"Anihilacja" Bitwy u bram Moskwy październik 1941 - Marzec 1943 Część VII

 




"Anihilacja"

Odzyskiwanie równowagi



„Przed nami rozciągał się przykry widok: długie kolumny naszych żołnierzy ciągnących wstecz. Wszędzie widać było porzucone pojazdy, jedne do połowy okryte śniegiem, inne pozostawione dosłownie przed chwilą. Gdy przelatywaliśmy nad kolumnami, lub mniejszymi grupkami żołnierzy na niewielkiej wysokości widać było jak półprzytomni są z wyczerpania. Nie zwracali na nas uwagi. Za nimi zaczynał się pas płonących wsi. Wróg nie użyje ich już jako kwater dla swych wojsk. Cały horyzont wypełniony był kolumnami wojska i ciężkim czarnym dymem. To bezlitosna wojna…”

Tak widział kolejną rundę ruchów odwrotowych sił Grupy Armii „Mitte” pilot bombowca Junkers Ju-88, Paul Stahl. Wycofywanie się głównych sił na Linię Königsberg przebiegało jednak w ówczesnej rzeczywistości znacznie sprawniej i bardziej planowo niż podobne manewry w grudniu poprzedniego roku. Sytuacja sprawiała jednak wrażenie dużo bardziej napiętej niż wówczas i rzut oka na mapę sytuacyjną zdawał się taką diagnozę położenia sił niemieckich potwierdzać bez zbędnych słów. Luka dzieląca główne siły 9 Armii od znajdującego się w kompletnej izolacji XXIII Korpusu Armijnego wzrosła do 17 stycznia 1942 roku do ponad pięćdziesięciu kilometrów, a siły sowieckie nie tylko przesączały się wciąż na zachód od Rżewa, ale także jeszcze bardziej na północ, w rejonie Jeziora Selliger rozrywały właśnie styk Grup Armii „Mitte” i „Nord”, kierując się w pasie tej pierwszej na Toropiec. Nadal istniała także luka dzieląca 4 Armię Pancerną i 4 Armię w rejonie Medyna i jej także trzeba było poświęcać mnóstwo uwagi. Większość dowódców większych zgrupowań niemieckich uważało zgodę na odwrót w stylu „wielkiego rozwiązania” za otwarte drzwi do stabilizacji sytuacji poprzez uzyskanie tak potrzebnych rezerw w efekcie „wyrównywania” linii obrony kolejnymi manewrami odwrotowymi, jednakże nie zdawali sobie sprawy z tego, że najważniejszy adwokat tego rozwiązania – Feldmarszałek von Kluge nabierał coraz silniejszego przekonania, że w gruncie rzeczy dla znacznej części podległych mu wojsk na owo „wielkie rozwiązanie” jest już po prostu zbyt późno. Nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy czuł już moment przesilenia sowieckiej ofensywy, ale z całą pewnością należy odnotować, że orientował się doskonale w konieczności ustabilizowania położenia swych najbardziej narażonych oddziałów na skrzydłach głównego zgrupowania Grupy Armii w kontratakach o znaczeniu operacyjnym, a nie w kolejnym odwrocie. Tak się złożyło, że dowodzący obecnie 2 Armią Pancerną generał Schmidt prezentował dużo zrozumienia dla taktyki sztywnej obrony i przy okazji przejawiał bardzo dużą agresję starając się od początku sowieckiej ofensywy utrudniać działania przeciwnika własnymi inicjatywami zaczepnymi i to właściwie bez względu na okoliczności. Sukces jego działań miał duży wpływ na całe grono niższych rangą oficerów, w większości stojących na czele poszczególnych korpusów, którzy z wielu powodów od dłuższego czasu w odróżnieniu od swych bezpośrednich przełożonych coraz mniej chętnie podchodzili do idei głębokiego odwrotu. Teraz miał nadejść ich czas.

Równie trudna, o ile nie trudniejsza jeszcze sytuacja na odcinku odpowiedzialności dowództwa 9 Armii bardzo szybko otrzeźwiła Klugego, który jeszcze tego samego dnia w którym Hitler wyraził zgodę na ogólny odwrót polecił Straussowi wykonanie głównymi siłami armii krótkiego, zaledwie szesnastokilometrowego odskoku, przy czym odseparowany XXIII Korpus Schuberta miał pozostać tam, gdzie był. Polecenia te wprawiły dowódcę 9 Armii w osłupienie, a jedyną jego reakcją był nieśmiały protest i próba przeforsowania jego własnej koncepcji polegającej na możliwie szybkim skoncentrowaniu sił Schuberta na możliwie małej przestrzeni, by wraz z głębszym odwrotem reszty armii odtworzyć połączenie łokciowe pomiędzy zgrupowaniami. Kluge zignorował podwładnego i natychmiast potwierdził swoje wcześniejsze dyspozycje ponad sztabem armii wprost do dowództw korpusów. Strauss będący już u kresu sił zareagował impulsywnie oddając się do dyspozycji dowódcy Grupy Armii „ze względów zdrowotnych”. Mający już ewidentnie dość nieustannych jałowych dyskusji z dowódcami armii von Kluge natychmiast przyjął dymisję i postarał się o zastąpienie Straussa Waltherem Modelem, który przez cały okres kryzysu z podziwu godnym spokojem kierował działaniami XXXXI Korpusu Zmotoryzowanego. Błyskawiczna ścieżka kariery Modela zwraca szczególną uwagę – kampanię w ZSRR rozpoczynał jako dowódca 3 Dywizji Pancernej w randze generała porucznika, by w dniu 26 października przejąć dowództwo korpusu jednocześnie awansując do stopnia generała wojsk pancernych antydatowanego do dnia 1 października. Teraz stawał na czele armii z pominięciem kilkunastu innych dowódców korpusów Ostheer starszych stażem. Nie chodziło jednak wcale o tradycyjny system promocji, lecz o zdolność do poradzenia sobie ze sztuką dowodzenia na polu walki w skrajnych bądź co bądź warunkach, a w tej kwestii predyspozycje Modela w oczach von Klugego były wręcz jaskrawo widoczne. Model znany był z trudnego charakteru i ogromnego zaufania do własnych umiejętności, co może wskazywać na bardzo niebezpieczną na wojnie arogancję, ale bynajmniej nie oddaje prawdziwego oblicza tego skomplikowanego człowieka. Model był od początku swej długiej kariery wojskowej dzieckiem Akademii Sztabu Generalnego i przez bardzo długie okresy pełnił rozmaite funkcje sztabowe i administracyjne, przy czym – co wydaje się szczególnie ważne – w gronie swych kolegów w większości pochodzących z rodzin pochodzenia arystokratycznego jako syn saskiego nauczyciela bez jakichkolwiek tradycji wojskowych był kimś zupełnie obcym, nie pasującym. Każdy kolejny krok w karierze osiągał wyłącznie ciężką pracą i choć już na wstępie określano go mianem „trudnego podwładnego”, każdorazowo otrzymywał bardzo wysokie oceny swych kwalifikacji od przełożonych. Owa hardość i gotowość do konfrontacji z najtrudniejszymi wyzwaniami w służbie nigdy nie szła w parze z postawą generała w życiu prywatnym – szczęśliwie żonaty był zawsze postrzegany przez najbliższych jako spokojny, cierpliwy i kochający ojciec i mąż. Model nie był ani pozerem, ani arogantem. Przez większą część swej bogatej kariery potrafił bezbłędnie wyczuwać kondycję psychiczną swych podwładnych i ich zdolność do osiągnięcia takich czy innych celów na polu walki. Posiadając olbrzymie doświadczenie w pracy struktur sztabowych – wojne zaczynał w Polsce jako szef sztabu korpusu, a we Francji w 1940 roku był szefem sztabu armii – zawsze starał się optymalizować wydajność kierowania strukturami przykładając ogromną rolę do właściwego „czytania” zamiarów i zdolności bojowej wroga. Wielu współpracowników i podwładnych odstraszał skutecznie jego „energetyczny” sposób pracy, ciągłe wybuchy niepohamowanej złości i olbrzymie wręcz wymagania - niemal każdego dnia członkowie sztabu Modela musieli słuchać uwag w rodzaju „Proszę nie przychodzić do mnie z jakimkolwiek problemem bez podania przynajmniej dwóch potencjalnych rozwiązań!” - ale ci, którzy poznali generała bliżej i potrafili zrozumieć jego intencje wznosząc się ponad własną dumę szybko doceniali jego fachowy warsztat i przede wszystkim kamienny spokój w obliczu kryzysowych sytuacji często nawet wiele lat po wojnie opowiadając o Modelu z niekłamanym podziwem i olbrzymim szacunkiem. Dość powiedzieć, że po długiej i trudnej jeździe w śnieżnej zamieci na stanowisko dowodzenia 9 Armii Model już rozbierając się z kożucha w otoczeniu swych nowych podwładnych bez żadnych formułek grzecznościowych, za to z ogromna swadą zaczął perorować na temat sytuacji armii i swych zamierzeń zmierzających do tejże sytuacji poprawy. Oczywiście w centrum uwagi pozostawała luka dzieląca XXIII korpus od reszty sił i Model szybko nakreślił plan uderzenia mającego ową lukę zamknąć. Wśród osłupiałych sztabowców zapanowała konsternacja i tylko oficer operacyjny armii, podpułkownik Edmund Blaurock miał odwagę zapytać wprost w możliwie taktowny sposób o to, jak właściwie Model zamierza owo uderzenie zorganizować pytając „A co Pan generał ze sobą przywiózł do realizacji takiej operacji?”. Uśmiechając się szeroko i mrużąc oczy Model odpowiedział na takie dictum – „Siebie!”.

Nie była to zwyczajna bufonada – tak jak kilku innych dowódców poziomu operacyjnego Model od dłuższego czasu wyczuwał coraz wyraźniej przesilenie w toczącej się bitwie i tak jak kilku innych dowódców tego szczebla coraz silniej naciskał na podjęcie bardziej aktywnych działań mających na celu ustabilizowanie położenia własnych wojsk. Tak jak generał Schmidt na południowym skrzydle Grupy Armii słusznie wnosił, że stan psychiczny własnych wojsk dojrzał do rozpoczęcia przeciwuderzeń wobec coraz bardziej tracącego impet wroga. Kolejne odwroty nie były żadnym rozwiązaniem na dłuższą metę i znacznie lepszym pomysłem wydawało się teraz zostać na miejscu i pobić wroga, który nadal sądził, że jest o dwa kroki od decydującego zwycięstwa. W odróżnieniu od swych sowieckich przeciwników część niemieckich dowódców dostrzegła znaki, wyraźne symptomy utraty możliwości ofensywnych przeciwnika. Własne położenie także pozostawało trudne, ale to Sowieci tym razem czynili błędy popełniane przez OKH i ogólnie rzecz ujmując niemieckie kierownictwo wojenne u progu zimy 1941/1942, wykraczając kolejnymi uderzeniami swych wojsk poza horyzont ich realnych możliwości.

Pierwszym obszarem, na którym proces ten odcisnął swoje piętno były zmagania w powietrzu. Po okresie katastrofalnych strat w ludziach i sprzęcie sowieckie siły powietrzne jesienią 1941 roku zaczerpnęły, jak gdyby głęboki oddech. Na dzień 1 października 1941 roku na całym froncie WWS posiadało na stanie 1540 samolotów wspieranych przez 472 bombowce należące do osobnych struktur sił bombowych dalekiego zasięgu (DBA), a także przez 697 myśliwców formacji pozostających pod kontrolą dowództwa obrony powietrznej (PWO), przy czym duża część tych ostatnich stale operowała z baz położonych w pobliżu Moskwy, więc na interesującym nas obszarze. W momencie wycofania niemałej części sił bojowych Luftwaffe na Śródziemnomorski Teatr Działań i przy jednoczesnym zaostrzeniu się kryzysu związanego z brakiem odpowiednio przygotowanych pod względem infrastrukturalnym baz i ogólnego wyczerpania niekończącą się ofensywą jednostek bojowych Luftwaffe dało się coraz wyraźniej wyczuć utratę kontroli nad przestrzenią powietrzną przez niemieckie lotnictwo. Nadmierna pewność siebie i coraz bardziej ograniczone zasoby doprowadziły do niemiłego przebudzenia późną jesienią 1941 roku, gdy coraz aktywniejsze sowieckie siły powietrzne potrafiły niezwykle boleśnie dla Niemców zaznaczyć swoją obecność na froncie. W gruncie rzeczy tylko dwa czynniki pozwoliły na utrzymanie jako takiej równowagi, w chwili nastania ostrej zimy – druzgocąca przewaga w kwestii taktyki działania i zdolności do kontroli nad operacjami lotniczymi Niemców nad Sowietami, oraz co znacznie ciekawsze – równie ostry kryzys logistyczny i infrastrukturalny sowieckiej WWS. Rosnąca aktywność sowieckiego lotnictwa była przez Niemców odczuwana, ale na dłuższą metę podejmowane przez sowieckie siły powietrzne wysiłki doprowadziły w ówczesnych okolicznościach do błyskawicznego wyczerpania własnych sił i tym samym, do konieczności drastycznego ograniczenia prowadzonych operacji lotniczych, co przypadło dokładnie w interesującym nas momencie wielkiej batalii. Już w pierwszej fazie działań pod Moskwą – podczas Operacji „Tajfun” – w obliczu gigantycznego kryzysu obrony dowództwo sowieckie rzuciło do operacji wsparcia własnych wojsk naziemnych w zasadzie wszystkie posiadane siły, co było bardzo nierozważnym krokiem. Oczywiście lotnictwo frontowe WWS przygotowywane było właśnie do takich misji, ale w obliczu olbrzymich strat własnych i katastrofalnego położenia własnych sił lądowych do operacji na linii frontu skierowano także DBA i PWO, co skończyło się dla wyspecjalizowanych w zupełnie innym rodzaju działań powietrznych formacji ogromnymi stratami. Podejście Niemców pod bramy Moskwy spowodowało także konieczność skoncentrowania bardzo dużej liczby jednostek na lotniskach moskiewskiego węzła lotniczego, co szybko spowodowało olbrzymie problemy. Dowództwo sowieckie dopiero w chwili absolutnej konieczności zorientowało się, że z około 120 lotnisk w bezpośrednim sąsiedztwie Moskwy tylko czterdzieści jeden nadaje się do prowadzenia zeń operacji lotniczych. Konsekwencją był skokowy wzrost strat operacyjnych, co w krótkim okresie czasu wespół z niezmiennie wysokim procentem strat bojowych niemal całkowicie zneutralizował niemały potencjał WWS na centralnym odcinku Frontu Wschodniego – pomiędzy 10 października a 1 listopada 1941 roku liczba sowieckich myśliwców została zredukowana do 344 maszyn, przy czym jak się wydaje duża ich część nie była z różnych powodów zdolna do lotów bojowych. W tym samym dniu siły powietrzne Frontu Kalinińskiego dowodzone przez generała Trifonowa a kontrolowane przez WWS wykazywały stan 89 samolotów bojowych, z których 56 było myśliwcami.

Po drugiej stronie linii frontu Luftwaffe miała swoje problemy – ekstremalne warunki pogodowe, narastające zmęczenie ludzi i sprzętu i brak odpowiednio przygotowanych baz drastycznie zredukował poziom aktywności niemieckich samolotów w ostatniej fazie Operacji „Tajfun”. Paradoksalnie wycofanie części sił bojowych z frontu i pozostawienie dla wsparcia Grupy Armii „Mitte” tylko trzynastu bojowych grup lotniczych poprawiło ogólne funkcjonowanie Luftwaffe na froncie, dzięki zmniejszeniu zatłoczenia lotnisk, jak również mniejszego zapotrzebowania na części zamienne, paliwo i amunicję, których kulejąca logistyka i tak nie była w stanie dostarczyć w niezbędnych ilościach. Po prawdzie także Niemcy w obliczu kryzysu związanego z pierwszą fazą sowieckiej kontrofensywy zmuszeni byli w tych okolicznościach skierować do operacji wsparcia własnych wojsk gros posiadanych na centralnym odcinku frontu eskadr myśliwskich, które podobnie jak ich sowieccy przeciwnicy nie były właściwie wcale do tego rodzaju misji przygotowanych. Nie miało to jednak tak rujnującego wpływu na ogólny stan jednostek myśliwskich jak w przypadku WWS pod względem strat bojowych i operacyjnych, niemniej jednak spowodowało w praktyce zawieszenie operacji bojowych patroli powietrznych, a tym samym rezygnację z tak długo utrzymywanej dominacji w powietrzu. Wbrew obiegowej opinii zatem nie tylko Luftwaffe musiała mierzyć się z katastrofalnymi warunkami wschodnioeuropejskiej zimy, mało tego – znacznie szybciej od Sowietów zdołała się do warunków tych dostosować i jednocześnie zapłaciło za ów okres przejściowy znacznie niższą cenę. Przybywanie od stycznia 1942 roku posiłków znacznie poprawiło sytuację niemieckich sił powietrznych. Przede wszystkim skierowanie na Ostfront czterech grup bombowych uwolniło niemieckie jednostki myśliwskie od uciążliwego obowiązku wspierania własnych wojsk i powrotu do roli, do której zostały stworzone, czyli do zdobycia i utrzymania kontroli nad przestrzenią powietrzną. Poza jednostkami bojowymi przybyły też grupy transportowe w liczbie aż pięciu, co wraz z utworzeniem osobnego dowództwa do koordynacji ich działań z pułkownikiem Friedrichem-Wilhelmem „Fritzem” Morzikiem na czele w znacznej mierze pozwoliło poprawić sytuację zaopatrzeniową jednostek bojowych Luftwaffe i to pomimo konieczności zorganizowania mostu powietrznego na rzecz oblężonego garnizonu Suchniczi. Odrodzenie siły Luftwaffe było błyskawiczne – przez cały okres trzech tygodni prowadzenia misji zaopatrzeniowych odciętych oddziałów von Gilsy Niemcy stracili wszystkiego pięć samolotów transportowych, co pokazuje najlepiej do jakiego stopnia kontrolowali przestrzeń powietrzną wokół owego „korytarza życia” dla załogi Suchniczi. W rzeczonym okresie podstawową siłę myśliwską w obszarze operacji Grupy Armii „Mitte” stanowiły nadal II., III. i IV. Gruppe Jagdgeschwader 51. Jednostki te osiągnęły podczas Operacji „Barbarossa” olbrzymie sukcesy – już 30 czerwca 1941 roku piloci tej Geschwader osiągnęli zapierający dech w piersiach zgłaszając tysięczne zwycięstwo powietrzne dla swej jednostki – sztuki tej dokonał podporucznik Bernd Gallowitsch z 10. Staffel, a dowodzący wówczas jednostką podpułkownik Werner „Vatti” Mölders zgłosił osiemdziesiąte drugie zwycięstwo powietrzne przekraczając granicę wyznaczoną przez dotychczas najskuteczniejszego pilota myśliwskiego w historii awiacji, barona Manfreda von Richtchofena w czasie I Wojny Światowej. Do 5 grudnia 1941 roku piloci JG 51 zgłosili łącznie 1881 zniszczonych samolotów wroga w walkach powietrznych i w atakach na jego bazy naziemną tracą w tym okresie osiemdziesiąt cztery własne samoloty w walkach powietrznych i jeden na ziemi. Jesienią 1941 roku kryzys Luftwaffe dotknął jednak także JG 51 drastycznie ograniczając jej bojową efektywność. Morale pilotów jednostki dodatkowo ucierpiało w wyniku śmierci swego ulubionego dowódcy, Wernera Möldersa, który wprawdzie już od 7 sierpnia 1941 roku nie dowodził jednostką, gdyż wraz z promocja do stopnia pułkownika został odsunięty od lotów bojowych jako Generalny Inspektor Lotnictwa Myśliwskiego Luftwaffe, ale nadal wywierał na jednostkę i jej personel przemożny wpływ swą charyzmą i stylem dowodzenia, zresztą okazjonalnie odwiedzając swych byłych podwładnych i wykonując wraz z nimi „nielegalne” loty bojowe. 22 listopada lecąc w roli pasażera kurierskim He-111 na pogrzeb Ernsta Udeta zginął w katastrofie lotniczej spowodowanej prawdopodobnie fatalnymi warunkami pogodowymi. Śmierć „Tatusia” Möldersa i piętrzące się trudności miały fatalny wpływ na jednostkę, ale styczeń 1942 roku stał pod znakiem powrotu do dawnej formy. Od końca pierwszej dekady stycznia niemieccy Jagdfliegerzy ponownie stali się absolutnymi panami przestworzy nad centralnym odcinkiem Frontu Wschodniego. Poprawa warunków działania bojowych eskadr, napływające szerszym strumieniem uzupełnienia i zapasy to jednak tylko część powodów, dla których niemieckie myśliwce mogły zdominować podniebne zmagania. Nawet mimo rosnącej pomocy materiałowej ze strony Aliantów Zachodnich dla ZSRR wyrażanej między innymi dostawami samolotów bojowych zdecydowanie przewyższających swymi parametrami wszystko to, co WWS mógł ofiarować własny przemysł zbrojeniowy pozostający w tym okresie podstawowym wyposażeniem niemieckich eskadr myśliwskich Messerschmitt Bf-109 F-2 i F-4 pozostawał samolotem gwarantującym osiągi znacznie wyższe niż jakikolwiek samolot przeciwnika używany na Froncie Wschodnim. Choć rzecz jasna nie była to konstrukcja pozbawiona wad prędkość lotu poziomego i prędkość wznoszenia pozwalały niemieckim pilotom na olbrzymią swobodę taktyczną podczas walki powietrznej. Pomijając sytuacje ekstremalne niemieccy piloci dysponując tak znakomitym samolotem byli w stanie decydować czy chcą podjąć walkę czy też nie, tak samo jak w każdej chwili w obliczu niekorzystnej sytuacji taktycznej mogli z niej zrezygnować jeśli tylko oczywiście stosowali się do przyjętych schematów taktycznych walki. Aby lepiej zrozumieć ów fenomen warto posiłkować się porównaniem wykreowanym przez jednego z popularnych przez laty autorów monografii lotniczych, Mike’a Spick, który porównał Messerschmitta jako narzędzie walki do włóczni lub dzidy. Może się to wydawać mało subtelnym, ale przewaga tejże włóczni lub dzidy nad krótką bronią białą polega niezmiennie na utrzymywaniu bezpiecznego dla siebie dystansu, w którym można samemu zadawać śmiertelnie groźne ciosy, jednocześnie pozostając generalnie poza zasięgiem rażenia przeciwnika. Oczywiście – co należy odnotować – porównanie owo ma swoje drugie dno, gdyż sztuka władania taką bronią wymaga znakomitych umiejętności od użytkownika, tymczasem w początkach roku 1942 na czele II. Gruppe JG 51 stał kapitan Hartmann Grasser, które do tego czasu zgłosił czterdzieści zwycięstw powietrznych, III. Gruppe dowodził kapitan Richard Leppla (w dniu 4 stycznia odniósł poważne obrażenia w efekcie kolizji z kołującym na pasie transportowym Ju-52 na zatłoczonym lotnisku) roszczący sobie prawa do 47 zwycięstw powietrznych, natomiast IV. Gruppe kierował kapitan Karl-Gottfried Nordmann roszczący sobie pretensje do sześćdziesięciu ośmiu zwycięstw powietrznych. Wszyscy wymieni dowódcy grup, ale także większość dowodzących poszczególnymi eskadrami lotnicy byli wytrawnymi i doświadczonymi „Experten” – odpowiednik anglosaskiego z pochodzenia terminu „As” – kawalerami Krzyża Rycerskiego i doskonałymi taktykami. Mimo poniesionych dotychczas strat ich rolę nadal uzupełniała duża liczba posiadających niemałe sukcesy indywidualne na koncie podoficerów, którzy zgodnie z przyjęta praktyką pełnili role mentorów i nauczycieli dla wszystkich przybywających z Niemiec uzupełnień i to bez względu na to, czy mówimy o pilocie, który właśnie opuścił mury szkoły, czy też o lotniku przeniesionym z innej jednostki bojowej. W sumie poziom umiejętności niemieckich pilotów przewyższał ich sowiecką konkurencję w stopniu właściwie niewyobrażalnym, co miało przez kolejne długie miesiące wojny kształtować obraz wojny powietrznej. Warto przy okazji wspomnień, że WWS wprawdzie było w stanie szkolić bardzo duże ilości pilotów, ale wyłącznie dzięki ograniczeniu podstawowego kursu pilotażu do absolutnego minimum, a ponieważ ich jednostki bojowe poniosły w ciągu ostatnich miesięcy wprost przerażające straty w średniej i niższej kadrze oficerskiej zdecydowano się na krok desperacki – skierowano na front bardzo duża liczbę posiadanych instruktorów z jednostek szkolnych co miało tragiczne konsekwencje. Ludzie ci z jednej strony legitymowali się dużym nalotem i stosunkowo wysokim – jak na sowieckie warunki – poziomem umiejętności akrobacji powietrznej, natomiast w przeważającej mierze pozbawieni byli większego doświadczenia bojowego i jako grupa właściwie zniknęli w ciągu niewielu tygodni nie poprawiając w sposób trwały sytuacji na froncie, a jednocześnie swoim „zniknięciem” wprowadzając olbrzymi chaos w proces szkolenia i doskonalenia sowieckich kadr lotniczych. Wszystko to spowodowało, że w styczniu 1942 roku na rozległych i zamarzniętych pustkowiach frontu Luftwaffe znowu zaczęła odgrywać istotną rolę nie tylko skutecznie rozpoznając zamiary wroga, ale także skutecznie osłabiając jego potencjał za równo na linii frontu, jak i w strefie jego tyłów, a sowieckie lotnictwo wojskowe tylko  w niewielkim stopniu mogło się tej dominacji przeciwstawić i to w warunkach, w których liczba samolotów bojowych po stronie Niemiec spadła do zaledwie 1540, mniej niż połowy posiadanych zasobów w chwili rozpoczęcia inwazji na ZSRR.

Wbrew stereotypowemu widzeniu rozpropagowanemu dość powszechnie przede wszystkim przez wspomnienia sowieckich weteranów, ale także w dużej mierze przez pragnących jak najbardziej zdramatyzować swoja narrację historyków zachodnich odwrót niemiecki bynajmniej nie był tak chaotyczny i bezładny jak się wydaje. Oczywiście w pierwszej jego fazie dochodziło do wybuchów paniki, ale nie miały one ani powszechnego charakteru, ani też nie prowadziły do trwałych kryzysów. Przede wszystkim, od pierwszego dnia odwrotu oddziały niemieckie stosowały z powodzeniem taktykę „spalonej ziemi” bardzo skutecznie niszcząc dosłownie całą infrastrukturę. Niszczono nie tylko wsie i miasteczka nie oszczędzając przy tym ludności cywilnej, ale także wszystkie możliwe drogi i trasy kolejowe. W efekcie kolejnych posunięć na zachód niemieckie dywizje zostawiły za sobą w dosłownym znaczeniu pustynię, pozbawiając postępujących za sobą Sowietów dużej części zdolności logistycznych. Olbrzymie straty własne w sprzęcie transportowym i katastrofalny stan właściwie wszystkich arterii komunikacyjnych bardzo skutecznie sparaliżował sowiecki system logistyczny, co stało się wyraźnie odczuwalne już w połowie stycznia 1942 roku. O ile zatem stan zaopatrzeniowy jednostek Grupy Armii „Mitte” w tym krytycznym okresie po osiągnięciu apogeum kryzysu zaczął się powoli, lecz systematycznie poprawiać, to oddziały Armii Czerwonej osiągnęły absolutny punkt krytyczny – nawet dostawy amunicji zaczęły napotykać na niepokonywalne trudności, co skazywało jednostki pierwszo liniowe na drastyczne ograniczenie zużycia amunicji artyleryjskiej. Siłą rzeczy Niemcy byli w stanie dość szybko odczuć słabnięcie presji i jeszcze bardziej wykorzystywać znacznie lepszą organizację pracy swych sztabów, zatem mimo dużych strat w sprzęcie artyleryjskim przewaga sił niemieckich w tym zakresie jeszcze bardziej wzrosła i to pomimo częściowego odbudowania zasobów parku artyleryjskiego przez przeciwnika. Bez odpowiedniego wsparcia artyleryjskiego sowieckie masy piechoty miały znowu coraz większe trudności przy próbach przełamania niemieckiej obrony, notując ponownie gwałtowny wzrost strat własnych przy jednoczesnym bardzo niewielkim zysku terytorialnym. Słabość sowieckiej artylerii to nie jedyny skutek niezdolności do szybkiego usunięcia zniszczeń dokonanych przez wycofujących się Niemców. Kolejnym wielkim problemem było gwałtowne słabnięcie jednostek pancernych, drugiej obok artylerii siły zdolnej skutecznie wzmocnić działania piechoty. Wiemy, że już w chwili rozpoczęcia kontrofensywy liczba czołgów pozostających w dyspozycji sowieckich dowódców armii i frontów nie była imponująca, a teraz poniesione dotychczas straty bojowe i kiepski stan techniczny większości ocalałych wozów będący skutkiem zamierania machiny logistycznej spowodował w praktyce trwałą niezdolność do skutecznego wsparcia własnej piechoty, ale także do wykorzystania tych niewielu sukcesów, które krwawiąc ciężko owa piechota wywalczyła. W praktyce oznaczało to, że masy sowieckich wojsk ponownie przypominały swą bezwładnością i niezdolnością do operacji manewrowych Fronty Briański i Zachodni w przededniu Operacji „Tajfun”. Na razie to strona sowiecka dyktowała warunki utrzymując w swych rękach inicjatywę

A map of a military group

AI-generated content may be incorrect.

Położenie obu stron na centralnym odcinku Frontu Wschodniego w dniu 20 stycznia 1942.

operacyjną, co jednak stanie się, gdy Niemcy przebudzą się z letargu i będą w stanie zorganizować własne działania ofensywne w tej właśnie skali?

Na tym etapie bitwy sowieccy dowódcy operacyjni nie bardzo wierzyli w taką odmianę losu – udało im się przecież rozerwać  trwale obronę 9 Armii niemieckiej, ale także skutecznie odseparować od reszty sił zgrupowanie stanowiące południowe skrzydło przeciwnika i przede wszystkim doprowadzić do kolejnego kryzysu na odcinku 4 Armii niemieckiej, gdzie niemałe jednostki sowieckie przeniknęły na zachód przez luki w niemieckim ugrupowaniu i podeszły na odległość zaledwie piętnastu kilometrów od krytycznie ważnego centrum komunikacyjnego w Juchnowie, zagrożonym od teraz z trzech kierunków. 18 stycznia Hitler wezwał do siebie na konferencję dowodzącego 4 Armią generała Küblera spodziewając się uzyskać receptę na pogarszająca się sytuację armii stanowiącej centrum Grupy Armii „Mitte”. Zamiast jednak rzutkiego i pewnego siebie oficera w rodzaju Modela Hitler ujrzał poszarzałą twarz wyczerpanego fizycznie i psychicznie dowódcy niezdolnego do określenia skutecznych kontr posunięć mogących przynieść ulgę sponiewieranej 4 Armii. W tych okolicznościach dymisja udzielona Küblerowi nie może chyba nikogo dziwić. Na stanowisku został on zastąpiony przez dotychczasowego dowódcę XXXXIII Korpusu Armijnego, generała Gottharda Heinrici. Natychmiast po objęciu dowodzenia Heinrici określił położenie swoich wojsk jako trudne, ale nie beznadziejne. Przede wszystkim jednak domagał się od swego bezpośredniego przełożonego podjęcia wreszcie aktywnych działań na rzecz zabezpieczenia właściwie wiszących w powietrzu skrzydeł swej armii. Wprowadziło to pewną nerwowość w niemieckie poczynania, przede wszystkim na tle wycofania sił 3 i 4 Armii Pancernej i wygospodarowania w ten sposób liczących się odwodów mogących posłużyć do podjęcia poważniejszych operacji zaczepnych. Tym razem jednak gniewna wymiana not pomiędzy von Klugem, a Rheinhardtem nie skutkowała trwałą wzajemna urazą. Kluge dość szybko zorientował się, że nieco „przeholował” i doprowadził swymi twardymi żądaniami do niepotrzebnego napięcia. Ostatecznie, wspólnym wysiłkiem wszystkich trzech sztabów oddziały niemieckie w centrum Grupy Armii „Mitte” wykonały w dniach 22-24 stycznia planowy odwrót skokami na przygotowana uprzednio znacznie krótszą linie obrony. Sowieccy dowódcy wyczuwali, że zwierzyna wymyka im się z rąk i oddziały Frontu Zachodniego podjęły szereg niezbyt dobrze skoordynowanych ze sobą operacji zaczepnych, co skończyło się na całej linii kompletna klapą. Tylko na odcinku jednego niemieckiego regimentu naliczono po trwającej kilka godzin walce siedem spalonych czołgów i ciała czterystu poległych przeciwników. Udało się także skonsolidować pozycje obronne głównych sił 9 Armii, teraz broniącej już bezpośrednich przedpoli Rżewa. Nie obeszło się bez niewielkich taktycznych odwrotów, ale w sumie nowy dowódca 9 Armii panował całkowicie nad sytuacją. Hans Meier-Welcker będący członkiem aparatu sztabowego 251 Dywizji Piechoty ubolewał w liście do domu, że złe położenie sąsiadów dywizji wymusiło odwrót z zajmowanych dotychczas pozycji na kolejna rubież, co wiązało się automatycznie z całkowitą anihilacją infrastruktury opuszczanego obszaru, choć tamtejsza ludność cywilna „współpracowała z żołnierzami dywizji, okazywała im dalece posuniętą pomoc, a ich stosunek do nas należało wręcz określić, jako przyjacielski”. Dla większości niemieckich żołnierzy palenie wsi i miasteczek stanowiło smutny, ale nieunikniony obowiązek – przez wcześniejsze miesiące zdołali poznać naturę sowieckiego reżimu i choć ich własny był równie bezlitosny i okrutny często czuli się autentycznymi obrońcami czegoś, co można nazwać europejskimi wartościami. Jak pisał jeden z weteranów kampanii w dniu 23 stycznia 1942 roku:

Ktokolwiek, kto choć raz poznał Rosję i bolszewizm zrobi wszystko, by uchronić swój dom rodzinny przed tym horrorem… Tu mieszka Diabeł. Bóg jest po naszej stronie.”

To tylko wyjątek z jednego z tysięcy listów słanych w styczniu 1942 roku do domów rodzinnych przez dziesiątki tysięcy kombatantów Frontu Wschodniego. To jednakże zarazem jedno z tysięcy świadectw rosnącego morale opierającego się o pragnienie niedopuszczenia okropieństw toczonej na Wschodzie wojny do ojczyzny. Jeśli zatem zwolennicy narodowego socjalizmu czerpali wewnętrzną siłę ze swych przekonań opartych na dogmatach ideologicznych szerokie rzesze żołnierzy o neutralnym światopoglądzie coraz bardziej dostrzegali niszcząca naturę konfliktu, w który zostało uwikłani i mniej lub bardziej świadomie starali się odnaleźć motywację do walki z wrogiem opierając się na najprostszym porównaniu czerni i bieli, dobra i zła. Owa walka dobrego ze złem w naszych oczach jest tylko formą spiętrzenia i deformacji rzeczywistości reprezentantów niebywale zbrodniczego reżimu, ale w tych dniach był to skrzętnie wykorzystywany przez wojskowy aparat propagandowy impuls do umocnienia przewag psychicznych własnego żołnierza. Jeśli można było wykorzystać sowiecki wojujący ateizm połączony z brutalnością aparatu bezpieczeństwa wewnętrznego, to należało to zrobić jak najszerzej i taka argumentacja trafiała do umysłowości szerokich mas żołnierskich, niezależnie od tego, czy mowa o delikatnej wrażliwości etyki katolickiej, czy też o znacznie bardziej nastwionej na konfrontację w służbie Bogu większości protestanckiej. To bardzo niebezpieczny sposób wewnętrznej motywacji, gdyż z reguły niejako zakłada możliwość oddania życia „za sprawę”, gdzie w naturalny sposób „Królestwo Niebieskie” jest autentycznym uwolnieniem od codziennej udręki związanej z upiorną rzeczywistością, ale także motywatorem do czynienia zła absolutnego nawet jeśli nie czuć się związanym z mętnymi i chorymi paradygmatami nazistowskiej frazeologii, bo mowa przecież o czynach „miłych Bogu”. Jakby się nie zastanawiać nad konsekwencjami owego fenomenu, jest on świadectwem odzyskiwania przez szeregowych żołnierzy wiary w znaczenie toczonej przez nich walki i składanych przez tychże żołnierzy poświęceń na ołtarzu sprawy. Równie ważnym Rubikonem odwagi jest teraz także postawa wyższych dowódców – czy okażą się zdolni do przełamania psychicznej bariery związanej z odwrotem?

W dniu 20 stycznia 1942 roku luką dzieląca oddziały Bielera i Schuberta wynosiła dokładnie 27 kilometrów. Oddziały 9 Armii wyznaczone do rozpoczęcia operacji kontrnatarcia i odzyskania w jej konsekwencji łączności łokciowej przez formacje niemieckie musiały pokonać nie tylko opór sił sowieckich zapełniających ową lukę, ale także wysokie na metr śnieżne zaspy i trzaskający, czterdziestostopniowy mróz. W sztabie 9 Armii podniosły się głosy, aby w związku z tymi warunkami pogodowymi przesunąć termin rozpoczęcia natarcia, czemu generał Model przeciwstawił się z całą stanowczością:

 „Dlaczego Panowie? Ani jutro, ani pojutrze pogoda nie będzie lepsza, a Sowieci nie zatrzymają swoich operacji!”

W chwili, w której dowódca 9 Armii wypowiadał te słowa na południe od Rżewa znajdowało się już ponad 60 000 sowieckich żołnierzy i faktycznie, jeśli Niemcy chcieli utrzymać swoja rubież obronną i jednocześnie sparaliżować wysiłki wroga, to był właśnie ten moment – 9 Armia nie dysponowała wcale jakimś szczególnie silnym potencjałem ofensywnym, a kolejne dni nie mogły w żaden sposób tego prostego faktu zmienić. Pozostało więc tylko zredukować potencjał wroga, a to można było osiągnąć wyłącznie własnymi działaniami zaczepnymi. Tymczasem dość niespodziewanie ostatnie przegrupowania towarzyszące aktywnym operacjom 1 Dywizji Pancernej Krügera mającym na celu opanowanie korzystnych pozycji wyjściowych do natarcia napotkały opór ze strony dla Modela zupełnie niespodziewanej – ze strony samego Hitlera. Pod wrażeniem trudnego położenia 4 Armii aktualny szef OKH zaczął się niespodziewanie skłaniać ku „rozwodnieniu” wizji operacji lansowanej przez Modela, poprzez odebranie mu części planowych jednostek, które miały zostać skierowane w rejon Juchnowa i Medyna. Na wieść o tym Model wpadł w typowy dla siebie atak furii, która znalazła ujście dopiero podczas bezpośredniej rozmowy telefonicznej z Hitlerem mającej miejsce już tylko godziny przed planowanym rozpoczęciem uderzenia. Na pytania Hitlera dotyczące autentycznej zdolności 9 Armii do zażegnania kryzysu i stanu jednostek bojowych Model w końcu nie wytrzymał i warknął do słuchawki na oczach zdumionych członków swego sztabu:

Kto do cholery dowodzi 9 Armią? Pan, czy ja?”

Zdetonowany zupełnie tą repliką Hitler odpuścił całkowicie i zdecydował się pozostać przy pierwotnie planowanym kształcie działań. Niemieckie natarcie rozpoczęło się 21 stycznia 1942 roku, o godzinie 10.30 i nie przyniosło w swej początkowej fazie wielu sukcesów, napotkało natomiast potężny opór wroga i spowodowało kolejną falę nerwowych dywagacji na temat sensu podjętych działań w sztabie 9 Armii. Model pozostał nieugięty i niespodziewanie dla wszystkich już następnego dnia ogólna sytuacja odmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – opór sił sowieckich w znacznej mierze pozbawionych wsparcia własnej artylerii gwałtownie się załamał, a niemieckie oddziały mimo fatalnych warunków pogodowych osiągnęły szybkie postępy. Główny ciężar walki wzięły na swe barki pododdziały 1 Dywizji Pancernej i Dywizji Zmotoryzowanej Waffen-SS „Das Reich”, które posuwały się naprzód korzystając z dość dobrej lokalnej drogi. Zaskoczenie było totalne i sowieccy przeciwnicy nie przygotowali praktycznie żadnych pozycji obronnych. Stawiany przez nich zajadły opór błyskawicznie doprowadził do wyczerpania sił zaangażowanych w starcie jednostek Armii Czerwonej i w efekcie naporu sił niemieckich opór wygasł w ciągu zaledwie 24 godzin. W bezlitosnej walce na granaty i karabiny obrońcy byli konsekwentnie spychani w głąb otaczających pole walki lasów, gdzie w końcu uciekli całymi oddziałami nie posiadającymi już teraz praktycznie żadnej broni ciężkiej, a tym samym nie mogąc zrobić niczego, by spowolnić niemieckie postępy. 23 stycznia 1942 roku, dokładnie o godzinie 12.45 w sztabie korpusu Bielera odnotowano nawiązanie bezpośredniej łączności obu zgrupowań 9 Armii, co oznaczało szybki w sumie sukces całej operacji. Cios zadany przez Modela Sowietom był bardzo dotkliwy - oznaczał nie tylko rozerwanie na pół sowieckiej 29 Armii i właściwie likwidację zagrożenia dla obrony Rżewa, ale także w dużej mierze malało zagrożenie związane z ruchem sił Frontu Północno Wschodniego na rozerwanym styku niemieckich Grup Armii „Mitte” i „Nord” nad Górną Wołgą w kierunku Toropca. Wprawdzie Sowieci w chwili odtworzenia ciągłej linii obrony 9 Armii osiągnęli już na tym odcinku punkt odległy o zaledwie 190 kilometrów od Smoleńska, to jednak uwięzienie dużej części sił Frontu Kalinińskiego w głębi niemieckich pozycji obronnych na południe od Rżewa właściwie przekreślało jakąkolwiek możliwość współpracy pomiędzy tymi dwoma wielkimi zgrupowaniami sił Armii Czerwonej. Nie był to bynajmniej koniec sowieckich nieszczęść.

Daleko na południe, w Suchniczi nadal trzymał się czterotysięczny garnizon pod komendą von Gilsy, tkwiąc niby cierń w sowieckim ugrupowaniu, które usiłowało wykorzystać swoje dotychczasowe sukcesy i od południa zrolować obronę przeciwnika i podać rękę najbardziej na południe wysuniętym elementom Frontu Kalinińskiego. Sytuacja Niemców w tym rejonie pogorszyła się jeszcze bardziej wskutek nieautoryzowanego odwrotu sił stanowiących LIII Korpus Armijny Wiekerthala, za co zresztą ten ostatni otrzymał dymisję, w efekcie odległość dzieląca załogę Suchniczi od linii niemieckich wzrosła teraz do pięćdziesięciu kilometrów. Ponieważ jednak pozycje obronne 2 Armii Pancernej wyglądały na stosunkowo mocne i bezpieczne w ciągu niewielu dni Schmidt zdołał

Położenie obu stron na południowym skrzydle Grupy Armii „Mitte” w dniu 20 stycznia 1942 roku.

zorganizować długo oczekiwana odsiecz koncentrując na swym lewym skrzydle szereg grup bojowych i detaszmentów z różnych dywizji. Zadanie odzyskania połączenia z żołnierzami von Gilsy otrzymał XXIV Korpus Zmotoryzowany pod komendą generała Langermann-Erlencampa, który do wykonania tego zadania dysponował nowo przybyła i bardzo silną 339 Dywizją Piechoty, wyczerpaną, ale bardzo doświadczoną 208 Dywizją Piechoty i grupami bojowymi (Kampfgruppe) ze składu 4 i 18 Dywizji Pancernych. Początkowo planowano przeprowadzić natarcie w znacznie późniejszym terminie chcąc doczekać pełnego uformowania zgrupowania uderzeniowego, ale podjęte już 18 stycznia 1942 roku niewielkie operacje zaczepne na odcinku zajmowanym przez żołnierzy z 18 Dywizji pancernej mające na celu przygotowanie odpowiednich pozycji wyjściowych do natarcia odniosły tak zaskakująco łatwe sukcesy, że zdecydowano się nie czekać na wszystkie zaplanowane do tej operacji jednostki i jak najszybciej ruszyć naprzód. W efekcie tej decyzji natarcie ruszyło już 19 stycznia i do wieczora oddziały 18 Dywizji Pancernej pokonały połowę z dzielących ich od Suchniczi ponad pięćdziesięciu kilometrów. Mimo tego sukcesu Langermann-Erlencamp pozostający z von Gilsą w stałym kontakcie radiowym polecił mu przygotować garnizon do ewakuacji miasta i wyjścia naprzeciw odsieczy. Pomysł ten nie spodobał się von Klugemu, który podobnie jak Hitler uważał utrzymanie Suchniczi za absolutnie istotne dla trwałości frontu całej Grupy Armii. Przede wszystkim w umyśle von Klugego zakiełkowała znakomita myśl o wykorzystaniu Suchniczi jako trampoliny do dalszego uderzenia wprost na północ i całkowitej likwidacji zagrażającego 4 Armii od południa wybrzuszenia zajmowanego przez siły sowieckie. Już drugiego dnia operacji Schmidt, który w skrytości ducha zgadzał się z oceną von Klugego poczuł się jednak zmuszony przyznać rację dowódcy XXIV Korpusu. Jednostki tego ostatniego nie tylko napotkały na rosnący opór sił sowieckich, ale także musiały mierzyć się z gwałtownymi śnieżycami i lodowatym wiatrem o sile huraganu.  Bez współpracy z oddziałami trzymającymi linię na północ od Suchniczi nie było mowy o wykonaniu uderzenia o aż tak ambitnych celach, tymczasem 4 Armia nie posiadała żadnych środków, by próbować odzyskać inicjatywę i podać rękę 2 Armii Pancernej. Bez względu na trudności Niemcy notowali powolne, ale stałe postępy, choć posuwali się naprzód z zupełnie odsłoniętymi skrzydłami i na dłuższą metę w przypadku pojawienia się na polu walki świeżych sił sowieckich nie byliby w stanie utrzymać opanowanych dotychczas pozycji. 24 stycznia 1942 roku w natarciu z całego zgrupowania XXIV Korpusu znajdowały się już tylko dwa bataliony ze składu 18 Dywizji Pancernej i w tych okolicznościach wszelkie rozterki trapiące sztab Grupy Armii w związku z sytuacją w rejonie Suchniczi zostały rozwiane przez samego von Gilsę, który na własna odpowiedzialność podjął decyzję o przebijaniu się do czołówki odsieczy Langermann-Erlencampa. Zaledwie cztery godziny później, o 12.30 żołnierze von Gilsy stanowiący szpicę natarcia dotarli do czołówek 18 Dywizji Pancernej. Nie czekając na decyzje „góry” von Gilsa zdecydował o ewakuacji miasta i odwrocie wraz z XXIV Korpusem na południe, ku jego podstawom wyjściowym do natarcia. Choć niemieckie natarcie nie odniosło tutaj aż tak spektakularnych sukcesów jak na odcinku 9 Armii, a przede wszystkim nie zakończyło się utrzymaniem osiągniętej rubieży operacja XXIV Korpusu i heroiczna obrona oddziałów von Gilsy całkowicie załamały sowiecka ofensywę zimową także na tym odcinku. Niemiecki odwrót na południe nie był niepokojony przez żadne sowieckie jednostki i Niemcy odeszli na swoja poprzednią rubież obrony po gruntownym zniszczeniu wszystkiego, co miałoby jakąkolwiek wartość w toczonych działaniach wojennych. Mimo ogromnych strat i nieprawdopodobnego wysiłki i poświęcenia sowiecka ofensywa zimowa nie zdołała doprowadzić do zniszczenia choćby jednej niemieckiej dywizji i została właśnie ostatecznie zatrzymana. I to na dobre.

Komentarze

Popularne posty