"Anihilacja". Bitwy u bram Moskwy Październik 1941 - Marzec 1943. Część VIII

 




"Anihilacja"


Koniec, który staje się początkiem.

Przez bardzo długi czas kres sowieckiej ofensywy zimowej pod Moskwą wiązany był z ostatnimi dniami stycznia 1942 roku. Wielu autorów publikacji na temat szło nawet dalej, ograniczając „dynamiczny” okres walk do nawet początków stycznia prezentując przede wszystkim wyniki walk przez pryzmat poniesionych lub zadanych strat. Jak silnie utrzymujący się jest to stereotyp niech świadczy fakt, że w tak popularnym medium jak Wikipedia pod hasłem „Battle for Moscow” czas trwania kampanii ograniczony jest do zaledwie 7 stycznia 1942 roku, co jak doskonale wiadomo jest absolutnie nieprawdziwe. Właściwie znikają nam z pola widzenia pełne dwa miesiące bardzo ciężkich walk, w efekcie których sytuacja operacyjna obu stron uległa całkowitej stabilizacji. Brak spektakularnych manewrów, czy wielkich przesunięć bynajmniej nie tłumaczy nikłego zainteresowania dawniejszej literatury tematu, ponieważ natężenie walk i ich skala bynajmniej nie zmalały, a na niektórych wprost przeciwnie – osiągnęły wyraźne apogeum. Czynnikiem skazującym owe „zapomniane bitwy” na wymknięcie się poza horyzont poznawczy było przede wszystkim to, że w ich efekcie w ostrym kryzysie znalazły się nie siły Wehrmachtu, lecz Armia Czerwona, która w konsekwencji wszystkich już wcześniej wymienionych czynników utknęła w beznadziejnym położeniu nie mogąc ani iść dalej naprzód, ani też wycofać się z wielu osiągniętych rubieży, na których poszczególne jej zgrupowania operacyjne już wprost zagrożone były całkowitym zniszczeniem. Ostatni rozdział Kampanii Zimowej miał dla sowieckiego żołnierza i jego przełożonych wyjątkowo gorzki smak.

Od 29 stycznia 1942 roku jedynymi cofającymi się na całym froncie Grupy Armii „Mitte” niemieckimi jednostkami były elementy XXIV Korpusu, który ewakuował się z rejonu Suchniczi, a i to po zebraniu wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość, nie wspominając o komplecie 945 rannych żołnierzy Wehrmachtu przebywających w mieście. Na pozostałych odcinkach sytuacja wyglądała na całkowicie ustabilizowaną – znakomita większość niemieckich związków taktycznych zajmowała obecnie HKL (HKL – Haupt Kampf Linie, Główna linia obrony) opierającą się na systemach ciągłych umocnień polowych, wzmocnionych w krytycznie ważnych z taktycznego punktu widzenia punktach wzmocnionych i z każdym dniem coraz bardziej wzmacnianych betonowych fortyfikacjach. Skrócenie linii frontu w centralnej jego części pozwoliło dowództwu Grupy Armii na skoncentrowanie niemałych rezerw operacyjnych, wzmocnionych jeszcze przybywającymi z zachodu posiłkami. Miało to olbrzymie znaczenie z powodu obecności w wielu punktach całkiem sporych sowieckich zgrupowań operacyjnych, które wcześniej zdołały „przeciec” na zachód przez luki w niemieckich liniach. Teraz nawet na odcinku 4 i 9 Armii liczne grupy bojowe blokowały sowieckim jednostkom na tyłach głównych niemieckich sił jakikolwiek ruch. Przede wszystkim jednak osłaniały kluczowe szlaki komunikacyjne i zapewniały im drożność mimo bardzo częstych sowieckich inkursji. Mówiąc wprost – bardzo liczne sowieckie zgrupowania o sile oscylującej pomiędzy pułkiem, a całą armią były dla Niemców dokuczliwe, ale w żaden sposób nie zagrażały już Grupie Armii. Gdy wreszcie główne siły Koniewa i Żukowa podeszły pod nowe niemieckie pozycje obronne zastały przed sobą drzwi zatrzaśnięte na głucho. Próby ich ponownego otwarcia i dotarcia do najbardziej wysuniętych własnych jednostek zakończyły się jednak w ogromnej większości czymś, co już widziano na froncie wcześniej – masakrą atakujących. Jedna z takich prób miała miejsce 30 stycznia 1942 roku na odcinku 167 Dywizji Piechoty. Jeden z jej żołnierzy nazwiskiem Willi Pott po zakończonym starciu naliczył w pasie o szerokości mniej więcej półtora kilometra osiemset ciał poległych sowieckich żołnierzy. Żaden z atakujących nie osiągnął nawet przedpoli niemieckich umocnień. Inna próba na odcinku 17 Dywizji Pancernej zakończyła się dla atakujących równie katastrofalnie – Erich Hager, którego czołg Pz III brał czynny udział w starciu pisał do domu, że wprawdzie załoga zużyła niemal cały zapas amunicji, ale tylko w polu ich widzenia po walce pozostało na śniegu 250 martwych żołnierzy wroga, przy czym w kontrataku zorganizowanym natychmiast po odparciu fali atakujących Niemcy zdobyli aż siedem nieuszkodzonych i porzuconych czołgów. Straty własne Niemców podczas tej walki Hager podał jako jeden poległy i sześciu rannych. Nic dziwnego, że inny z weteranów pisał w obliczu tak układających się spraw w liście do domu datowanym na dzień 30 stycznia 1942 roku:

„Czas działa teraz na naszą korzyść. Każdego dnia.”

Po 2 Armii Pancernej i 9 Armii przyszedł wreszcie czas na zamknięcie kolejnego dramatycznego rozdziału, czyli likwidacji zagrożeń wiszących wciąż nad 4 Armią teraz dowodzonego przez generała Heinrici. O ile krótko po objęciu dowództwa nad tym związkiem miał on bardzo mieszane uczucia w kwestii możliwości utrzymania Juchnowa w obliczu efektywnego przecięcia głównej drogi biegnącej do tej miejscowości z zachodu przez spore siły sowieckiej kawalerii i zaczął nagabywać von Klugego na rezygnację z osiągniętych właśnie przez zgrupowanie jego armii pozycji obronnych na korzyść cofnięcia się o kolejne piętnaście do dwudziestu kilometrów, to 28 stycznia otrzymał zapewnienie o organizacji poważnej kontrakcji na rzecz jego poharatanej armii, co nieco zmieniło jego optykę na przyszłość. Wcześniej 4 Armia próbowała siłami dwóch dywizji piechoty zamknąć lukę pomiędzy jej pozycjami, a oddziałami 4 Armii Pancernej Ruoffa, ale siły wydzielone do tego zadania były ewidentnie zbyt słabe i akcja zakończyła się kompletnym fiaskiem. Teraz do kolejnej próby wyznaczono znacznie silniejsze zgrupowanie w postaci oddziałów 183, 255 i 282 Dywizji Piechoty, ale przede wszystkim także 20 Dywizji Pancernej Rittera von Thoma. Wprawdzie sztab 4 Armii pozostawała nadal sceptyczny wobec możliwości przywrócenia połączenia pomiędzy armiami, niemniej jednak, ani von Kluge, ani tym bardziej OKH nie chciało nawet słyszeć o dalszym odwrocie. Atak rozpoczęty 29 stycznia napotkał dokładnie takie same trudności jak wcześniejsze akcje ofensywne na odcinkach 9 Armii, czy 2 Armii Pancernej – wysokie na metr zaspy, silny opór wroga i temperatury w tak ekstremalnych zakresach, że aż trudno było w nie uwierzyć. Mimo wszystkich tych trudności oddziały niemieckie posuwały się jednak naprzód w morderczych walkach na śmierć i życie toczonych wśród lodowych pustkowi przez poszczególne oddziały obu stron. Wprawdzie ruch naprzód niemieckich grup szturmowych był niesłychanie powolny, ale już w ciągu pierwszych trzech dni walk zdołały one pokonać na tyle szeroki pas terenu, że choć sowieckie włamanie nadal istniało, to jednak zostało zredukowane do roli wąskiego korytarza łączącego ich główne siły z wysuniętą mocno do przodu kawalerią, tkwiącą na tyłach 4 Armii. Korytarza tak wąskiego, że w całości znalazł się pod niemieckim ogniem artylerii i w konsekwencji efektywny ruch sowieckich jednostek zaopatrzeniowych na zachód ustał całkowicie. W tych dramatycznych walkach Niemcy nie rezygnowali i dzień po dniu redukowali obszar znajdujący się pod kontrolą sił sowieckich, aż w reszcie 4 lutego włamanie zostało zlikwidowane i ostatecznie przywrócono połączenie pomiędzy dwoma niemieckimi armiami. Sytuację 4 Armii jeszcze bardziej poprawiło przybycie na front świeżej 331 Dywizji Piechoty pułkownika Franza Beyera. Dosłownie z dnia na dzień okazało się, że główne siły sowieckie zostały osłabione w ciągu ostatnich dnia do tego stopnia, że nie były w stanie w żaden sposób pomóc swym teraz odciętym czołowym zgrupowaniom. Dokładnie tak samo, jak na odcinku 9 Armii. Żołnierz 4 Armii – Gustav Böcker – pisał do domu 29 stycznia 1942 roku:

„Jesteśmy teraz w szczycie zimy. Z końcem lutego powinno się tu wszystko poprawić. To wciąż cały miesiąc. Jednak przetrwamy i ten okres i wtedy musi wreszcie nadejść wiosna.”

Odczucia szeregowych odpowiadały aktualnej sytuacji armii – zablokowane na tyłach 4 Armii oddziały sowieckiej kawalerii nie tyle przestały stanowić zagrożenie, co stały się teraz raczej „łowną zwierzyną” – w ciągu dwóch tygodni po odcięciu korytarza łączącego je z głównymi siłami frontu liczebność sił bojowych tego zgrupowania została zredukowana z 28 000 żołnierzy, do zaledwie około 5 500 ludzi, w dodatku rozproszonych na całkiem sporym obszarze, co gorsza, także pozbawiona w zasadzie broni ciężkiej.

Jeden z sowieckich oficerów średniego szczebla pisał potem w pamiętniku, że jego ludzie byli potwornie przemarznięci, głodni i pozbawieni jakiegokolwiek schronienia. Konkludował, że w związku ze stanem wojska i bardzo słabą koordynacją operacji różnych broni nie udaje się dziewięć na dziesięć podejmowanych uderzeń, co niesłychanie wyczerpuje żołnierzy i załamuje ich morale. Była to bardzo trafna diagnoza, a wkrótce Niemcy czując się coraz pewniej zaczęli na środkowym odcinku frontu trzymanego przez Grupę Armii „Mitte” podejmować coraz więcej lokalnych operacji zaczepnych. Dokonywały ich niewielkie grupy bojowe skomponowane z pododdziałów różnych służb i różnych broni, ale raz jeszcze okazywało się, że intensywny trening bojowy, któremu poddawany był każdy niemiecki rekrut, bez względu na rodzaj służby, przynosił swój efekt. Szczególnie ulubioną formą tego rodzaju wypadów zaczęły stawać się nocne ataki, podczas których często znacznie mniejsze liczebnie od przeciwnika kampfgruppe jeśli tylko zdołały uzyskać efekt zaskoczenia były w stanie rozgromić teoretycznie znacznie silniejszego przeciwnika. Niemcy nie prowadzili tych akcji po to, by uzyskać konkretne zdobycze terenowe – najważniejszym celem takich akcji pozostawała eliminacja jak największej ilości siły żywej lub broni ciężkiej przeciwnika, by jak najbardziej osłabić jego siłę bojową. Miało to wszystko wymierne skutki, bo choć mobilizacja i organizacja nowych oddziałów w Związku Radzieckim postępowała na najwyższych obrotach, to olbrzymie trudności związane z transportem świeżych rezerw na front powodowały dramatyczne wręcz tempo erozji zdolności ofensywnej sił sowieckich przed frontem Grupy Armii „Mitte”. A to oznaczało jedno – wyrok śmierci na sowieckich dywizjach i brygadach, które znalazły się w głębi niemieckich pozycji obronnych. Jeśli dotychczas

A map of the army group

AI-generated content may be incorrect.

Położenie obu stron na centralnym odcinku frontu w dniu 31 stycznia 1942 roku.

niemieckie dowództwa operacyjne zadowalały się blokowaniem tych zgrupowań wroga siłami ad hoc zorganizowanych grup bojowych, to teraz Ruoff i Heinrici postanowili ostatecznie ustabilizować sytuację na swoich bezpośrednich tyłach. Wkrótce ten pierwszy skierował do akcji na tyłach obu armii swą 5 Dywizję Pancerną Fehna. Dywizja ta miała wysokie stany osobowe, a przede wszystkim dysponowała aż pięćdziesięcioma dziewięcioma czołgami. Wkrótce jej grupy bojowe zniszczyły sowieckie grupki trzymające się kurczowo drogi Gżatsk – Wiaźma, by natychmiast przystąpić do likwidacji sowieckiego zgrupowania składającego się z resztek trzech dywizji strzeleckich utrzymujących się na południowo wschodnich podejściach tej kluczowej obecnie dla Niemców bazy zaopatrzeniowej. Uderzenie 5 Dywizji Pancernej wspartej przez liczne drobne oddziały tyłowe zostało starannie przygotowane i oddziały Fehna wdarły się w głąb sowieckich pozycji bez większych trudności. Okrążone oddziały sowieckie nie były w stanie stworzyć umocnień polowych, gdyż nie posiadały sprzętu ani specjalistów zdolnych podołać takiemu zadaniu. W efekcie większość wzniesionych w ciągu ostatnich dni „fortyfikacji” była w rzeczywistości barykadami, których głównym budulcem były bryły zamarzniętego śniegu. Niemiecka artyleria dosłownie zmasakrowała obrońców tych lodowych redut, a czołgi po prostu przez nie przejechały. Niemcy nie mieli litości i po prostu wybijali do nogi poszczególne pododdziały sowieckie kończąc cała sprawę w połowie lutego – w chwili zakończenia operacji doliczono się ciał 3500 poległych czerwonoarmistów i choć pewna ich ilość zdołała wyrwać się z opresji, to sowieckie zgrupowanie jako całość przestało istnieć. Stopniowe stabilizowanie położenia wojsk 4 Armii w takim stylu miało także inne, daleko bardziej idące konsekwencje – już po zakończonej sukcesem bitwie stoczonej przez 5 Dywizję Pancerną Heinrici spotkał się z Hitlerem, wysuwając postulat skrócenia frontu w rejonie Juchnowa. Na spotkaniu tym, w dniu 28 lutego początkowo Hitler zaoponował żywiołowo, ale gdy tylko do dyskusji włączył się von Kluge uznając pomysł za znakomity, natychmiast zmienił front. Głośno myśląc wyjawił, że w sumie te kilka, bądź kilkanaście kilometrów w realiach Wojny na Wschodzie nie ma większego znaczenia, w odróżnienia od możliwości uzyskania rezerw operacyjnych, niezbędnych do kolejnych „operacji oczyszczających” na tyłach wojsk Heinriciego. Świadczyło to, nie tylko o zdrowym rozsądku Hitlera, ale przede wszystkim o nabieraniu przezeń ponownie zaufania do działań i metod dowódców szczebla operacyjnego. Trudno przecenić znaczenie tego czynnika w nadchodzących tygodniach i miesiącach.

Tymczasem jednak, w związku z polepszeniem się ogólnego położenia von Kluge zaczął myśleć o sowieckim wyłomie w niemieckich liniach na północnym skrzydle swej Grupy Armii. Już 25 stycznia podczas rozmowy z Reinhardtem wspomniał o możliwym przeniesieniu jego sztabu, co fizycznie zmaterializowało się w dniu 29 stycznia. Tego dnia sztab 3 Armii Pancernej skierowany został stosownym rozkazem do odległego od poprzedniego miejsca stacjonowania o ponad 280 kilometrów Witebska. Reinhardt otrzymał niewdzięczne i trudne zadanie opanowania sytuacji, powstrzymania pochodu sowieckich armii na skrzydle Grupy Armii „Mitte” i zabezpieczenia tego kluczowego węzła komunikacyjnego. Wyjeżdżając do Witebska nie zabierał ze sobą właściwie żadnych wojsk – jego dotychczasowe siły zostały teraz podzielone pomiędzy 4 Armię Pancerną, która otrzymała jego V Korpus Armijny, oraz 9 Armię, do której włączono XXVII Korpus Armijny, a także XXXXI i LVI Korpusy Pancerne. Wszystko, czym dysponował początkowo dowódca 3 Armii Pancernej sprowadzało się do niewielkich jednostek piechoty, które uszły ciosom sowieckiej ofensywy, formacji tyłowych przeformowanych teraz na grupy bojowe, oraz obietnicami szybkiego przybycia rezerw z Niemiec. Mając tak słabe karty Reinhardt nie byłby w stanie w normalnych okolicznościach powstrzymać sowieckiego marszu, ale okoliczności nie były normalne. Niemcy bronili zaciekle tylko szlaków komunikacyjnych i większych miejscowości, a jeśli musieli je opuścić, natychmiast niszczyli całą infrastrukturę i odchodzili na kolejne pozycje obronne. Posuwające się dotychczas naprzód niemal bez oporu oddziały sowieckie nagle stanęły wobec problemu, który tak silnie zredukował potencjał bojowy Frontu Zachodniego i Kalinińskiego – rozciągnięcia własnych linii zaopatrzenia do tego stopnia, że coraz węższy strumyk amunicji, posiłków i żywności wysechł całkowicie. Już 18 lutego Reinhardt był panem sytuacji – sowieckie wojska wprawdzie wdarły się bardzo głęboko na niemieckie tyły na styku Grup Armii „Nord” i „Mitte”, ale ich działania zamarły i Niemcy przystąpili do organizowania trwałej i ciągłej rubieży obronnej. Tego samego dnia Reinhardt został odznaczony za swoje błyskotliwe dowodzenie w tak trudnych warunkach Liśćmi Dębu do posiadanego już Krzyża Rycerskiego. W gruncie rzeczy jego osiągnięcie możliwe był przede wszystkim dlatego, że Sowieci dość szybko przenieśli ciężar swych działań z kierunku witebskiego na boki wybitej w niemieckim froncie masywnej dziury. Wprawdzie kosztowało ich to uwikłanie się w mordercze walki z siłami 9 Armii Modela dążącego teraz do trwałego ustabilizowania osiągniętych wskutek zwrotu zaczepnego pozycji, ale dało im to także pokaźnych rozmiarów sukces operacyjny na odcinku odpowiedzialności północnej sąsiadki Grupy Armii „Mitte”, w postaci zamknięcia do dnia 21 lutego 1942 roku pierścienia okrążenia wokół II Korpusu Armijnego ze składu 16 Armii niemieckiej. Dowództwo Grupy Armii „Nord” powstrzymało dalszy marsz sowietów na zachód z najwyższym trudem organizując na nowo linię obrony na linii Jezioro Ilmień – Staraja Russa – Bielebielka siłami naprędce ściągniętymi z innych odcinków lub z Rzeszy. Dalej na południe nie istniała właściwie żadna ciągła rubież obrony, a sowiecką ofensywę powstrzymywał od 23 stycznia 1942 roku niewielki, liczący około 5500 żołnierzy garnizon odciętego Chołmu, złożony głownie z oddziałów 218, 329 i 123 Dywizji Piechoty, wspartych mozaiką pododdziałów policyjnych i zaopatrzeniowych. Tylko teoretycznie obszar ten nie powinien interesować sztabu Grupy Armii „Mitte”, gdyż znajdował się w pasie odpowiedzialności Grupy Armii „Nord”. Jednakże bitwa pomiędzy Jeziorami Ilmień i Selliger miała o tyle wielkie znaczenie, że wraz z okrążeniem II Korpusu Armijnego i powstałą w ten sposób koniecznością zorganizowania mostu powietrznego z zaopatrzeniem do baz lotniczych na północy odeszło całe właściwie zgrupowanie transportowe pułkownika Morzika, który teraz w oparciu o dobrze zorganizowaną bazę powietrzną Luftwaffe w miejscowości Dno naprędce organizował ruch lotniczy do Demiańska. Odebranie Grupie Armii „Mitte” tak dużego zgrupowania lotnictwa transportowego miało swoje znaczenie – przede wszystkim znowu gwałtownie pogorszyło się zaopatrzenie operujących na jej korzyść jednostek Luftwaffe, ale także dużo trudniej było teraz wspierać logistycznie oddziały Modela często powciskane pomiędzy wciąż duże i liczne sowieckie zgrupowania na lewym skrzydle 9 Armii i jej bezpośrednim zapleczu.

Położenie 9 Armii zostało w znacznej mierze ustabilizowane udaną operacją połączenia jej rozczłonkowanego frontu obronnego, ale pas łączący jej korpusy pozostawał niebezpiecznie wąski, a jej lewe skrzydło nadal było całkowicie odkryte. Wreszcie Model nie mógł ignorować obecności na bezpośrednim zapleczu utrzymujących nową HKL dziewięciu odciętych sowieckich dywizji liczących przecież kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. W tych okolicznościach odzyskany obszar pomiędzy Rżewem, a Oleninem nabierał szczególnego znaczenia – konieczność jego utrzymania stała się sprawą pierwszej wagi i zadanie wsparcia wątłego korytarza zostało powierzone przez dowództwo 9 Armii pułkowi „Der Führer” ze składu 2 Dywizji Zmotoryzowanej Waffen-SS „Das Reich”. Model spotkał się z dowódcą pułku, Waffen-SS Obersturmbannführerem Otto Kumem osobiście. Spotkanie było bardzo krótkie – Model w zwięzły sposób nakreślił ogólne położenie i znaczenie powierzanego Kumowi odcinka. Na koniec podszedł do oficera i powiedział po prostu – „Musisz się tam utrzymać za wszelką cenę!”, po czym odwrócił się, pochylił nad mapą i powtórzył cicho – „za wszelką cenę”. Otto Kum miał wiele do powiedzenia na temat stanu jego doświadczonego dotychczasowymi walkami regimentu, ale Model nie życzył sobie dalszych dyskusji, obiecując jedynie wsparcie w postaci każdego dostępnego żołnierza i działa.

Żołnierze niemieccy naprędce wznosili teraz fortyfikacje i zabezpieczali je zasiekami z drutu kolczastego zadając sobie pytanie, czy zdążą przed nadciągającą burzą. Ta nadeszła już 26 stycznia i zmaterializowała się pod postacią całej serii sowieckich uderzeń, które w pierwszym rzędzie dotknęły oddziałów 256 Dywizji piechoty Webera. Sowieci atakowali falami liczącymi po pięciuset żołnierzy na bardzo wąskim odcinku przełamania. Całodniowe walki pozostawiły po sobie wstrząsające pobojowisko, ale poświęcenie czerwonoarmistów na nic się nie zdało – ludzie Webera utrzymali swe pozycje. Następnego dnia siły Frontu Kalinińskiego podjęły kolejną próbę koncentrując tym razem znacznie większe siły na znacznie szerszym odcinku. Natarcie prowadzone w pasie około pięciu kilometrów tym razem doprowadziło do kryzysu w szeregach obrońców – w centralnym punkcie pola walki obrońcy bezimiennej wsi zostali na swoich stanowiskach wybici do nogi i sowieccy piechurzy zdołali wedrzeć się w głąb niemieckiej linii obrony. Zbierając wszystkie dostępne jeszcze rezerwy Niemcy wykonali wieczorem zdeterminowany kontratak, który zakończył się zniszczeniem sił przeciwnika i odzyskaniem zrujnowanej wsi, gdzie nowa obsada kluczowej pozycji zajęła ponownie stanowiska wśród setek ciał poległych. Model dotrzymał słowa danego Kumowi, którego ludzie zdążyli już złożyć obfitą daninę krwi na tutejszym ołtarzu Boga Wojny – cieniutka nić niemieckich posterunków każdego dnia wzmacniana była przez kolejne drużyny piechurów wspieranych przez pojedyncze armaty przeciwpancerne i działa szturmowe. Nawet jeśli tak niewielkie posiłki nie mogły przesądzić od razu o wyniku bitwy, to jednak miały kolosalne znaczenie dla morale broniących się żołnierzy Wehrmachtu i Waffen-SS, przede wszystkim podtrzymywały morale przeraźliwie samotnych w swych „lisich jamach” i bunkrach wojowników, niwelując to poczucie osamotnienia i porzucenia, potęgowane jak zawsze przez monotonię i bezkres sowieckiego krajobrazu. Model rozumiał doskonale, że wynik bitwy zależy nie tylko od wytrwałości obrońców pozycji Rżew-Olenino, ale także od „pogłębienia” głównej linii obrony armii. Zamiast zatem skierować na pozycje Bielera wszystkie posiadane rezerwy wolał zasilać je jedynie drobnymi pododdziałami, większość odwodów kierując na tyły HKL i oddając je w ręce generała Vietinghoffa, dowodzącego XXXXVI Korpusem. Siły, których ozdobą była 1 Dywizja Pancerna otrzymały zadanie wykonania uderzenia na bezpośrednim zapleczu ciężko krwawiącego VI Korpusu Bielera. Pancerniacy Krügera mieli uderzyć rejonu Syczewki i dotrzeć do sił XXIII Korpusu Schuberta. W tym momencie jak się wydaje Model brał całkiem serio możliwość przełamania obrony pod Olenino i zamierzał przede wszystkim zablokować możliwość głębszego pochodu w stronę zaplecza centrum Grupy Armii „Mitte”. Atak pierwotnie zaplanowany na 28 stycznia został przełożony z powodu powolnej koncentracji sił w rejonie Syczewki, co stało się powodem szczególnej nerwowości w sztabie 9 Armii. Vietinighoff rozumiał zagrożenie równie dobrze i na własną rękę polecił 1 Dywizji Pancernej nie czekać na pozostałe jednostki i natychmiast ruszyć do przodu „z tym co jest”. W całej serii niewielkich skala ataków Niemcy wdarli się w głąb sowieckich pozycji zdobywając sporo dział i moździerzy. Broniący się Sowieci gonili resztkami sił, a jedyne zaopatrzenie jakie do nich docierało pochodziło z nocnych zrzutów ich lotnictwa transportowego, które nie tylko były pod względem ilości zupełnie nieadekwatne do potrzeb, ale z uwagi na niemieckie postępy w dużej mierze lądowało na obszarach kontrolowanych przez Wehrmacht. Jakby w odpowiedzi na niemieckie akcje w rejonie Syczewki – w rzeczywistości Koniew nie miał praktycznie żadnej wiedzy o tym, co dzieje się na niemieckich tyłach, gdyż nie posiadał żadnej łączności radiowej z odciętymi własnymi dywizjami – 30 stycznia Sowieci wznowili swoją ofensywę przeciw oddziałom Bielera. I tym razem niemiecka artyleria polowa zamieniła bezpośrednie podejścia do niemieckich pozycji obronnych w prawdziwą strefę śmierci, ale sowieckie siły były zbyt wielkie i dostatecznie wielu czerwonoarmistów docierało do niemieckich linii, aby nieustannie do zaciekłych starć wręcz, gdzie bagnet, granat i pięści stanowiły najważniejszy oręż i decydowały o życiu i śmierci. Straty obu stron były ze sobą nieporównywalne, ale 31 stycznia Otto Kum meldował, że w kompaniach liniowych pozostało mu po dwudziestu pięciu, trzydziestu ludzi. Wtórował mu Bieler, który meldował brak jakichkolwiek rezerw i alarmował, że podtrzymanie presji na dotychczasowym poziomie musi doprowadzić „nieuchronnie”, do załamania się obrony. Znowu sowieckie oddziały zdołały wedrzeć się w głąb obrony, ale przybyły w ostatniej chwili niewielkie odwody przy wsparciu czterech dział StuG pozwoliły wykonać silny kontratak, który raz jeszcze zatrzymał pochód wroga i odtworzył poprzednią rubież obrony. To ostatnie niepowodzenie miało dla Koniewa bardzo bolesne konsekwencje, gdyż następnego dnia sowieckie dowództwo najwyższe ponownie ustanowiło pośredni szczebel kontroli i nadzoru pomiędzy sobą, a dowództwami Frontów na kierunku moskiewskim, tworząc Zachodni Kierunek Działań, na którego czele stanął Żukow. O ile Koniew z Żukowem współpracował już wcześniej w roli podwładnego i na tej współpracy bynajmniej nie wyszedł źle (przynajmniej osobiście), to jednak odebranie mu prerogatyw głównego planisty działań na obszarze jego odpowiedzialności musiało być solidnym policzkiem. W teorii kontrola wyższego szczebla nad w sumie trzema Frontami powinna Sowietom pomóc w zakresie lepszej koordynacji działań, ale z uwagi na bardzo słabo działające sztaby, które nie posiadały dostatecznie dobrze rozwiniętego systemu wymiany informacji z niższymi szczeblami podległych im wojsk prowadziły do jeszcze większych opóźnień w podejmowanych akcjach, co znacząco utrudniało im realizację zadań bojowych. Żukowa działał zresztą na rzecz wykonania starego zadania „okrążenia sił niemieckich w rejonie Rżewa i Wiaźmy, co było w tych okolicznościach celem zupełnie nieosiągalnym. Po drugiej stronie Model wyczuwał już, że obrona Bielera wytrzyma, co da mu czas na rozprawę z licznymi odciętymi za jego plecami siłami sowieckimi, stale zasilał go więc niewielkimi posiłkami i słał słowa zachęty, ale gruncie rzeczy koncentrował swoją uwagę na operacjach sił Vietinghoffa, które zaczynały robić coraz większe postępy. Tymczasem sowieccy oficerowie pozbawiali się jakichkolwiek złudzeń. Świadkiem kolejnej desperackiej próby wybicia dziury w niemieckiej obronie był między innymi Gieorgij Osadczinskij, żołnierz brygady strzeleckiej, która w dość dobrym porządku przeszła niemal całą kontrofensywę od bram Moskwy, aż po przedpola Olenina. Jak wspominał później:

„Walki wokół Przyczółka Rżewskiego były okrutne i krwawe. Nasze ataki nie były należycie przygotowane, a przeciwnik bardzo dobrze zorganizował swoja obronę… Brnęliśmy przeciw jego umocnieniom w metrowych zaspach śniegu. Napotkaliśmy ścianę ognia, a drogę zagrodziły nam pola minowe i zasieki z drutu kolczastego. Niemcy otwarli do nas ogień z flanki i przygwoździli nasz batalion do ziemi, a ich strzelcy wyborowi zaczęli wybijać nasze obsługi karabinów maszynowych. Dowodzący nami porucznik próbował wezwać wsparcie artyleryjskie, ale żadnego nie otrzymaliśmy. Widziałem go, płaczącego z gniewu i frustracji. Byliśmy w śmiertelnej pułapce i nasza brygada została rozdarta na strzępy…”

W takich okolicznościach impet sowieckich uderzeń słabł, topił się w ogniu obrony, choć ta dosłownie goniła resztkami sił – w chwili wycofania z frontu pułku Kumma, wykazywał on dwudziestu dziewięciu ludzi zdolnych do walki – niemniej Niemcy osiągnęli kolejny sukces niwecząc sowieckie próby przerwania frontu pod Olenino. Podczas gdy przed frontem Bielera stosy ciał poległych czerwonoarmistów rosły, ruszyło wreszcie natarcie Niemców z Syczewki. Początkowo posuwało się naprzód dość powoli, ale przybycie w rejon operacji czołgów 5 Dywizji Pancernej pozwoliło szybciej rozerwać obronę okrążonych oddziałów sowieckiej 29 Armii. 5 lutego niemieckie czołówki pancerne nawiązały łączność z siłami Schuberta i tym samym Model mógł cieszyć się z likwidacji kolejnego dużego zagrożenia na swych tyłach. Sowieckie ataki trwały jeszcze w sektorze VI Korpusu Bielera, ponawiano także uderzenia siłami Frontu Zachodniego, żadna próba nie doprowadziła

A map of the army group center

AI-generated content may be incorrect.

Położenie obu stron na południowym odcinku frontu Grupy Armii „Mitte”.

31 stycznia 1942 roku.

jednak do przełamania niemieckiej linii obrony. Dwa tygodnie walk kosztowało 9 Armię nieco ponad 5000 żołnierzy, co być może nie robi wrażenia, dopóki nie zdać sobie sprawy z tego, że mowa o 10 % siły bojowej armii z 19 stycznia 1942 roku. Straty sił sowieckich były dużo większe i tylko w oddziałach Koniewa obliczano je na 26 000 zabitych, oraz niesprecyzowaną do dziś, ale znaczną ilość rannych. Niemcy wzięli też około 5000 jeńców. Bardzo bolesne były też sowieckie straty w artylerii, które obejmowały 343 działa i moździerze. Także ilość czołgów spadła do ekstremalnie niskich poziomów. Sytuacja ta, choć uniemożliwiała w praktyce jakiekolwiek poważne operacje zaczepne w skali operacyjnej, nie skłoniła sowieckiego kierownictwa wojennego do zmiany optyki na rozwój sytuacji – Żukow miał opanować Rżew i Wiaźmę do 5 marca… Jedyną próbą wsparcia odciętych na niemieckim zapleczu formacji pozostawało zrzucenie jeszcze 27 stycznia jednostek 4 Korpusu Powietrznodesantowego w rejonie Wiaźmy, przy czym oddziały te poniosły bardzo duże straty w ludziach i sprzęcie i w zasadzie nie były zaopatrywane. Dołączyły do innych jednostek sowieckich wykorzystując bierność przeciwnika i jego słabą zdolność do kontroli olbrzymich kompleksów leśnych w regionie. Kolejne próby wsparcia desantu stawały się coraz bardziej kosztowne, aż wreszcie w nocy z 27 na 28 lutego niemieckie myśliwce przechwyciły TB-3 z dowódcą korpusu, generałem majorem Aleksiejem Lewaszewem. Wprawdzie poważnie uszkodzony samolot zdołał wylądować przymusowo na podmoskiewskim lotnisku, ale generał Lewaszew nie przeżył ostrzału.

W zasadzie historiografia niewiele miejsca poświęcała wydarzeniom na centralnym odcinku Frontu Wschodniego mającym miejsce w lutym 1942 roku. Punktem, który szczególnie silnie przykuwał uwagę historyków przez całe dekady był Demiańsk, wraz z desperacką walką II Korpusu Armijnego o przetrwanie. Trwające cały miesiąc ciężkie walki w rejonie Rżewa, Olenina i Juchnowa pozostają po dziś dzień w cieniu i wciąż powstaje stosunkowo niewiele publikacji na ten temat, choć niewątpliwie ostatnie tchnienia sowieckiej ofensywy pod Moskwą zasługują na coś więcej. W dużej mierze końcowy efekt bitwy obronnej Grupy Armii „Mitte” miał swój wpływ na kształt kampanii letniej 1942 roku na całym Froncie Wschodnim i nie chodzi bynajmniej o końcowe pozycje osiągnięte przez obie walczące strony, lecz przede wszystkim poniesione w walkach straty i ich ocenę. Z jednej strony, niemalże do końca lutego wyższe dowództwa sowieckie żywiły głębokie przekonanie, że siły niemieckie są dosłownie krok od załamania, a ich stan jest na tyle zły, że wystarczy jeszcze tylko jeden wysiłek, by udało się dokonać autentycznego przełomu i dobić ciężko poranionego wroga. Otrzeźwienie przyszło bardzo późno i konsekwencją była nie tylko klęska ogólnych zamierzeń operacyjnych w postaci niezdolności do osiągnięcia zakładanych celów operacyjnych, ale także radykalna korekta oceny zdolności bojowej sił niemieckich, oparta przede wszystkim na smutnych doświadczeniach ostatnich tygodni własnych operacji zaczepnych i zaskakującej siły niemieckich przeciwuderzeń. Za podstawową przyczynę niepowodzeń uznano zatem nie tyle słabość własnych sił lub może planowania operacyjnego, lecz siłę bojową wroga, który swoim oporem na twardo bronionych ostatecznych liniach oporu z sukcesem stawiał czoła sowieckim atakom całymi tygodniami. W oczach sowieckich wojskowych najwyższego szczebla zgrupowanie operacyjne sił niemieckich odepchniętych wprawdzie od Moskwy, ale nadal zdolnych do walki, pozostawało wciąż realnym zagrożeniem dla sowieckiej stolicy. Determinowało to poglądy o konieczności jak najszybszej likwidacji tego zagrożenia, oczywiście poprzez własne operacje zaczepne, ale w pierwszej kolejności także poprzez dynamiczną rozbudowę potężnego pasa umocnień, zdolnego zatrzymać – jak oczekiwano wówczas – nieuchronną próbę wznowienia niemieckiej ofensywy przeciw sowieckiej stolicy. Mimo, że od pierwszych dni marca 1942 roku obie strony w zasadzie nie były zdolne do prowadzenia poważniejszych operacji zaczepnych dowództwo sowieckie zdecydowane było jak najszybciej skoncentrować dostatecznie potężne rezerwy by zastopować ewentualną nowa niemiecka ofensywę, a w przypadku wystąpienia korzystnych okoliczności, ewentualnie samemu przejść do ofensywy. Na niemieckich tyłach nadal pozostawały spore zgrupowania izolowanych sił sowieckich, którym nie próbowano wprawdzie udzielić pomocy w postaci prób przebicia korytarzy doń prowadzących, ale też nie zgadzano się na podejmowanie przez nie prób przebicia się do własnych sił głównych. Sama ich obecność na niemieckich tyłach musiała komplikować położenie sił wroga na tyle, że byłoby mu trudno zorganizować poważną ofensywę, bez uprzedniego poradzenia sobie z tymi „wyspami”, które potrafiły stać się właściwie samowystarczalne, korzystając z olbrzymich ilości porzuconego głównie późna jesienią 1941 roku wyposażenia bojowego, ale także bezlitośnie eksploatując posiadane przez ludność cywilną pozostałą na wyzwolonych obszarach zasoby żywnościowe. Pozwalało im to trwać na zapleczu niemieckiego frontu, choć nie były w stanie na dłuższą metę wywierać większej presji na wrogu. Paradoksalnie, patrząc na potencjał wroga przez pryzmat własnych niepowodzeń Sowieci znacząco przeceniali niemiecki potencjał – dość powiedzieć, że w marcu 1942 roku liczba sprawnych i zdolnych do walki niemieckich czołgów na froncie spadła do szokującej liczby 160 pojazdów. Luftwaffe dysponowała mimo niemałych przecież posiłków liczbą 1550 samolotów bojowych, przy czym mimo wszystkich wysiłków służb technicznych poziom gotowości bojowej pozostawał dramatycznie niski i oscylował w dziennych raportach wokół zaledwie 40 % samolotów zdolnych do lotów bojowych z całości. Z wszystkich przebywających na Froncie Wschodnim 162 niemieckich dywizji tylko osiem uznawano za zdolne do prowadzenia pełnoskalowych operacji ofensywnych, a jedynie trzy mogły osiągnąć taką zdolność po krótkim odpoczynku. Z pozostałych jednostek 47 dywizji uznano za zdolne do prowadzenia jedynie ograniczonych operacji ofensywnych, pozostałe zaś sklasyfikowano jako nadające się jedynie prowadzenia działań defensywnych. Ponieważ jednak położenie pierwszoliniowych wojsk sowieckich było dość podobne, czego zresztą Stalin i Politbiuro dość mocno się obawiało, musiało dojść do swoistego wyścigu o osiągnięcie zdolności do przeprowadzenie wielkiej ofensywy w skali operacyjnej, mogącej mieć wpływ na ogólne położenie strategiczne na Wschodzie.

Odzyskanie w sumie 7 % terytorium, które do dnia 5 grudnia 1941 opanowały wojska niemieckie nie zmieniało w sposób zasadniczy położenia strategicznego ZSRR i choć mowa o 91 456 kilometrach kwadratowych, nie były to obszary o wyjątkowym znaczeniu ekonomicznym lub demograficznym dla sowieckiego wysiłku wojennego. Pod okupacją wroga pozostawały olbrzymie obszary, zamieszkane przez kilkadziesiąt milionów ludzi. Już w marcu 1942 roku szacowano utracone z tego tytułu możliwości mobilizacyjne (mężczyzn w przedziale wiekowym 18-45 lat) na ponad 5 milionów potencjalnych rekrutów. Wraz z ubytkiem nieco ponad 9 milionów ludzi w dotychczasowych walkach nakazem chwili było zreorganizowanie systemu dowodzenia i dostosowanie taktyki do potrzeb toczonej wojny w oczywistym celu zmniejszenia strat, które na przestrzeni bardzo niewielu miesięcy wyniosły ponad jedną trzecią wszystkich potencjalnych zasobów demograficznych. Nie tylko straty w ludziach dawały do myślenia – mimo dość sprawnie przeprowadzonej ewakuacji setek zakładów przemysłowych na wschód w obszarze produkcji przemysłowej wystąpiły olbrzymie zakłócenia skutkujące skokowym spadkiem bieżącej produkcji w wielu kluczowych sektorach. Jakby tego było mało, na okupowanych terytoriach ZSRR pozostawiono Niemcom ogromne źródła surowców – rud metali, węgla lub nawet pszenicy i ziemniaków. Mowa o 60 % rocznej produkcji węgla i 40 % rocznej produkcji zbóż. Impakt spowodowany utratą terytorium i mobilizacja spowodował utratę ponad jednej trzeciej przedwojennej siły roboczej. W zasadzie ustała w ZSRR produkcja aluminium, metalu niezbędnego w produkcji lotniczej. Ocenia się, że spadek PKB w początkowym okresie wojny wyniósł ponad 30 %, co jest świadectwem nie tylko trudności państwa na polu organizowania gospodarki wojennej, ale także jeszcze większego zubożenia społeczeństwa, które przecież dopiero co odczuło skutki potężnych przedsięwzięć mających zmienić raz na zawsze w myśl stalinowskich idei oblicze sowieckiego społeczeństwa. Oczywiście, w obliczu śmiertelnego zagrożenia pierwszeństwo wśród priorytetów miała produkcja zbrojeniowa, więc dość prędko sytuacja na polu produkcji żywności pogorszyła się jeszcze bardziej. Oczywistą konsekwencją stał się głód, który bardzo szybko dotknął licznych obszarów państwa.

Władze ZSRR po otrzeźwieniu związanym z niezdolnością do szybkiego odzyskania utraconego potencjału musiały stworzyć zupełnie nową strategię działania, zdecydowanie długofalową, przy czym bardzo duże znaczenie miała obecnie pomoc materiałowa i militarna ze strony Mocarstw Anglosaskich. Naturalnie, pomoc materiałowa w początkowym okresie wojny nie miała takich rozmiarów, aby przesądzić o losach wojny, ale dawała na dzieję na przetrwanie i pozwalała myśleć o trwałym uchwyceniu inicjatywy strategicznej. Pomijając sprzęt wojskowy, porozumienia sowiecko-anglosaskie pozwalały także przetrwać najtrudniejszy okres związany ze wspominaną ewakuacją tkanki przemysłowej na wschód, oraz utratę dużej części potencjału surowcowego. Przede wszystkim pozwalał skupić wysiłek produkcyjny na najbardziej kluczowych aspektach – dwa najbardziej oczywiste przykłady to oparcie się w przypadku produkcji lotniczej niemal w całości o stopy metali importowane z Zachodu, a także właściwie rezygnacja z produkcji lokomotyw, których niedobór także w całości pokrywano poprzez pomoc z tych samych źródeł.

Oczywiście Niemcy mieli swoje problemy – przede wszystkim sam fakt nieosiągnięcia zaplanowanych celów kampanii rodziła świadomość konieczności kompletnej reorientacji założeń strategicznych. Jak zawsze zresztą, gdy Niemcy jako państwo nie było w stanie pokonać przeciwnika w relatywnie krótkim czasie. Absolutna potrzebą chwili stało się takie dostosowanie posiadanych możliwości do celów, aby w pierwszym rzędzie móc w ogóle kontynuować wojnę. Ta prawda w bardzo krótkim czasie zdefiniowała niemiecką strategię i kazała podjąć przygotowania do nowej kampanii opartej na próbie ponownego uchwycenia inicjatywy strategicznej i zajęciu takich obszarów ZSRR, aby ich potencjał surowcowy i przemysłowy posłużył Rzeszy do dalszego kontynuowania wojny z tak potężną koalicją. W Berlinie, w najbliższym kręgu otaczającym Hitlera nie miano przy tym najmniejszych wątpliwości, że szybki podbój ZSRR na podobieństwo „Barbarossy” nie jest już możliwy. Aby uzyskać ponownie zdolność do wielkich operacji zaczepnych trzeba było jak najszybciej uzupełnić istniejące związki, ale także w przyspieszonym tempie formować nowe. Tymczasem poziom strat poniesionych w kampanii zimowej zsumowany z ubytkami z okresu „Barbarossy” czynił tę ideę niesłychanie trudną w realizacji z powodu licznych ograniczeń demograficznych, ale przede wszystkim surowcowych i produkcyjnych. Straty ludzkie były przy tym znacznie mniejszym powodem do zmartwień niż właśnie straty w sprzęcie. Jak wynika z analizy dokumentów OKH straty Grupy Armii „Mitte” w okresie od końca listopada 1941 roku, do końca lutego 1942 roku wyniosły 262 524 ludzi. Rzecz jasna mowa o stratach bojowych, zatem obejmujących zabitych, rannych i zaginionych. Do tego należy doliczyć pewną nieokreśloną, ale z pewnością bardzo dużą liczbę chorych. W sumie do dnia 1 lipca 1942 roku repatriowano do Niemiec przeszło 715 000 chorych ze składu osobowego Ostheer, a ponieważ liczba chorych w okresie zimowym gwałtownie wzrosła, biorąc pod uwagę liczebność Grupy Armii „Mitte” na tle pozostałych zgrupowań operacyjnych Wehrmachtu na Wschodzie dość oczywistym jest, że należy szacować liczbę chorych na centralnym odcinku frontu w wyżej wymienionym okresie na przynajmniej 300, do 350 tysięcy żołnierzy. Abstrahując od nieznanej liczby ludzi leczonych na bezpośrednim zapleczu frontu suma strat bojowych i chorób pozwala zrozumieć, dlaczego w początkach wiosny 1942 roku każda z dywizji podległych dowództwu Grupy Armii „Mitte” wykazywała średnio niedobór 4551 żołnierzy. Konsekwencją tego była redukcja struktur w znakomitej większości przypadków dywizji piechoty z dziewięciu, do sześciu batalionów. W kilku przypadkach – jak w 267 Dywizji Piechoty – liczba batalionów piechoty spadła nawet do czterech. Już więc po tak pobieżnych wyliczeniach widać wyraźnie, jak bardzo w konsekwencji nieprzerwanej, ośmiomiesięcznej kampanii stopniała liczebność niemieckich związków bojowych na centralnym odcinku Frontu Wschodniego. Patrząc na konsekwencje sowieckiej ofensywy zimowej dość łatwo dojść do wniosku, że o ile niepowodzenie w postaci powstrzymania Operacji „Tajfun” u bram Moskwy jest faktycznie klęską Wehrmachtu w wymiarze operacyjnym (nie ma żadnych gwarancji, że opanowanie Moskwy zakończyłoby zwycięsko kampanię, choć z całą pewnością utrata stolicy wraz z jej rozwiniętym przemysłem i potencjałem demograficznym byłaby dla Związku radzieckiego potężnym ciosem), której konsekwencją jest oddanie inicjatywy w ręce przeciwnika, tak powstrzymanie sowieckiej ofensywy po blisko trzech miesiącach z takim bilansem strat w ludziach i sprzęcie jest trudnym do zrozumienia i logicznego wyjaśnienia strategicznym triumfem. Przede wszystkim istotna jest tutaj nie tyle suma wyzwolonych przez Armię Czerwoną kilometrów kwadratowych ani liczba odzyskanych wsi, miast i miasteczek. Istotna jest gorzka prawda, o której wspominałem już wcześniej – Sowieci nie zdołali zniszczyć ani jednej niemieckiej dywizji i choć już po ustaniu apogeum sowieckich prób ofensywnych wiele niemieckich dywizji odjechało na zachód w celu odtworzenia (tylko z dywizji szybkich Wehrmachtu w pierwszym rzędzie 6, 7 i 10 Dywizje Pancerne), a niektóre dywizje zostały zresztą rozwiązane gros sił niemieckich przetrwało i co najważniejsze, odzyskało pewność siebie i morale. Dość ciekawym zestawieniem częściowo argumentującym tę tezę jest

Mapka ukazująca terytorialne postępy sowieckiej ofensywy zimowej

do dnia 1 marca 1942 roku na kierunku moskiewskim.

statystyka dotycząca liczby jeńców branych przez Armię Czerwoną. Otóż, jeśli w pierwszej fazie niemieckiej inwazji na ZSRR Sowieci brali średnio 101 jeńców dziennie, to liczba ta spadła w miesiącach zimowej ofensywy do zaledwie 28 ludzi dziennie. Zagadnienie to ma oczywiście drugie dno, polegające na tym, że wraz z rozkręcaniem się spirali niemieckich zbrodni najzwyczajniej w świecie czerwonoarmiści jeńców nie brali, ale przede

Mapka ukazująca terytorialne postępy sowieckiej ofensywy zimowej

do dnia 1 marca 1942 roku na południowym skrzydle Grupy Armii „Mitte”.

wszystkim średnia ta byłaby znacząco wyższa za okres zimowy, jeśli doszłoby do kapitulacji jakiegoś większego, choćby i dywizyjnego zgrupowania wroga. To jednak, jak doskonale wiemy, nie miało miejsca ani razu…

Wyliczenie strat strony sowieckiej jest znacznie trudniejsze, jeśli wręcz niemożliwe. Przez bardzo długi czas nawet najbardziej uznani eksperci w rodzaju Davida Glantza polegali w tej materii na obliczeniach zawartych w opracowaniu powstałym pod kierownictwem Kriwoszejewa. Dziś, dzięki ofiarnej pracy metodologicznej Łopuchowskiego i Kawalerczika wiemy już, że nie powinniśmy się nadmiernie przywiązywać do tych wyliczeń, zarówno w kwestii strat ludzkich, jak i strat w sprzęcie. O skali niepowodzenia strategicznego sowieckiej ofensywy zimowej w pierwszym rzędzie świadczy suma miesięcznych strat bojowych Armii Czerwonej na centralnym kierunku działań Frontu Wschodniego w czasie opisywanych walk. W grudniu 1941 roku straty bojowe Frontów operujących na szeroko pojętym kierunku moskiewskim wyniosły 552 000 ludzi, w styczniu 1942 roku obliczano je na 558 000 żołnierzy, a w lutym – miesiącu, o którym tak rzadko się wspomina – straty osobowe wyliczono na 528 000 żołnierzy. Zatem straty bojowe poniesione przez Armię Czerwoną w czasie ofensywy zimowej osiągnęły liczbę 1 638 000 żołnierzy, co przekroczyło o niemal 50 % pierwotny stan Frontów Zachodniego i Kalinińskiego. Nie jest możliwym podanie choćby w przybliżeniu liczby chorych, ale biorąc pod uwagę porę roku, mocno szwankującą logistykę i całą litanię braków elementarnego wyposażenia większości taktycznych związków sowieckich ekspediowanych w omawianym okresie na front, musiała być ona bardzo duża, przy czym stan sowieckiej opieki medycznej w owym czasie nakazuje zachować dużo zimnej krwi w próbie oszacowania procentowego poziomu powrotów do zdrowia pozwalającego na ponowną służbę w armii. Dopiero porównując straty osobowe obu stron widać wyraźnie jak tanim w sumie kosztem Wehrmacht nie tylko uniknął katastrofy, ale wręcz doprowadził do niemal perfekcyjnego przykładu „Bitwy na Wyczerpanie” lub jak kto woli – „Bitwy Materiałowej”. Miała ona trwać przez kolejne miesiące, z czego chyba niewielu członków generalicji ZSRR zdawało sobie w początkach marca 1942 roku sprawę, a co z pewnością było bardzo na rękę znakomitej większości najwyższych rangą dowódców niemieckich i samego Adolfa Hitlera osobiście.

Komentarze

Popularne posty