczającej bitwy na wyczerpanie atakując
przemysł lotniczy, dla Niemców pod coraz większym znakiem zapytania stała
efektywność jednostek niszczycielskich, niezwykle wrażliwych na ataki
amerykańskich myśliwców eskortowych. Część oficerów Tagjagd zdawała sobie
zresztą z tego sprawę i od dłuższego czasu przygotowywała odpowiedź na zmianę sytuacji
– odpowiedzią tą była aktywowana jeszcze w październiku 1943 roku Sturmstaffel
1. Ta niewielka eksperymentalna jednostka złożona była z pilotów-ochotników
operujących na samolotach Focke-Wulf 190 A wyposażonych w dodatkowe
opancerzenie żywotnych części maszyny i kabiny pilota, oraz dodatkowe
uzbrojenie pokładowe. Piloci ci pod dowództwem majora Hansa-Günthera von Kornatzky
mieli wypróbować w praktyce nowa taktykę ataku polegającą na uderzeniu w
zwartej formacji w sposób klasyczny – „od tyłu” – i otwarcia ognia z minimalnej
odległości bez zwracania uwagi na ogień obronny amerykańskiego Combat Box,
zwanego przez niemieckich pilotów „Pulkiem”. Właśnie 11 stycznia 1944 roku
Sturmstaffel 1 zadebiutowała bojowo i jej piloci w pojedynczym podejściu
zanotowali trzy HSS („Herausschutz” – uszkodzenie bombowca do tego stopnia, że
opuszczał formację bojową, HSS traktowany był na równi z zestrzeleniem) bez
strat własnych, co dowiodło skuteczności idei. W teorii tak ciężko opancerzone
i uzbrojone maszyny rychło nazwane przez pilotów „Sturm Bock”, czyli kozłami szturmowymi
mogły stać się zastępstwem dla większych maszyn dwusilnikowych. W zamyśle
oficerów forsujących ideę „Sturm Bock” samoloty te zbyt ciężkie by stawić czoła
amerykańskim myśliwcom powinny być osłaniane w czasie walki przez „klasyczne” jednostki
myśliwskie, tworząc wraz z nimi „Gefechtsverband” – duże formacje bitewne, których
dowództwa powołano do życia jeszcze u schyłku poprzedniego roku.
„Dom Bitewnej Opery” – stanowisko dowodzenia JaFü.
Po bardzo ciężkich stratach
poniesionych 11 stycznia Amerykanie dopiero po ponad dwóch tygodniach podjęli
kolejna operację przeciw celom w głębi Niemiec. Tym razem udało im się znacznie
lepiej zgrać wszystkie elementy operacji i podczas bombardowania celów położonych
w okolicach Frankfurtu nad Menem aż 806 bombowców dotarło nad cel. Wprawdzie
duża część niemieckich sił obronnych pozostała na ziemi z powodu złych warunków
atmosferycznych, ale spośród 550 startów 254 zakończyły się kontaktem bojowym.
Wyniki walk były dla Niemców niepokojące – stracono 45 samolotów i 34 zabitych
lub zaginionych pilotów w zamian za 34 amerykańskie bombowce i 16 myśliwców.
Następnego dnia Amerykanie uderzyli znowu i znowu cel położony był w głębi
Niemiec, w rejonie Brunszwiku i Hanoweru. Dokładnie tak, jak 11 stycznia Niemcy
rzucili w powietrze wszystko co mogło latać, ale nie byli w stanie właściwie skoordynować
swych operacji obronnych. Przez większą część trasy amerykańska wyprawa
atakowana była przez niewielkie grupki myśliwców, co znacząco ułatwiało osłonie
interwencje i przyniosło Luftwaffe katastrofalne rezultaty w postaci straty 75
samolotów myśliwskich i 66 pilotów i członków załóg. ZG 76 straciła w ciągu
dwóch dni aż czternaście maszyn, co kolejny raz dowodziło końca epoki
dwusilnikowych myśliwców przechwytujących. Kolejne dwadzieścia pięć pozycji na
liście strat stanowiły cenne myśliwce nocne, które nie wiedzieć czemu do misji
dziennych startowały z kompletem trzyosobowej załogi i w efekcie przechwycenia
przez amerykańskie myśliwce tracono z reguły całe załogi. Straty amerykańskie
były znacznie mniejsze i wyniosły wszystkiego cztery myśliwce i dwadzieścia
trzy bombowce. Wynik bitwy stanowił potężny wstrząs dla całej Luftwaffe, ale
przyniósł zupełnie nieoczekiwane konsekwencje.
Piloci II./JG 1 po zakończeniu kolejnej bojowej misji.
W początkach lutego naczelne dowództwo
Luftwaffe wydało szereg rozporządzeń regulujących zasady taktyki i myślenia
operacyjnego bojowych jednostek lotniczych. Po pierwsze, ku zdumieniu dowódców
Jagdkorps porzucono taktykę „głębokiej obrony”, co jest o tyle szokujące, że
owe dwa krwawe dni Jagdwaffe spowodowane były w dużej mierze niezastosowaniem
się do zasad taktycznych wypracowanych przez Grabmanna. Po drugie, polecono
dowódcom operacyjnym i taktycznym bezwzględnie tworzyć „Gefechtsverbände” jako
remedium na rosnąca aktywność amerykańskich myśliwców eskortowych, co także w
znacznej mierze stało w sprzeczności z dotychczasowymi doświadczeniami
podpowiadającymi, że kierowane przez Y-Führung misje „Freie Jagd”, czyli
swobodnego bojowego patrolu powietrznego przeciw amerykańskim grupom myśliwskim
są najbardziej efektywnym instrumentem taktycznym, gdyż pozwalają prowadzącym
je Jagd Gruppen na zajęcie bardzo korzystnych pozycji taktycznych. W sytuacji
ścisłego związania „klasycznych” myśliwców z osłanianymi przez nie formacjami szturmowymi
piloci tracili ten ogromny atut, będąc zmuszonymi przystępować do akcji bez
względu na okoliczności taktyczne. Decyzja ta związana była z sukcesem idei „Sturm
Bock”, których formacje miały zostać teraz znacząco powiększone i osiągnąć
rozmiar pełnej Gruppe. Na koniec Göring uznał dotychczasowy, zdecentralizowany
system kontroli nad operacjami bojowymi za nieefektywny i krytykując dowódców Jagdkorps
postanowił przenieść ciężar decyzji na barki dowództwa Obrony Powietrznej
Rzeszy.
Załoga Zerstörera po powrocie do bazy.
Aż do 13 lutego 1944 roku dochodziło
do starć o różnej skali i ze zmiennym dla obu stron szczęściem. Amerykanie
ograniczali się ataków na cele w rejonie Frankfurtu nad Menem lub w Północnej
Francji, Niemcy natomiast interweniowali mając duże trudności z realizacją
nowych dyrektyw dowództwa Luftwaffe. W
walkach tych Luftwaffe straciła 127 myśliwców i 75 poległych pilotów,
amerykańskie siły powietrzne natomiast wyniosły w tym czasie z wszystkich
przyczyn 101 bombowców i 64 myśliwce. Potem nagle na tydzień nastąpiła przerwa
w operacjach bombowych – Amerykanie zrezygnowali z jakichkolwiek misji starając
się uzupełnić posiadane jednostki bojowe, dać im chwilę odpoczynku i uzyskać
jak najwyższy wskaźnik gotowości bojowej przygotowując się do całego cyklu potężnych
uderzeń powietrznych na kluczowe dla nich cele w Niemczech – obiekty związane z
przemysłem lotniczym. Zaplanowano cały szereg nalotów zarówno z baz w Wielkiej
Brytanii, jak i z Włoch w bardzo krótkim czasie, co miało przynieść załamanie
niemieckiej produkcji lotniczej i przede wszystkim, wyniszczyć siły myśliwskie Luftwaffe
zgodnie z koncepcją „wymuszenia bitwy materiałowej”, jako bezpośrednią formę
uzyskania pełnego panowania w powietrzu w przededniu planowanego na czerwiec
lądowania własnych wojsk lądowych we Francji. Przez kolejne dni Niemcy miały
być atakowane nieprzerwanie, w dzień i w nocy, zarówno przez siły amerykańskie,
jak i brytyjskie Bomber Command”. To wielkie uderzenie otrzymało kryptonim „Argument”.
„Bieg
przez rózgi”
Operacja „Argument” rozpoczęła się
wieczorem 19 lutego 1944 roku potężnym brytyjskim nalotem na obiekty położone w
rejonie Lipska. Nad cele skierowały się łącznie 823 bombowce wspierane przez
działania pozoracyjne, co jednak nie spowodowało odciągnięcia uwagi niemieckich
myśliwców nocnych od głównego „strumienia” bombowców. RAF poniósł tej nocy ciężką
porażkę, tracąc aż 79 maszyn, co stanowiło zatrważające 8,6 % użytych w akcji
sił. Skuteczność nalotu była bardzo niska – uderzenie spowodowało zniszczenia
jedynie w tkance miejskiej, zakłady przemysłowe w rejonie Lipska ucierpiały w
bardzo niewielkim stopniu. O poranku 20 lutego do akcji przystąpiły samoloty
amerykańskie.
Tankowanie Fw-190 A z JG 1 przed kolejna akcją.
Armada, która wzniosła się tego dnia w powietrze i skierowała ku celom położonym w Środkowych Niemczech i Zachodniej Polsce była największą jak dotychczas formacją bojową 8 Armii Lotniczej. W sumie w powietrzu znalazły się 1003 ciężkie bombowce, a „sztafeta” myśliwców eskorty liczyła łącznie 835 samolotów. Oczywiście nie istniała możliwość koordynowania tak wielkiej ilości maszyn w jednej formacji, więc poszczególne dywizje bombowe startowały w różnym czasie i po połączeniu się z eskortą stopniowo kierowały na wschód. Aby rozproszyć wysiłek obrony przeprowadzono równolegle atak siłami 9 Armii Lotniczej na lotniska położone w Niderlandach. Ten pokaz niepohamowanej siły spotkał się z dramatycznie nieskutecznym przeciwdziałaniem ze strony Luftwaffe. Niemcy startowali wprawdzie w ogromnej liczbie – do akcji rzucono osiemnaście „klasycznych” grup myśliwskich, pięć grup „niszczycielskich”, jedenaście grup myśliwców nocnych, a w późniejszej fazie bitwy jeszcze szereg jednostek treningu operacyjnego i pięć kolejnych grup myśliwców dziennych ze składu II. Jagdkorps. Koordynacja tak wielkich sił zupełnie przerosła centralny aparat dowodzenia i niemieccy piloci po długim i często bezowocnym krążeniu w oczekiwaniu na inne jednostki lądowali potem na ostatnich kroplach paliwa na zupełnie przygodnych lotniskach w totalnym chaosie. Wielu pilotów z jednostek nocnych było wyczerpanych operacjami przeciw brytyjskiemu nalotowi na Lipsk i wielogodzinnym trwaniem w gotowości operacyjnej, nie udało się sformować ani jednej „Gefechtsverbände”, a próby ataków prowadzone siłami poszczególnych eskadr i grup natrafiły na potężny opór amerykańskiej eskorty.
Bitwa powietrzna 20 lutego 1944 roku.
Tak jak wcześniej
w takich warunkach tak i tym razem wszystkie te czynniki okazały się dla
Luftwaffe doskonałą receptą na klęskę – stracono 79 samolotów i 51 poległych i
zaginionych lotników. Amerykanie stracili wszystkiego 26 bombowców i 6 myśliwców.
Nie wiadomo który z niemieckich pilotów użył określenia „Bieg przez rózgi” jako
pierwszy, ale oddaje ono doskonale sytuację Jagdwaffe. Jeśli tego dnia coś poszło
nie po myśli amerykańskiego dowództwa to jedynie sama skuteczność
bombardowania, która była bardzo niska – złe warunki nad celami spowodowały
rezygnację z bombardowań celów pierwotnych i konieczność uderzenia w cele
zapasowe. Wiele z nich zostało zresztą „przegapionych” i w sumie cała akcja nie
wyrządziła przemysłowi lotniczemu większych szkód. Oczywiście po analizie
wydarzeń dnia Göring jak i całe niemieckie kierownictwo wojenne wpadło w
gigantyczną frustrację i złość, która znalazła ujście w niebywałej krytyce
zarówno dowództwa operacyjnego, jak i samych pilotów bojowych. Oliwy do ognia
dodał zresztą jeden z najbliższych w owym czasie współpracowników Hitlera,
Minister Rzeszy Albert Speer, który w alarmistycznym tonie informował Hitlera,
że amerykańskie naloty bombowe w najbliższym czasie mogą całkowicie zrujnować
niemiecki przemysł zbrojeniowy. W rzeczywistości Speer w ten sposób maskował
własne niepowodzenia w próbach podniesienia ogólnego wolumenu produkcji
przemysłowej, ale jego słowa miały ogromny wpływ na decyzje podejmowane w ciągu
najbliższych dni przez kierownictwo Luftwaffe. Najważniejszą z nich była
dyrektywa nakazująca ignorowanie amerykańskich myśliwców eskorty i
skoncentrowanie wysiłków wszystkich pilotów na atakowaniu bombowców. Był to
jeden z najbardziej frustrujących rozkazów wydanych kiedykolwiek przez
ekscentrycznego dowódcę Luftwaffe.
Bf-109 G-6 należące do I./JG 27 w bazie Fels-Am-Wagram w
styczniu 1944 roku.
Widoczne „afrykańskie godło” jednostki na nosie myśliwca.
Mimo straszliwych strat poniesionych
nad Lipskiem RAF w nocy z 20 na 21 lutego ponownie posłał nad Niemcy okazałą
formację bombowców. W sumie w nalocie na cele położone w rejonie Stuttgartu
wzięły udział 598 samolotów przy zwyczajowym już wsparciu operacji dywersyjnych
na innych obszarach Niemiec. Straty Bomber Command były tej nocy znacznie
mniejsze i wyniosły dziesięć maszyn – w oczywisty sposób słabą aktywność nocnej
obrony przeciwlotniczej należy powiązać ze stratami poniesionymi w ciągu dnia i
zmęczeniem personelu latającego, który pozostawał aktywny przez ostatnie
dwadzieścia cztery godziny. Mimo tak korzystnych warunków sam nalot nie
spowodował wielkich strat w tkance przemysłowej – ponownie najbardziej
ucierpiały dzielnice przemysłowe, co i tak odebrane zostało jako spory sukces,
głównie z powodu małych strat własnych.
Avro „Lancaster” – bezsprzecznie najlepszy brytyjski
bombowiec ciężki.
Gdy ostatnie brytyjskie „Lancastery” i
„Halifaxy” powracały z akcji na lotniska macierzyste w bazach amerykańskiej 8
Armii Lotniczej trwał już ożywiony ruch – sprawdzono samoloty, usuwano
odniesione wcześniej uszkodzenia, przygotowywano odprawy. Tym razem Amerykanie
postanowili utworzyć wielką formację bombową i podzielić ją na poszczególne
dywizje dopiero w bezpośredniej bliskości celów, którymi były obiekty w rejonie
Braunschweig-Hanower- Celle. Podobnie jak dzień wcześniej, niemiecka reakcja
była spóźniona i niezbyt efektywna – za cenę 38 samolotów i 27 poległych
pilotów zgłoszono zaledwie szesnaście zestrzeleń bombowców i sześć myśliwców wroga.
W sumie straty amerykańskie okazały się nieco większe, gdyż spisano ze stanu
dwadzieścia trzy bombowce i osiem myśliwców. Niewiele to jednak zmieniło w
poczuciu kolejnej porażki. Mimo ewidentnych znaków świadczących o całkowitej
nieefektywności podjętych przez dowództwo Luftwaffe kroków z uporem
kontynuowano działania w zgodzie z ostatnimi wytycznymi. Dla wielu niemieckich
pilotów stało się jasne, że kontynuowanie walki na takich warunkach oznacza
zagładę TagJagd i bez względu na rozkazy i połajanki ze strony Göringa
postanowiło zmienić zasady gry, starając się za wszelką cenę unikać
amerykańskich myśliwców, lub w miarę możliwości zaskakiwać ich pilotów szybkimi
atakami, jeśli tylko sytuacja taktyczna na to pozwalała.
Inne ujęcie maszyn JG
27 „Africa” na lotnisku Fels-Am-Wagram zimą 1944 roku.
Kolejny dzień – wtorek 22 lutego - nie przyniósł
zmniejszenia tempa działań. Amerykańska 8 Armia Lotnicza kolejny raz skierowała
się siłą 799 bombowców na cele położone w Środkowych Niemczech. Jakby tego było
mało, aktywne działania w ramach Operacji „Argument” podjęła także 15 Armia
Lotnicza, która wysłała nad Regensburg 284 bombowce w asyście 185 myśliwców. O
ile myśliwskie Gruppen mogły sobie pozwolić na ekstrawagancję w postaci „obchodzenia”
rozkazów Göringa mając możliwość wchodzenia do akcji „na własnych warunkach”,
koncepcja „twardej obrony” okazała się zabójcza dla pilotów jednostek niszczycielskich,
które operując niezależnie od własnych myśliwców jednosilnikowych w przypadku
natrafienia na amerykańskie myśliwce eskorty okazywały się zupełnie bezbronne. Podczas
próby przechwycenia bombowców z wyprawy 8 Armii Lotniczej jednostki tworzące ZG
26 straciły łącznie jedenaście samolotów. Nawet jeśli zdziesiątkowanym przez myśliwce
wroga eskadrom niszczycielskim udawało się dopaść do bombowców ich zdesperowani
piloci musieli jeszcze przedrzeć się przez skoncentrowany ogień obronny Combat
Box. W efekcie skutecznego ognia prawego bocznego strzelca R.L. Jacksona
broniącego swym ogniem jednej z maszyn B-17 należącej do 401 Dywizjonu
Bombowego zginęła tego dnia załoga Messerschmitta Me-410B1/U2/R4 w składzie
kapitan Eduard Tratt/ starszy sierżant Gillert. Kapitan Tratt był Kawalerem
Krzyża Rycerskiego z Liśćmi Dębu otrzymanym za zgłoszenie 38 zwycięstw
powietrznych i pełnił obowiązki dowódcy II./ZG 26.
Major Eduard Tratt
Śmierć najskuteczniejszego pilota
jednostek niszczycielskich miała równie dewastujący wpływ na morale pilotów
jednostek niszczycielskich, co ich ogólne straty i dramatycznie słabe wyniki
indywidualne. Decyzja o stopniowym wycofywaniu tych jednostek do baz położonych
na wschodzie kraju była tylko pustym gestem, nawet te obszary znajdowały się
teraz w zasięgu amerykańskich jednostek myśliwskich. W sumie bitwa powietrzna
kosztowała Niemców 54 maszyny i dwudziestu pięciu kolejnych zabitych i
zaginionych. Amerykanie stracili 45 bombowców i 12 myśliwców, co oznaczało
podniesienie współczynnika strat do niebezpiecznego poziomu, a wynikało z
prowadzenia walk przez większość niemieckich pilotów w znacznie bardziej
racjonalny sposób. Atak bombowy pod względem celności ponownie pozostawiał
wiele do życzenia – cześć bombowców mając problemy z odnalezieniem celów zrzuciła
bomby na rozpoznane cele zastępcze, głównie lotniska. Jedna z dywizji bombowych
mając ogromne problemy z potężnym wiatrem czołowym w ogóle nie dotarła w zaplanowany
rejon i zbombardowała zupełnie przypadkowe obiekty, którymi okazały się
holenderskie miasta – przede wszystkim Deventer, Arnhem i Nijmegen. Na ziemi
zginęło w efekcie przeszło tysiąc holenderskich cywilów, co jednak nie spotkało
się z poważniejszymi konsekwencjami ze strony wyższych dowództw amerykańskich.
Operacja 15 Armii Lotniczej zakończyła się wynikiem remisowym – Amerykanie stracili
18 ciężkich bombowców za cenę 15 niemieckich myśliwców.
Zrzut bomb z B-17 nad celem.
Następnego dnia 15 Armia Lotnicza
powróciła nad Niemcy atakując Steyr. I tym razem Niemcy nie usiłowali za
wszelka cenę atakować bombowców - celem trzech grup myśliwskich było
zgrupowanie B-24 chwilowo pozbawione eskorty. Gdy tylko pojawiły się
amerykańskie P-38 Niemcy natychmiast zatrąbili na odwrót i w efekcie łupem
amerykańskich myśliwców padły tylko dwa samoloty wroga. Samo bombardowanie okazało
się stosunkowo skuteczne, choć właściwy cel, czyli zakłady produkcji łożysk
tocznych osiągnęło tylko 81 bombowców. Ocenia się, że zniszczenia spowodowane
tym nalotem wyniosły 10 % ogólnej miesięcznej produkcji tak potrzebnych łożysk,
co faktycznie było dla Niemców poważnym ciosem. Po niemałych stratach
poniesionych poprzedniego dnia 8 Armia Lotnicza pozostała w bazach – oficjalnie
z powodu złej pogody. Także RAF pozostał na ziemi dając swym pilotom szansę na
odpoczynek.
Supermarine „Spitfire” Mk IX w locie.
Zwykle zapomina się o wkładzie brytyjskich pilotów w operacje strategiczne amerykańskich armii lotniczych.
Po krótkiej przerwie do gry wróciła 24
lutego 8 Armia Lotnicza organizując Misję nr 233 zakładająca uderzenia trzema
strumieniami bombowców na cele w Rostock, Gotha i Schweinfurt. Amerykanie
podjęli przy tym bardzo duże ryzyko, gdyż najdalej na północ formacja mająca osiągnąć
Rostock poleciała bez eskorty. Ryzyko opłaciło się, gdyż słabe niemieckie
jednostki myśliwskie w tym rejonie zdołały zestrzelić jedynie pięć bombowców –
dowództwo Luftwaffe całą uwagę skoncentrowało na pozostałych dwóch nalotach. W
sumie Amerykanie stracili tego dnia 51 bombowców i 10 myśliwców, podczas gdy
straty Niemców wyniosły 62 samoloty i 41 poległych lotników. Kolejny raz mimo
niewielkiej celności samego nalotu Amerykanie czuli, że odnieśli wielki sukces
w kampanii. Faktycznie, większość niemieckich jednostek bojowych była już
bardzo wyczerpana, a niektóre z powodu strat nie były już w stanie samodzielnie
prowadzić misji bojowych. Dowództwo Luftwaffe nie okazało im litości i
pozostający jeszcze w ich szeregach piloci zostali przyłączeni do innych
Gruppen. Także 15 armia Lotnicza uderzyła 24 lutego, a celem jej załóg ponownie
stało się austriackie Steyr. Koordynujący działania własnych myśliwców JaFü „Ostmark”
działający bez sztywnego gorsetu kontroli wyższych dowództw znowu stanął na
wysokości zadania i dobrze zorganizował kontrakcję – przez przeszło godzinę
amerykańskie bombowce były obiektem prowadzonych z różnych kierunków ataków myśliwców
niemieckich, a gdy na placu boju pojawiły się wreszcie „Lightningi” eskorty
Niemcy zniknęli jak kamfora. Ten dzień kosztował ich sześciu poległych lotników
i dziewiętnaście spisanych ze stanu samolotów myśliwskich przy stratach
amerykańskich obejmujących trzy myśliwce i osiemnaście bombowców. W nocy do
akcji przystąpiły główne siły Bomber Command i zaatakowały siłą ponad tysiąca
maszyn Schweinfurt tracąc 36 samolotów. Samo bombardowanie przyniosło takie
same wyniki jak zwykle, ucierpiały głównie obiekty cywilne.
Kadra 1./JG 1 pozująca z chorągiewką z godłem ich Staffel
w końcu lutego 1944
roku. Od
lewej do prawej: Uffz. Kubon poległ 29 marca 1944, Uffz. Altenhain, Uffz.
Manikowski poległ
11 kwietnia
1944,
Uffz. Kenzler, Uffz. Martin poległ
20 marca
1944,
Uffz. Schulze, Lt. Luck
ciężko ranny
9 kwietnia
1944,
Uffz. Lalbat,
Fhr. Junge ciężko
ranny 14 sierpnia 1944, Fw. Kaiser. W dalekim tle Fw 109 A-7 „Biała 17”.
Następnego dnia, w piątek 25
lutego z uwagi na bardzo korzystne prognozy pogody nad Południowymi Niemcami
dowództwo amerykańskie postanowiło skoncentrować wysiłki obu swych armii
lotniczych. Dwie niezależne potężne armady powietrzne wyruszyły ze swych baz w
stronę celów, którymi były fabryki lotnicze w regionie Augsburg-Regensburg. Niemcy
też posiadali służby meteo i ich sprawozdania nie pozostawiały żadnych złudzeń
nauczonych doświadczeniami oficerów sztabowych. Od wczesnych godzin rannych
poszczególne myśliwskie Gruppen otrzymały rozkaz natychmiastowego przebazowania
do różnych lotnisk położonych blisko najbardziej zagrożonego regionu. Wkrótce
przewidywania się potwierdziły – systemy radarowe obserwacji przestrzeni
powietrznej Rzeszy z dużym wyprzedzeniem odkryły nadciagającego wroga, co dało
naprawdę dużo czasu na zorganizowanie obrony. Nie obyło się przy tym bez
zaskoczenia – nad Morzem Północnym symulując wielki nalot pojawiły się
wyspecjalizowane bombowce B-24 z rozbudowaną aparaturą radiową, które
symulowały w ten sposób wielki nalot na północy. Niemcy nie mając pewności co
do kierunku głównego uderzenia zostawili na ziemi cała JG 11 i w konsekwencji jej
doświadczeni piloci w ogóle nie wzięli udziału w akcji. Dalej na południe do
ataku przystąpiła grupa uderzeniowa, której jądrem była JG 1 świetnie dowodzona
przez podpułkownika Waltera Oessau, który jak zawsze osobiście prowadził w
śmiertelny bój swych chłopców. Kolejnym czynnikiem rozpraszającym uwagę
obrońców stał się nalot 9 Armii Lotniczej, który spowodował interwencję
skutecznych zazwyczaj JG 2 i JG 26, co także osłabiło niemieckie siły na
południu. Mimo, że obrońcy ostatecznie nie byli w stanie zgromadzić do bitwy
tak wielkich sił jak planowali amerykańskie formacje zapłaciły niemałą cenę za
w sumie dość skuteczny nalot na Augsburg – 8 Armia postradała tego dnia 34
bombowce i 5 myśliwców, podczas gdy straty Niemców wyniosły dwadzieścia cztery
maszyny, ale tylko czterech zabitych pilotów. Żaden z nich nie należał do
wspomnianej JG 1, która odniosła tego dnia duży sukces meldując po bitwie cztery
zestrzelone bombowce i trzy kolejne jako HSS. Równie dobrym wynikiem zakończył
się dzień dla III./JG 3 „Udet”, która mając dwóch poległych zgłosiła zwycięstwa
nad trzema bombowcami i jednym P-51. Jakby niezależnie od tych wydarzeń toczyła
się bitwa JaFü „Ostmark” z 15 armią Lotniczą. Niemcy obserwowali amerykańską
armadę właściwie od jej startu i zdecydowano o jak najszybszym wprowadzaniu do
akcji wszystkich dostępnych własnych sił zanim formacja bombowców zostanie
dogoniona przez pozostające wyraźnie z tyłu siły eskorty. Ta taktyka opłaciła
się i „strumień” bombowców został dotkliwie poturbowany przez kolejne wchodzące
do walki jednostki niemieckie tracąc czterdzieści bombowców. Gdy do walki
weszły w końcu amerykańskie myśliwce większość niemieckich pilotów wycofała
się, ale kilku co odważniejszych pozostało na placu boju i przyjęło walkę, co
kosztowało Amerykanów jeszcze trzy „Lightningi”, w zamian za pojedynczego
Messerschmitta Bf-109 G. Niemcy stracili wprawdzie 36 myśliwców (w ogromnej od
ognia obronnego załóg bombowców), ale tylko trzynastu poległych. Był to ostatni
akord Operacji „Argument” – nadszedł czas podsumowań.
Epilogi
Amerykańskie dowództwo jeszcze w piątek
25 lutego zawiesiło dalsze loty bojowe w ramach Operacji „Argument”,
jednocześnie ogłaszając swoje wielkie zwycięstwo. Często taka ocena owego
niezwykle krwawego tygodnia trwa do dziś w wielu opracowaniach i publikacjach, choć
ocena wyników tej wielkiej bitwy nie jest tak naprawdę aż tak jednoznaczna i
wymaga dużo głębszej analizy niż bombastyczne określenia w rodzaju „początku
końca Luftwaffe”, pieczętowanych wizją amerykańskich myśliwców amerykańskich
zupełnie swobodnie operujących nad Niemcami i dziesiątkującymi niemieckie siły,
które stają się coraz bardziej bezradne wobec kolejnych wielkich operacji
lotnictwa strategicznego Aliantów. Wypada przyjrzeć się jednak faktom – owa wielka
przewaga amerykańskich myśliwców nad pilotami Luftwaffe mierzona
współczynnikiem zwycięstw do strat jest bardzo, ale to bardzo zwodnicza. Strata
przez Luftwaffe z wszystkich przyczyn 170 zabitych i kolejnych 112 rannych lotników
była z pewnością stratą ogromną. Oczywistym jest, że bardzo duży udział w tych
stratach miały właśnie amerykańskie myśliwce eskortowe, ale stało się tak
przede wszystkim z powodu nieodpowiedzialnej polityki operacyjnej dowództwa
Luftwaffe, które swymi decyzjami w dużym stopniu zmieniło dotychczas skuteczną
taktykę w bezsensowną rzeź, stojąca w zupełnej sprzeczności z elementarnymi
pryncypiami. Bez względu jednak na to straty poniesione przez lotnictwo
amerykańskie były równie wielkie, a stopień osłabienia ich lotnictwa
strategicznego bardzo duży. Niemcy spisali w ciągu tych strasznych dni
prawdopodobnie nawet 326 samolotów myśliwskich, z czego około jednej trzeciej
to straty bojowe. Amerykanie tym czasem po stronie strat zapisali przynajmniej
247 ciężkich bombowców, przy czym nie jest jasne jak wiele tak naprawdę
samolotów zostało skasowanych z powodu nieopłacalności remontów w okresie
następującym bezpośrednio po owym „Wielkim Tygodniu” – niechętnie historycy sił
powietrznych USA potwierdzają spadek gotowości bojowej formacji bombowych 8
Armii Lotniczej z wysokich 75 % do zaledwie 54 % po zaledwie sześciu dniach trwania
Operacji „Argument”. Przede wszystkim, nie udało się Amerykanom i Brytyjczykom osiągnąć
jednego z głównych celu operacji, czyli załamania niemieckiej produkcji
przemysłowej. Cel ten od początku był właściwie dla nich nieosiągalny, gdyż
niemiecka produkcja lotnicza nie była skoncentrowana w kilku wielkich zakładach,
które faktycznie można było stosunkowo szybko zniszczyć lub uszkodzić. W chwili
rozpoczęcia Operacji „Argument” w produkcji lotniczej uczestniczyły setki
różnych mniejszych lub większych przedsiębiorstw, które dostarczały komponenty
dla nie mniej niż 259 różnych montowni lotniczych na terenie Rzeszy i obszarach
okupowanych. Faktycznie lutowa produkcja lotnicza była niższa o około 20 % od
wyników osiągniętych w styczniu, co jednak nie miało z uwagi na posiadane
rezerwy i szybki powrót do wcześniejszej rytmiki produkcyjnej. Nawet z górą 1600
samolotów miesięcznie wyprodukowane w lutym 1944 roku trzymało Luftwaffe z „głową
ponad powierzchnią”.
Także stopień gotowości bojowej amerykańskich
samolotów myśliwskich drastycznie się obniżył – z 72 do 64 %, przy czym wypada pamiętać,
że w związku z rozkazami Göringa w opinii niemieckich pilotów „nikt nie był
wtedy bezpieczniejszy nad Niemcami od amerykańskich pilotów myśliwskich”. To
oczywiście pewna przesada, ale jak widać po kolejnych operacjach lotniczych
stopniowa „oddolna” ewolucja taktyki niemieckich jednostek lotniczych
spowodowała pewne obniżenie strat własnych, przy jednoczesnym wzroście strat
amerykańskich myśliwców. Bardzo blado wypadały przy tym jednostki eskortowe
działające w ramach 15 Armii Lotniczej, co spowodowało wstrzymanie na pewien
czas jakichkolwiek operacji strategicznych przez tę armię. Bombowce z jej
składu poniosły zatrważające straty wynoszące aż 14,6 % użytych w akcji sił. Wynikało
to nie tylko z poziomu wyszkolenia i słabej koordynacji działań, ale przede
wszystkim ze znakomitego dowodzenia siłami JaFü „Ostmark”. Doprawdy trudno
sobie wyobrazić jakie byłyby konsekwencje Operacji „Argument”, gdyby Luftwaffe także
na obszarze działania 8 Armii Lotniczej pozostała przy taktyce „głębokiej
obrony”, mówimy przecież o tych samych pilotach i tych samych samolotach, a
takie reguły walki jesienią 1943 roku pozbawiały Amerykanów wyraźnego handicapu
swobody taktycznej. Pomijając gdybanie, już niedługo po zakończeniu Operacji „Argument”
dowództwo amerykańskie podjęło swego rodzaju próbę generalną stopnia osłabienia
Luftwaffe i to wynik tej właśnie „próby” jest najbardziej miarodajnym czynnikiem
wpływającym na właściwe postrzeganie efektów „Wielkiego Tygodnia”.
29 lutego 1944 roku 8 Armia Lotnicza
podjęła kolejną operację przeciw celom położonym w rejonie Braunschweig
posyłając tam „strumień” bombowców w sile 226 bombowców w asyście 554 myśliwców.
Co znamienne – amerykańskie dowództwo usiłowało zdyskontować dotychczasową
taktykę wyraźnie „oszczędzając” załogi bombowców. Misja ta zakończyła się
generalnym niepowodzeniem – Niemcy po prostu zignorowali nalot z uwagi na ciężką
mgłę otaczającą siec ich baz lotniczych. 2 marca doszło do ostrych starć z
amerykańskim lotnictwem w rejonie Frankfurtu i Niemcy ponieśli w nich ciężkie straty
wynoszące 25 samolotów i 18 poległych pilotów. Jednym z tych, którzy polegli
tego dnia był dwudziestosześcioletni podpułkownik Egon Mayer dowodzący JG 2 „Richthofen”,
który poległ w swym Fw-190 A-6 w rejonie Malmedy. Widziano go ostatni raz, gdy
prowadził swój Stabsschwarm do ataku na bombowce w klasycznym ataku od tyłu –
jego grupa została zaskoczona przez „Thunderbolty” i choć Mayer zdołał jeszcze
wykonać ostrą beczkę jego samolot został wielokrotnie trafiony w silnik i
kokpit. Maszyna weszła w ostre nurkowanie i uderzyła w ziemię – tak zakończył życie
jeden z najlepszych taktyków niemieckich sił powietrznych, zwycięzca w 102
starciach powietrznych. Amerykanie, którzy tegoż 2 lutego stracili 13 bombowców
i 5 myśliwców byli do tego stopnia przekonani, że faktycznie obezwładnili
Luftwaffe, że zaplanowali dzienny nalot na Berlin – pierwszy podczas tej wojny.
Uderzenie na Berlin i reakcja Luftwaffe – bitwa 6 marca
1944 roku.
Pierwszą próbę podjęto 3 marca, ale
znakomita większość samolotów amerykańskich zawróciła z drogi z uwagi na złą
pogodę. W kilku starciach powietrznych Niemcy stracili 22 samoloty, Amerykanie
zaś 19. Kolejną próbę zorganizowano już nazajutrz, 4 marca. I tym razem pogoda
pokrzyżowała szyki lotnikom 8 Armii Lotniczej – z powodu fatalnych warunków
duża część wyprawy znowu zawróciła, ale wiele amerykańskich eskadr nie odebrało
rozkazu anulującego zadanie i kontynuowało lot na wschód, ku niemieckiej
stolicy. Wykorzystując chaos niemieckie myśliwce odważnie zaatakowały
przeciwnika, w dużej mierze koncentrując się na samolotach myśliwskich. Po
stronie strat Niemcy zapisali dwadzieścia samolotów i ośmiu poległych pilotów,
a Amerykanie aż dwadzieścia osiem myśliwców i szesnaście bombowców. W tym
jednym locie 363 FG wyposażona w „Mustangi” straciła aż jedenaście maszyn. Porażka
ta nie zniechęciła dowództwa amerykańskiego, choć z meldunków własnych pilotów
po akcji wynikało jasno, że Niemcy bynajmniej nie zachowywali się jak pokonani –
śmiało stawali do walki i wielu ich pilotów zaprezentowało ponadprzeciętne
umiejętności pilotażu. 6 marca miał stać się dniem ostatecznej próby – nad Berlin
podążyło 730 ciężkich bombowców w eskorcie „sztafetowej” złożonej w sumie ze 801
maszyn. Trasa obrana przez „strumień” wiodła przez obszar nadzorowany przez I.
Jagdkorps, który przejął dowodzenie i zdołał nie tylko skoncentrować niemieckie
myśliwce w dwie potężne „Gefechtsvebände”, ale także znakomicie koordynować
ataki na całej trasie przelotu. Amerykańscy piloci myśliwców dwoili się i
troili, ale nie byli w stanie odeprzeć prowadzonych z furią ataków. Większość
atakujących Gruppen myśliwskich polegało tego dnia na znakomitym Y-Führung,
które dawało im znakomite korzyści w postaci bardzo dogodnego położenia do
ataku. Gdy tylko jasnym stało się, że celem nalotu jest stolica kraju w
powietrze podniesiono wszystkie dostępne samoloty, w tym myśliwce nocne i
niszczycieli, ale obecność amerykańskich myśliwców ograniczyła do minimum ich
sukcesy, a stała się przyczyną niepotrzebnych, a bardzo poważnych strat
wynoszących w sumie dwadzieścia dwusilnikowych myśliwców. Razem Niemcy stracili
75 maszyn i 37 poległych lotników. Straty amerykańskie były znacznie większe i
wyniosły 14 myśliwców eskorty oraz 75 ciężkich bombowców. Nad terytorium wroga
stracono bezprecedensowe 69 bombowców, pozostałe zdołały wprawdzie powrócić nad
Wyspy Brytyjskie, ale zostały uznane za nie do naprawienia z powodu
odniesionych uszkodzeń. Odpowiedź na pytanie, czy Luftwaffe została pokonana
została udzielona bardzo ostro i wyraźnie.
Major Egon Mayer.
W nadchodzących tygodniach
amerykańskie lotnictwo strategiczne stopniowo rezygnowało z nalotów na cele
położone w głębi Niemiec na rzecz operacji przeciw systemowi komunikacyjnemu we
Francji i na Zachodzie Niemiec, co stanowiło bezpośrednie przygotowania do
nadchodzącej inwazji. Nikt nigdy nie przyznał, że próba zniszczenia Luftwaffe w
bitwach powietrznych nad Niemcami nie przyniosła spodziewanych rezultatów.
Niemcy dalej ostro reagowali na każde wtargnięcie ciężkich bombowców w swoją
przestrzeń powietrzną i do końca maja ponieśli z tego powodu bardzo poważne
straty, dokładnie takie same zadając przeciwnikowi. Gdy Alianci wylądowali
wreszcie na plażach Normandii 6 czerwca 1944 roku Göring postanowił ze swym
osobistym sztabem raz jeszcze spróbować zabić niemiecką TagJagd, kierując jej
ogromną większość do walki z alianckim lotnictwem we Francji w charakterze
lotnictwa frontowego. Tym razem okazało się to próbą skuteczną, jednak próbą
zasługującą na zupełnie osobną opowieść…
Komentarze
Prześlij komentarz