„Anihilacja” Bitwy u bram Moskwy. Październik 1941 – Marzec 1943 Część III

 „Anihilacja”

Rżew-Wiaźma-Biełyj

Bitwy u bram Moskwy. Październik 1941 – Marzec 1943






3.   Struktury Rozpadu

„Wspaniałe wieści z Rosji. Biorąc pod uwagę efekt wielkich bitew, należy oczekiwać szybkich postępów w marszu na Wschód, uniemożliwiających przeciwnikowi stworzenie jakichś większych sił zdolnych do stawiania oporu”. Tak 12 października 1941 roku widział sytuację Ostheer Generał Wojsk Pancernych Erwin Rommel, służący wówczas w Afryce. Oczywiście jego pogląd oparty był w całości o „Sondermeldungen” autorstwa aparatu propagandowego, konsekwentnie budującego obraz niezwyciężonej armii, która w niezliczonych starciach bez wyjątku osiągała zwycięstwa, przy ogromnej dysproporcji strat obu walczących stron. Był to pogląd zbliżony do postaw znacznej części niemieckiej generalicji i podobnie też myślała duża część niemieckiego społeczeństwa. Oczywiście, ponieważ propagandyści Goebbelsa nie pisali w swych sprawozdaniach specjalnych o prawdziwych stratach Wehrmachtu, a tym bardziej o rosnących trudnościach zaopatrzeniowych i gwałtownie pogarszającej się pogodzie łatwo zrozumieć tak daleko idący brak obiektywizmu, zwłaszcza w przypadku zawodowych wojskowych, którzy w teorii powinni mieć jednak nieco szersze horyzonty. Ulga po stanie długotrwałego napięcia związanego z prowadzeniem wielkich operacji wojskowych związanego z wszystkimi towarzyszącymi im niewiadomymi i z całym ryzykiem zawartym w podejmowanych decyzjach jest jednak z reguły złym doradcą. Nie jest to odosobniony przypadek, gdy zasmakowawszy euforii wielkiego zwycięstwa, świadomie przesuwa się granice możliwości tak podatnej na wszelkie zakłócenia struktury, jaką jest wielka armia na froncie. Tego rodzaju brak zrozumienia dla realnej sytuacji i równie realnych możliwości prowadzenia dalszych działań w konkretnie określonych warunkach dotykał podczas II Wojny Światowej nie tylko niemiecka generalicję – dokładnie tak samo „przeszarżowali” Alianci po ciężko wywalczonym zwycięstwie w Normandii, gdzie chyba tylko Montgomery zachował trzeźwy osąd sytuacji i usiłował wpłynąć na głównodowodzącego by ograniczyć własne operacje zaczepne do jednego konkretnego odcinka frontu dającego potencjalnie największe możliwości osiągnięcia sukcesu w skali operacyjnej. Aby dalej nie szukać, także sowieckie najwyższe dowództwo niezmiennie właściwie, do końca działań wojennych miało ogromny problem z odnalezieniem momentu, w którym możliwości dalszego prowadzenia ofensywy się wyczerpały i próby kontynuowania działań zaczepnych mimo to, są z góry skazane na porażkę. Moment ten wskazywał już Clausewitz i poświęcił mu wiele uwagi, choć zatem większość oficerów po obu stronach linii frontu studiowało mniej lub bardziej intensywnie jego teorię prowadzenia działań wojennych, w zaskakujący sposób „zapominało” w tym krytycznym momencie o danej im przestrodze. Paradoksem największym sytuacji Grupy Armii „Mitte” w drugiej połowie października 1941 roku nie było jednak kontynuowanie działań zaczepnych na kierunku moskiewskim. Działania poszczególnych niemieckich formacji pokazują jako żywo, że nadal jeszcze mogły one z sukcesami przeć do przodu i Moskwa jak najbardziej znajdowała się w ich horyzoncie możliwości. Kluczowe było to, że bezpośrednio po zakończeniu zmagań pod Wiaźmą i Briańskiem niemieckie dowództwo zmarnowało ów potencjał rozszerzając pas działań ofensywnych, zamiast go redukować do potencjalnie najistotniejszych celów. Patrząc zatem z perspektywy czasu na ów proces decyzyjny, który w linii prostej doprowadził do szybkiego wyhamowania niemieckich postępów na froncie moskiewskim jest szalenie prostym dojście do konkluzji, że jakikolwiek dalszy marsz na wschód jest szaleństwem. Zdecydowanie szaleństwem było zdobywanie Kalinina, lub Kurska, ale odium odpowiedzialności za tak kuriozalne z naszego punktu widzenia błędy w sztuce nie powinno nigdy spaść na postać Marszałka Fedora von Bock, który na tyle na ile pozwalał mu jego charakter starał się z biegiem czasu coraz bardziej desperacko przeforsować swój pogląd na temat możliwych do osiągnięcia celów. Nic jednak z jego zamierzeń nie mogło się udać, jeśli podstawą podejmowanych w OKH decyzji nie były merytoryczne dyskusje na temat zalet i wad obecnego położenia, a jedynie nastrój chwili, dyktowany emocjami.

Nastrój ów, całe to podniecenie i euforia zaczął się rozpadać dosłownie w ciągu dni i godzin od chwili ogłoszenia wielkiego triumfu. Błyskawicznie bowiem okazało się, że siły niemieckie – zwłaszcza podległe Marszałkowi von Kluge mają ogromne trudności w kontynuowaniu natarcia wprost na wschód i to pomimo kolosalnego osłabienia przeciwnika usiłującego z niczego budować nową linię obrony. Oczywiście prawdziwym jest stwierdzenie, że załamanie się pogody i obfite deszcze w dużej mierze sparaliżowały niemiecki transport (niektóre dywizje pierwszego rzutu operacyjnego osiągnęły już punkty oddalone od ich baz zaopatrzeniowych o 350 kilometrów), co dotykało w równej mierze jednostki szybkie, jak i piechotę. Chłód, wilgoć i ekstremalny wysiłek miał fatalny wpływ na kondycję maszyn, ludzi i koni, co w krótkim czasie doprowadziło do poważnego ograniczenia mobilności, ale nie jej całkowitej utraty. Mimo wszystko przecież, czołgiści Krügera w ciągu niewielu godzin potrafili osiągnąć odległy od punktu startowego o 150 kilometrów Kalinin, opanować go, a nawet utworzyć przyczółek na wschodnim brzegu Górnej Wołgi. Jak się wydaje straty bojowe i niebojowe, których w ciągu ostatnich trzech tygodni działań doświadczyła Grupa Armii „Mitte” nie była kluczową przyczyną spadku tempa działań, skutkującego wypuszczeniem z rąk większości owoców wielkiego zwycięstwa pod Wiaźmą i Briańskiem. Decydujące znaczenie miało rozproszenie wysiłków (2 Armia Pancerna nacierająca w trzech różnych kierunkach, wspominany już wielokrotnie rajd na Kalinin, a potem próby osiągnięcia Torżoku), a przede wszystkim ścisłe przywiązanie ruchu sił 4 Armii i 4 Grupy Pancernej do kilku zaledwie dróg wyznaczanych biegiem dróg biegnących w stronę Moskwy. Aby dobrze zrozumieć skalę problemu należy wyraźnie zaznaczyć, że wprawdzie 4 Grupa Pancerna posiadała w tym właśnie momencie wciąż około 780 pojazdów pancernych na stanie – co zresztą czyniło ją najsilniejszą z niemieckich operacyjnych formacji pancernych na froncie – ale około połowy z tej liczby była daleka od gotowości bojowej, co powodowało konieczność użycia w formie sił przełamujących także wielkich formacji piechoty armii von Klugego. Hoepner nie próbował zerwać się choćby na czele części sił do sprintu w stronę Moskwy w sposób w jaki swojego sprintu dokonała w kierunku Kalinina 3 Grupa Pancerna. Nie utworzył żadnego manewrowego zgrupowania opierającego się na konsolidacji posiadanych związków. Najlepiej sytuację sił niemieckich operujących na centralnym odcinku strefy kontroli Grupy Armii „Mitte” określił pewien niemiecki oficer sztabowy, który stwierdził w swym dzienniku – „poruszamy się teraz po żałośnie przewidywalnych osiach natarcia…” – co chyba w najlepszy sposób oddaje inercję w dowodzeniu siłami, które miały w tym momencie kolosalną przewagę nad przeciwnikiem. Trudno jest jednoznacznie w tym momencie wskazać winnego tej sytuacji – plan von Bocka był jasny, z kluczowym wnioskiem w postaci doprowadzenia do sytuacji, w której jego siły w centrum frontu będą w stanie posuwać się szybko naprzód w efekcie wytworzenia próżni operacyjnej, po zniszczeniu sił sowieckich przed frontem Grupy Armii, co jednak nie nastąpiło. Stało się tak dlatego, że Hoepner usiłował ruszać swymi formacjami pancernymi wprost w stronę Moskwy, zanim jeszcze opanowano sytuację w rejonie Wiaźmy i zabezpieczono wielki worek, w którym stopniowo uduszono siły sowieckich armii należących do Frontów Zachodniego i Rezerwowego. W tych dniach hamujący zapędy Hoepnera von Kluge miał w oczywisty sposób rację, domagając się wpierw zakończenia operacji likwidacji sił sowieckich uwięzionych w okrążeniu. Jak się wydaje, to jednak Hoepner pozostanie winowajcą sytuacji, w której nie udało się wykorzystać tak wielkiego sukcesu operacyjnego. Po prostu nie wyczuł momentu, co jednak pozostaje kluczowym elementem wielkiej operacyjnej rozgrywki na tak wielkim polu bitwy. Nie zabiegał potem o szybkie wznowienie marszu, nie interesował się stanem podległych mu jednostek, ani też nie potrafił wyczytać z ich położenia rysujących się szans i możliwości. Mówiąc językiem lekkoatletów – najpierw dwa razy zanotował falstart, a potem po prostu został w blokach. W konsekwencji, siły niemieckie bardzo powoli posuwały się naprzód uderzając na radzieckie pozycje obronne pospiesznie wznoszone w ramach Pozycji Możajskiej od czoła. Z uwagi na dużą przewagę liczebną i o niebo lepsze wyszkolenie byli w stanie po kolei je zdobywać, ale było to niezmiernie kosztowne przedsięwzięcie – przynajmniej jak na ówczesne standardy Wehrmachtu – i nade wszystko, sprawiało wrażenie marszu donikąd. Faktycznie, straty w poległych w październiku 1941 roku na całym froncie osiągnęły już bardzo niepokojące rozmiary i wyniosły nieco ponad 41 000 zabitych i zaginionych. Patrząc całościowo, straty te mogą nie robić wrażenia w przestrzeni, w której śmiertelne zmagania toczyły po obu stronach miliony, jest jednak tak, że najbardziej na straty narażone były oddziały niemieckie, które przełamały sowiecka obronę i następnie domknęły pierścienie wielkich operacji okrążających, po czym z natury rzeczy musiały stanowić forpocztę dalszego pochodu na wschód. Widać ten problem bardzo wyraźnie, gdy analizuje się wysiłek bojowy jednostek najbardziej narażonych na szaleńcze sowieckie ataki podczas prób wyrwania się z kotłów. O ile kocioł wiaziemski został zamknięty dość szczelnie i obsada niemieckich pozycji obronnych na drogach wyjścia z okrążenia była tutaj stosunkowo gęsta i z uwagi na wysoką mobilność jedne jednostki mogły liczyć na szybkie wsparcie ze strony sąsiadów, to w rejonie Briańska istniały dużo większe przestrzenie, których nie sposób było równie szczelnie obsadzić. W efekcie, w wielkich kompleksach leśnych tego regionu decydujące stały się operatywność w dowodzeniu, zrozumienie zawiłości sytuacji taktycznej, ale także odwaga i zdolność do zainspirowania swoją postawą podwładnych. Pułk „Großdeutschland” Hörnleina w tego rodzaju potyczkach stracił jednego tylko dnia aż pięciu dowódców kompanii, z których dwóch było Krzyży Rycerskich. Szeregowy Will Thomas pisał w liście do domu w dniu 16 października 1941 roku – „Od czego mam zacząć by to wyjaśnić? Właściwie nie mam nic do powiedzenia. Moje serce wciąż pełne jest horroru i trudności ostatnich dni i godzin (…) Wciąż i wciąż koledzy po lewej i po prawej stronie giną, i bardzo często miałem wrażenie, że zostałem na polu bitwy już tylko ja sam”. Thomas nie przeżył kampanii – wkrótce poległ, ale jego obawy i lęki podzielało wielu żołnierzy, którym przyszło żyć i walczyć w takich warunkach. Morale żołnierzy Wehrmachtu zaczynało powoli, ale dostrzegalnie spadać – wojsko dokonało kolejny raz wielkich czynów ogromnym wysiłkiem fizycznym i psychicznym, a wróg mimo wszystko nadal nie załamywał się i wciąż stawiał desperacki opór. Ludzie ginęli i chorowali, pojazdy psuły się, a konie padały. Chyba po raz pierwszy od początku kampanii aż tak wielka ilość listów do bliskich wysyłanych przez żołnierzy z Frontu Wschodniego zawierała pesymistyczne w swojej wymowie informacje o codzienności i warunkach na polu bitwy i poza nim. Mimo intensywnej akcji propagandowej w Niemczech ośrodki kontroli i badań opinii publicznej odnotowały bardzo szybko zmieniający się w społeczeństwie niemieckim nastrój – od oczekiwania na rychły koniec wojny, po obawy o los ojców, mężów, synów i braci wysłanych na Wschód. Wszystko to, wytwarzało swego rodzaju atmosferę niepowodzenia, niepewności, z coraz większym niepokojem obserwowanym przez oficerów liniowych i sztabowych w Ostheer.

Niemiecki system oceny wartości bojowej danej jednostki sprawia na pierwszy rzut oka wrażenie bardzo skomplikowanej struktury, w której bardzo łatwo pogubić się we własnej ocenie, jeśli tylko nie rozumie się podstawowych zasad kierujących tworzeniem tego rodzaju raportów i zestawień. W rzeczywistości przyjęte przez Wehrmacht rozwiązania służące do uzyskania jak najpełniejszego obrazu aktualnej sytuacji były dość proste i jednocześnie skuteczne, po głębszym zastanowieniu, także w pewien sposób bezwzględne. W kwestii liczebności danej jednostki – niezależnie od jej wielkości – istniały ściśle przestrzegane kryteria informowania przełożonych o aktualnym stanie osobowym. Należało ich przestrzegać, co jednak nie budowało w oczach odbiorców tego typu raportów realnego obrazu sytuacji. Należy w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć, że system określania aktualnych walorów bojowych danej jednostki bynajmniej nie był zależny od jej liczebności – w każdym razie był to jednak punkt początkowy tego procesu, należy zatem możliwie dokładnie go opisać. Przede wszystkim liczebność danej jednostki określała jasno określona tabela organizacji i wyposażenia, dotycząca wszystkich istniejących w danym okresie pododdziałów w Wehrmachcie. Zliczanie według obowiązujących stanów nazywano Sollstärke, czyli stan etatowy. To zawsze jest punkt wyjścia dla jakichkolwiek obliczeń i kalkulacji na temat liczebności jednostki, przy czym, w miarę upływu czasu stan stawał się rzecz jasna, coraz bardziej nieosiągalny, ale powody, dla których tak się działo nie są w najmniejszym nawet stopniu przedmiotem tychże dociekań. W naturalny sposób, wobec Sollstärke przeciwstawiać należy termin Iststärke, czyli określenie aktualnego stanu osobowego i liczebności wyposażenia danej jednostki, co jest najprostszym możliwym systemem raportowania. Ten system raportowania był jednak rzadkością, gdyż w obliczu błyskawicznie zmieniających się realiów nie dawał w szerszej perspektywie realnego odwzorowania. Ponadto, termin Iststärke nie uwzględniał w najmniejszym nawet stopniu realnej siły danej jednostki, gdyż zliczał wszystkich żołnierzy danego oddziału bez względu na to, gdzie aktualnie się znajdowali – brano zatem pod uwagę wszystkich aktualnych członków danej jednostki niezależnie od tego, czy byli chorzy, urlopowani, czy przebywali na miejscu. Liczono także wszystkich detaszowanych do innych zadań w ramach innych jednostek, oraz przybyłych w takim samym celu przybyszów z innych struktur. W stosunku do wyższych struktur organizacyjnych używano nieco bardziej skomplikowanej struktury – Verpflegungsstärke. Zliczała ona dzienne racje żywieniowe wszystkich obecnych na obszarze kontroli dowództw wyższych podległych im osób. W ramach tej metody więc zliczano wszystkich żołnierzy, pracowników administracyjnych, robotników, a czasem nawet jeńców wojennych, jeśli tylko wykonywali na rzecz dowództwa jakieś prace. Tutaj notowano wszystkich bez wyjątku, także chorych, urlopowanych, detaszowanych i rannych, mających wrócić do szeregów w ciągu najbliższych ośmiu tygodni. W sumie żadna z tych form nie dawała realnego obrazu siły żywej w jednostkach. Aby zatem właściwie określić liczbę żołnierzy uczestniczących w walce, co w tego typu analizach wydaje się sprawą kluczową, utworzono pojęcie Gefechtstärke. Dotyczyło ono żołnierzy biorących bezpośredni udział w walce, czyli tych, którzy tworzyli jądro jednostek bojowych – żołnierzy batalionów piechoty, przeciwpancernych, kawaleryjskich, pancernych, artylerii, pionierów, oraz oczywiście polowych batalionów zapasowych, Jednakże, w poszukiwaniu jeszcze większej perfekcji w zliczaniu osób autentycznie biorących udział w walce szybko posunięto się w Wehrmachcie do jeszcze bardziej restrykcyjnej formy obliczania siły żywej biorącej udział w akcji bojowej – tak powstało pojęcie Kampfstärke. Ten rodzaj raportowania stanów liczebnych określał wyłącznie liczbę osób obecnych na miejscu, przede wszystkim jednak tych, które faktycznie pełniły służbę na froncie – czyli tych, którzy mieli broń osobistą na wyposażeniu i mogli mieć bezpośredni kontakt z wrogiem. Znamiennym jest to, że obu ostatnich form używano naprzemiennie, co niezwykle często prowadzi do nieporozumień i konfuzji, gdyż często raportujący nie określali wprost w swych meldunkach, której konkretnie używali. Najlepszą, powiedziałbym nawet – najczystszą – formą analizy pozostawała jednak metoda zliczania nazywająca się Tagesstärke. Przedstawiała ona stan żołnierzy każdego z pododdziałów jak Iststärke, ale z wyłączeniem chorych, urlopowanych, detaszowanych danego dnia. Nawiasem mówiąc, w zachowanych niemieckich dokumentach ta forma analizy liczebności jednostek jest niestety najrzadsza, ale z uwagi na swoją precyzję najbardziej przez historyków pożądana. Jakkolwiek by nie było, obowiązek nieustannego raportowania stanów liczebnych w taki czy inny sposób był istotnym obowiązkiem oficerów niższych, a przesyłanie zebranych danych wyżej, do dowództwa korpusu także obciążało sztab dywizji w poważnym stopniu. Z drugiej strony owa stała i niekończąca się praca analityczna dawała dowódcy dywizji i jego najbliższym współpracownikom ogromną wiedzę na temat aktualnej formy swej jednostki. Poza jednak rutynowym zliczaniem ludzi istniało jeszcze jedno, kluczowe kryterium pozwalające na rzetelną ocenę wartości bojowej.

Jak już wiemy po analizie niemieckiego systemu uzupełnień zasobów ludzkich w związkach taktycznych, ogromną wagę przywiązywano do stworzenia i utrzymania wyjątkowo ścisłych relacji pomiędzy kadrą oficerską, a ich podwładnymi. Cała ta mozolna praca i stworzone w jej efekcie wzajemne zaufanie owocowało doskonałą znajomością stanu moralnego pododdziału przez oficerów dowodzących, co pozwalało na bieżąco informować sztab wyższy o tym do czego w istocie są zdolne poszczególne kompanie i bataliony. Gdy wiedzę tę zestawić razem z analizą liczebności jednostek sztab dywizji był w stanie z niezwykłą precyzją określić rzeczywistą efektywność swych oddziałów bojowych. Na podstawie tak zebranych danych sztaby określały zatem stan danego oddziału stosując kryterium ostateczne – wskazując na jeden z pięciu poziomów wartości bojowej. Najwyższym była zdolność do pełnoskalowych operacji ofensywnych, następnym zdolność do ograniczonych operacji ofensywnych, dalej zdolność do działań defensywnych, zdolność do działań defensywnych w wyjątkowych warunkach i oczywiście najniższy poziom, jednostka „wypalona”, niezdolna do jakichkolwiek działań. Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione czynniki budujące obraz efektywności bojowej danej jednostki nie powinny zatem Czytelnika dziwić sytuacje, w których dywizje posiadające Verpflegungsstärke na poziomie 10 000 ludzi, nie nadawały się do jakichkolwiek działań i uznawane były całościowo jako „wypalone” ze stanem Tagesstärke na poziomie zaledwie tysiąca ludzi. Na początku analizy wspominałem o swoistej bezwzględności systemu, gdyż tak gruntowne przedstawienie wartości bojowej poszczególnych komponentów danej dywizji pozwalało w przypadku wycofywania „wypalonej” dywizji z frontu na odpoczynek wyłączenie wciąż nadających się do walki pododdziałów i przydzielenie ich innym dowództwom w charakterze wzmocnienia. To optymalny pod względem wykorzystania posiadanych zasobów system, który jednak stawał się mechanizmem bezdusznym w tym sensie, że pozwalał na absolutnie ostateczne użycie ludzi, kosztem rzecz jasna krańcowego ich wyeksploatowania.

Nie bez przyczyny należało w tym momencie przywołać kryteria oceny wartości bojowej oddziałów, gdyż jak wcześniej zauważyłem, ostateczne zakończenie likwidacji okrążonych sowieckich zgrupowań jest równocześnie początkiem stopniowego rozkładu moralnego niemieckich jednostek bojowych pozostających pod kontrolą operacyjną sztabu Feldmarszałka von Bock mimo ich wciąż stosunkowo wysokiej liczebności. Do ostatnich dni października straty sowieckie wzrosły na kierunku moskiewskim do liczb rzędu 1,2 – 1,5 miliona żołnierzy. Tak wysokie szacunki stoją w sprzeczności z najczęściej wciąż cytowanymi zestawieniami wybranymi z prac Kriwoszejewa, których jednak zawartość merytoryczna została na przestrzeni ostatnich dwóch dekad skutecznie podważona, jako fragmentaryczna, oparta na nierzetelnej analizie istniejących dokumentów. Do strat zaangażowanych w walki obronne trzech sowieckich frontów nie wliczono bowiem strat jednostek rozmieszczonych na ich zapleczu, podlegających jednak wyższym strukturom tyłowym, lub wręcz wprost Najwyższemu Dowództwu. Aby uświadomić sobie realny obraz zniszczenia i strat wystarczy wspomnieć, że na różnych etapach października na zapleczu sowieckiego frontu pozostawała przynajmniej setka batalionów budowlanych, zajmujących się wznoszeniem kolejnych pasów fortyfikacji polowych i zapór inżynieryjnych, z których do listopada dotrwała mniej niż dwadzieścia. Mimo wszystkich tych strat wiele racji miał Żukow, przez długie lata po wojnie utrzymujący, że kontynuowanie walki przez odcięte zgrupowania i związki taktyczne aż do końca drugiej dekady października dało sowieckiemu dowództwu czas na ponowne zorganizowanie obrony. Owszem,

A map of a military conflict

AI-generated content may be incorrect.

Położenie obu stron 16 października 1941 roku wieczorem

poświęcenie setek tysięcy ludzi miało swoje znaczenie, ale wyłącznie w obliczu decyzji strony niemieckiej, które to decyzje faktycznie doprowadziły do sparaliżowania działań niemieckich mogących doprowadzić do celu ostatecznego Operacji „Tajfun”, czyli zdobycia Moskwy. Jakkolwiek nie oceniać tych wydarzeń, ostatnie dni października i początek listopada 1941 roku przyniósł stałą tendencję wzrostu liczebnego sił sowieckich i jednocześnie zmniejszania niemieckiego nacisku w punkcie dla Sowietów najbardziej krytycznym, czyli na osi natarcia wiodącej wprost do Moskwy.

Fakt rozproszenia wysiłków 2 Armii Pancernej na trzech różnych kierunkach miał rzecz jasna niszczący wpływ na jej zdolność do zrealizowania któregokolwiek z tych zadań, ale rozumiejący doskonale płynące z tej sytuacji niedogodności logistyczne generał Esebeck postanowił osiągnąć stawiane przed jego wojskami cele za wszelką cenę. Pozostawił zatem za sobą dużą część jednostek i zebrał istniejące rezerwy paliwa w Kampfgruppe niemal pozbawionej czołgów, która jednak dokonała błyskawicznych postępów, w odróżnienia od nacierającej równolegle doń 2 Dywizji Pancernej Veiela. Potężna fala deszczów 18 października jeszcze bardziej ograniczyła dostawy rezerw paliwa na front, ale nawet to nie zatrzymało niemieckich działań, które jeśli już się rozpoczynały przynosiły wciąż jeszcze mniejsze lub większe sukcesy. Te jednak nie prowadziły donikąd, a w większości przypadków nawet generowało coraz większe problemy natury operacyjnej.

2 Armia Pancerna osiągnęła przedpola Tuły, a 3 Grupa Pancerna powiększyła swój stan posiadania w rejonie Kalinina. Na centralnym odcinku frontu Grupy Armii „Mitte” sowiecka Pozycja Możajska także została w wielu punktach przełamana, jednakże siły Grupy Armii operowały teraz na froncie o szerokości ponad 800 kilometrów i było im niezwykle trudno współdziałać w istniejących warunkach. Ponadto, OKH uznało sytuację za na tyle dobra, że rozpoczął się proces wycofywania z frontu najbardziej zużytych jednostek – do Francji wycofano 8 i 28 Dywizje Piechoty. Decyzją o rozbudowie sił pancernych pozbawiono także Grupę Armii 1 Dywizji Kawalerii, która została wycofana na tyły celem przeformowania w dywizję pancerną. Strona sowiecka

A map of a military area

AI-generated content may be incorrect.

Położenie obu stron 20 października 1941 roku wieczorem.

Znalazła się w tych dniach w apogeum kryzysu – ewakuowano rząd do Kujbyszewa, a stolica kraju była właściwie bezbronna. Działania zaczepne, z którymi wiązano w Moskwie największe nadzieje, czyli kontrataki sił Frontu Kalinińskiego w rejonie Kalinina nie przyniosły po początkowych sukcesach żadnego powodzenia, wprost przeciwnie, całkowicie wyczerpały jego rezerwy. Krwawe walki o Pozycję Możajską spowodowały, że większość rzuconych do 20 października jednostek rezerwowych została całkowicie wykrwawiona i wobec braku jakichkolwiek dostępnych związków taktycznych posunięto się do użycia w boju ad hoc sformowanych struktur opierających się na jednostkach zapasowych, lub na szkołach wojskowych. Tego dnia czołowe oddziały 4 Armii i 4 Grupy Pancernej znalazły się o zaledwie sto kilometrów od Moskwy, co jednak okazało się kulminacją niemieckiej fali natarcia. Kolejne cztery dni nie przyniosły istotnych zmian w położeniu obu stron. W tych dniach do ZSRR zaczęła napływać pomoc ze strony Wielkiej Brytanii i USA, co wprawdzie nie mogło przynieść natychmiastowej odmiany sytuacji, ale miało ogromny wpływ na poprawę nastrojów społecznych na tyłach i morale walczących wojsk. Dla odmiany, powolne i kosztowne natarcia czołowe miały fatalny wpływ na kondycję sił niemieckich. Trwające w sumie tydzień walki o przełamanie sowieckiej obrony kosztowały – biorąc pierwsze z rzędu przykłady – bardzo wiele. Dywizja SS „Das Reich” straciła wówczas 1 242 ludzi, w tym 270 zabitych, a 10 Dywizja Pancerna kolejnych 776 żołnierzy, w tym 167 zabitych. W tych okolicznościach opanowanie przez 19 Dywizję Pancerną oddalonego od Moskwy o 70 kilometrów Kamienskoje okazało się ostatnim niemieckim sukcesem. Po 25 października cały środkowy odcinek frontu zamarł. Żukow starał się natychmiast wykorzystać niemieckie trudności i rozpoczął w rejonie Naro-Forminska serię silnych przeciwuderzeń przy użyciu nowoprzybyłych rezerw. Sowieci dysponowali sprzętem pancernym i choć kolejny raz atakowali bardzo nieporadnie i chaotycznie, spowodowali poważny kryzys unieruchamiając na dobre wszystkie trzy operujące w pierwszym rzucie korpusy 4 Armii. Niemcy zdołali wprawdzie w ciągu kolejnych dwóch dni zasklepić dziury wybite we własnym froncie, ale wysiłek ten wymagał użycia rezerwy operacyjnej w postaci 15 i 183 Dywizji Piechoty. Tak jak w rejonie Kalinina dla żołnierzy 3 grupy pancernej, tak samo

Położenie obu stron 24 października 1941 roku wieczorem.

wydarzenia pod Naro-Formińskiem dla żołnierzy 4 Armii były ogromnym szokiem. Jak poranna mgła rozwiała się na ich oczach narracja oficjalnej propagandy o „ostatnim wysiłku” i o „gonieniu ostatkiem sił” przez wroga. Bez względu na to, co stało się później należy wyraźnie wskazać owe dwa krwawe dni jako swoistą granicę, po przekroczeniu której proces słabnięcia sił niemieckich nabiera takiego tempa, że nie jest już możliwym osiągnięcie planowanych celów i utrzymanie ich. Bilans strat, złej sytuacji zaopatrzeniowej, pogody i popełnionych błędów przy okazji jednej z najbardziej niszczycielskich w dziejach operacji doprowadził Grupę Armii „Mitte” do tego punktu, który jednak nawet jeśli został zauważony przez oficerów piastujących najważniejsze funkcje w jej strukturach, został z różnych powodów zignorowany. Stało się tak najprawdopodobniej dlatego, że ostatnie dni października przyniosły w kilku punktach przełamanie impasu. W rejonie Kalinina do wysuniętych czołówek pancernych dotarła wreszcie pierwsza dywizja piechoty – 129. Zaangażowanie się sił 9 Armii w akcję na tym odcinku odciążyło wyczerpane walkami związki pancerne Rheinhardta i pozwoliły wykrwawić ostatnie już próby Frontu Kalinińskiego odbicia miasta. Także na południowym krańcu pasa natarcia Grupy Armii „Mitte” Guderian mógł pochwalić się istotnymi postępami. 25 października padł wreszcie broniony długo Czern, a już dwa dni później grupa Eberbacha wtargnęła do położonego 36 kilometrów dalej Pławska. 29 października żołnierze Eberbacha osiągnęli przedpola samej Tuły, ale próba opanowania miasta z marszu nie powiodła się. Mimo wszystkich trudności Guderian nie rezygnował i rozpoczął przygotowania do operacji okrążenia sowieckich pozycji pod Tułą od południowego wschodu. Ponieważ w tym samym czasie południowe skrzydło 2 Armii Pancernej w postaci XXXXVIII Korpusu Zmotoryzowanego podchodziło pod Kursk (9 Dywizja Pancerna) pomysł Guderiana trącił ze wszech miar szaleństwem, ale takie właśnie podjęto decyzje.

Na środkowym odcinku działań V Korpus Armijny wziął Wołokołamsk, będący jądrem ostatniego istniejącego jeszcze bastionu Pozycji Możajskiej. Następnego dnia podjęto decyzje o rozpoczęciu uderzenia w kierunku Klina. Sytuacja jednak stawała się dla von Bocka coraz trudniejsza, gdyż położenie oddziałów Guderiana wymogło na dowódcy Grupy Armii wysłanie w tym kierunku ostatnich trzech dywizji piechoty z rezerwy operacyjnej. OKH skłaniało się coraz bardziej do wizji zajęcia podstaw wyjściowych do kolejnej wielkiej operacji okrążającej, której celem byłoby osiągnięcie linii położonej na wschód od Moskwy, w odległości około 300-350 kilometrów od obecnie zajmowanych pozycji. Urzędowy optymizm OKH w obliczu gwałtownego spowolnienia tempa działań zaniepokoił jednak Hitlera na tyle, że w obliczu tak ambitnych planów postanowił zasięgnąć opinii na temat stanu wojsk na froncie od dowodzących nimi oficerów. Na życzenie dyktatora von Kluge odbył natychmiast lot do Kwatery Głównej i odbył z Hitlerem długą rozmowę w cztery oczy bez wiedzy Sztabu Generalnego. Nie istnieje żaden stenogram z tego spotkania, ale natychmiast po jego zakończeniu OKH otrzymało polecenie natychmiastowego sporządzenia szczegółowego raportu na temat stanu dróg, funkcjonowania systemu logistycznego i oczywiście, także obecnej kondycji wojsk. Nawet fragmentaryczne części raportu OKH musiały być dla Hitlera wstrząsające, jeśli w dniu 29 października polecił wstrzymać wszelkie działania jednostek szybkich na froncie moskiewskim. Gdy przyjazd von Klugego przestał być tajemnicą wielu dowódców związków pancernych uznało owo zdarzenie za bardzo wygodne alibi dla ich późniejszych niepowodzeń gremialnie obarczając Feldmarszałka winą. Faktycznie jednak owa pauza miała ogromny wpływ na podniesienie poziomu sprawności bojowej niemieckich jednostek pancernych, co w swoim czasie miało się okazać dla Niemców niezwykle istotne. Generalnie OKH ustaliło termin rozpoczęcia nowej operacji na 4 listopada i Hitler zaakceptował to rozwiązanie najwyraźniej uważając, że do tego czasu uda się choć w części uzupełnić zapasy i skonsolidować niebywale rozciągnięte jednostki.

Oczywiście upływający czas był również kluczowym czynnikiem dla drugiej strony. Zatrzymanie w zasadzie niemieckich działań pozwoliło rozmieścić na froncie moskiewskim wiele nowoprzybyłych z obszaru tyłowego jednostek, w większości dopiero co sformowanych, lub odbudowanych. Istotne było przede wszystkim ustanie ciągłej presji na siły Frontu Zachodniego, gdyż nawet powolne niemieckie postępy nieustannie wyczerpywały jego siły. Aż do

A map of the western front

AI-generated content may be incorrect.

Położenie obu stron 2 listopada 1941 roku wieczorem.

zatrzymania niemieckich operacji pancernych nie istniała właściwie możliwość odbudowania jakiejkolwiek rezerwy operacyjnej, rozpaczliwe przeciwuderzenia były niebywale kosztowne i właściwie niczego nie zmieniały w położeniu sił Żukowa i Koniewa. Teraz jednak, gdy napór wroga ustał Front szybko rósł w siłę, a przede wszystkim w siłę rosły jego rezerwy. Po drugiej stronie sytuacja nie chciała ulec poprawie – już 1 listopada dowództwo 3 Grupy Pancernej informowało, że zasoby magazynów paliwowych położonych w Smoleńsku uległy całkowitemu wyczerpaniu i teraz cysterny Grupy muszą pobierać paliwo z Orszy, oddalonej od Kalinina o 430 kilometrów. Równie kiepsko wyglądała sytuacja w innych związkach pancernych wyższego szczebla. Bez wsparcia broni pancernej kontynuowanie działań zaczepnych nie miało sensu. Przekonano się o tym boleśnie, gdy 1 listopada VIII Korpus Armijny Fahrmbachera podjął próbę natarcia w rejonie Możajska. Natarcie od razu utknęło wśród ciężkich strat nie przynosząc żadnych zysków. 3 listopada zdecydowano się wesprzeć korpus czołgami Vietnighoffa, ale także ta próba nie powiodła się. Wydarzenia unaoczniły wzrost siły sowieckich jednostek na przestrzeni ostatnich dni i godzin, a przede wszystkim własne słabości. W tych okolicznościach zdecydowano się ponownie przedyskutować cele operacyjne nadchodzącego uderzenia. Jedynym oponentem okazał się von Kluge, ale nie miał on żadnej możliwości zablokowania operacji. Mimo wielkiego sceptycyzmu nie odważył się otwarcie sprzeciwić opinii większości, także dlatego, że 5 listopada krewcy dowódcy pancerni zyskali kolejny silny argument przemawiający za wznowieniem działań – temperatura spadła poniżej zera i mróz utrzymał się. Na przestrzeni niewielu godzin rozmyte drogi utwardziły się i tym samym możliwym stało się szybkie usprawnienie komunikacji. Twierdzenie, że broń pancerna sobie poradzi tylko dlatego, że mróz przyniósł pewna poprawę warunków do ruchu po drogach było o tyle nieuzasadnione, że od kilku dni opór sowiecki wyraźnie stężał, więc Niemcy nie operowali już w warunkach tak wielkiej swobody jak, w połowie października. 7 listopada poinformowano von Bocka o zaplanowaniu generalnej konferencji w Orszy w ciągu najdalej tygodnia, podczas której miały

A map of a battle

AI-generated content may be incorrect.

Położenie obu stron 7 listopada 1941 roku wieczorem.

zapaść ostateczne decyzje na temat dalszych działań ofensywnych. Przy okazji zapoznano dowódców szczebla operacyjnego o zamiarach OKH na najbliższe tygodnie. Dokumenty te wprawiły znaczną część z nich w prawdziwe osłupienie, gdyż zakładały osiągnięcie Moskwy, ale także Stalingradu, Murmańska i wtargnięcie na Kaukaz w rejon Majkopu. Nawet najtwardsi zwolennicy wznowienia ofensywy uznali te plany za tak oderwane od rzeczywistości, że przestali ufać Halderowi. Najlepiej ujął tę kolizję generał von Sodenstern, szef sztabu von Rundstedta, który zapisał w swym dzienniku:

„Nie da się już dłużej rozjaśniać sytuacji słowami w rodzaju – będzie w porządku. Cały czas było jakieś „będzie w porządku” i to pomimo ciągłych raportów mówiących wyraźnie, że wojsko już nie da rady iść dalej naprzód…”

Przede wszystkim nikt z zainteresowanych nie łudził się, że będzie w stanie coś zmienić w kwestii planów OKH. W dniach poprzedzających dyskusję Grupa Armii „Nord” rozpoczęła swą zimową ofensywę mająca na celu odcięcie Leningradu od pomocy z zewnątrz przez Jezioro Ładoga. 8 listopada idące w czołówce natarcia jedyne dwie pozostałe Grupy Armii dywizje pancerne – 8 i 12 – opanowały Tichwin, ale uwikłały się w ciężkie walki nająć kompletnie odsłonięte skrzydła i działając w terenie, który uniemożliwiał jakikolwiek szerszy manewr. Tego rodzaju operacje nie budziły optymizmu na przyszłość, podobnie jak rosnąca aktywność sił sowieckich, która była wymownym znakiem na stały wzrost ich rezerw. Ośmielony biernością sił niemieckich Żukow rozpoczął serię kontrataków na froncie 9 i 4 Armii, które jednak starym zwyczajem zakończyły się tylko stratami. Do najbardziej dramatycznych wydarzeń doszło na odcinku trzymanym przez 106 Dywizję Piechoty, gdzie do ataku przystąpiła sowiecka 44 Dywizja Kawalerii, która przybyła na front trzy dni wcześniej. Jej natarcie natrafiło na barierę ognia nie do przebycia i sowiecka kawaleria straciła w ciągu dwudziestu minut 2000 ludzi. Po stronie niemieckiej nie odnotowano strat. Oczywiście wiele niemieckich jednostek ponosiło podczas tego rodzaju starć straty, ale choć stanowiły one tylko ułamek strat ponoszonych przez siły sowieckie i tak stale drenowały ograniczone już przecież zasoby Grupy Armii „Mitte”. Od początku „Tajfunu” von Bock stracił już 90 000 zabitych, rannych i zaginionych, z czego ponad

A map of a country

AI-generated content may be incorrect.

Położenie obu stron w dniu 15 listopada 1941 roku w godzinach wieczornych.

połowę w okresie od 15 października do 15 listopada. Trzeba było podjąć jakieś decyzje, bo czas naglił. Ostatecznie ustalono wznowienie ofensywy na Moskwę, a działania mające doprowadzić do zdobycia sowieckiej stolicy miały rozpocząć się 15 listopada na odcinku 9 Armii, podczas gdy całe centrum uderzenie miało rozpocząć akcję 17 listopada, a 2 Armia Pancerna jeden dzień później. Wszystko to miało miejsce w dniach, w których nie udało się ani podnieść w sposób wyraźni ilości zdolnych do działań pojazdów pancernych, ani poprawić na szerszą skalę sytuacji zaopatrzeniowej, a w dodatku w nocy 13 listopada po raz pierwszy odnotowano temperaturę minus 20 stopni Celsjusza.

Początek niemieckiego uderzenie był czymś nowym i zaskakującym – pierwsza akcja XXVII Korpusu Armijnego przyniosła szybkie postępy, gdyż inaczej niż uprzednio na tej wojnie siły sowieckie po prostu się wycofały. Dość szybko się okazało, że główny pas obrony znajduje się w głębi systemu obrony i mimo wysiłków niemieckich piechurów nie został on szybko naruszony. Przede wszystkim nie udało się panować żadnego z mostów na Górnej Wołdze, które były zasadniczym celem tych działań. Wsparcie ataku przez LVI Korpus Zmotoryzowany Schaala nie zmieniło obrazu działań – tylko pierwszego dnia walk 7 Dywizja Pancerna straciła 11 oficerów i 120 podoficerów i szeregowych nie notując przy tym większych zysków terenowych. Impas przełamała dopiero 14 Dywizja Zmotoryzowana, która opanowała dwa nienaruszone mosty na Lamie. Cały plan działania zachwiał się poważnie następnego dnia z powodu kilku następujących po sobie rozkazów zmieniających porządek natarcia. Ostatecznie pierwsze uderzenie wykonano jedynie częścią posiadanych sił i rzecz jasna nie osiągnięto większego sukcesu. Na marginesie był to dzień pierwszej i ostatniej walki sowieckiej 316 Dywizji Strzeleckiej owianej później legendą o czynach „Panfiłowców”. W rzeczywistości Niemcy atakowali asekurancko i mało dynamicznie, a i tak doprowadzili do anihilacji większości sił sowieckich. Dopiero 18 listopada wysiłki 3 Grupy Pancernej zostały wsparte przez V Korpus Armijny i nieco przyspieszyły, co jednak nie zmieniało faktu, że nie było mowy po trzech dniach walk o jakichkolwiek operacyjnych rozstrzygnięciach. Następnego dnia do akcji przystąpiła 4 Grupa Pancerna i większa cześć 4 Armii, co przyniosło pierwsze większe sukcesy. Z trudem wywalczone powodzenie nie mogło być jednak w pełni wykorzystane z powodu braku rezerw na miejscu. Przerwanie sowieckiej obrony w rejonie zbiornika wołżańskiego i na wschód od Lamy nie spowodowało załamania się sowieckiej obrony, gdyż pierwotnie przewidziany do użycia w takim wypadku XXXXI Korpus Zmotoryzowany pod nowym dowództwem generała Modela nie był w stanie ruszyć z miejsca z powodu braku paliwa, które miał otrzymać dopiero około 24 listopada. Jakkolwiek zdobycze było niewielkie, to jednak okoliczności skłoniły von Bocka do wyłączenie 3 Grupy Pancernej z podległości generała Straussa i osobistego przejęcia nadzoru nad tym związkiem. Na południowym krańcu fronty Grupy Armii „Mitte” Guderian miał podobne problemy – początek natarcia nie przyniósł większych sukcesów i uzmysłowił mu konieczność poszukania szybkiego rozwiązania, gdyż znowu działał tylko częścią własnych sił, w dodatku jego cel – Kołomna – znajdował się o ponad 120 kilometrów od punktu startu, a stan posiadanego paliwa pozwalał mu na pokonanie w przybliżeniu około 85 kilometrów.

Każdy kolejny dzień działań przynosił coraz to nowe trudności i rosnący opór sił sowieckich. Fakt przerwania się 17 Dywizji Pancernej na wschód od Tuły nie spowodował żadnych natychmiastowych konsekwencji dla Sowietów. Na północy siły 3 i 4 Grupy Pancernej bardzo powoli podchodziły pod Sołniecznogorsk i Klin, ale w żadnym punkcie Niemcy nie byli w stanie wyjść w przestrzeń operacyjną. Zamiast szybkiego i rozstrzygającego efektu ofensywy von Bock musiał obserwować kolejne czołowe ataki – jałowe i kosztowne. Średnie tempo natarcia było wymownym świadectwem niepowodzenia i wynosiło dla sił Rheinhardta zaledwie 4 kilometry na dobę. Zajęcie Klina i Istry niczego nie zmieniło – od początku bitwy do 24 listopada siły Grupy Armii „Mitte” wzięły do niewoli zaledwie około 30 000 czerwonoarmistów, co jest gigantycznym wręcz kontrastem z wydarzeniami z początków października. 30 listopada OKH otrzymało informację z Armii Rezerwowej, że jakiekolwiek bieżące uzupełnienia w ludziach są już niemożliwe z powodu braku wyszkolonych rezerwistów. Mimo wszystkich tych niepowodzeń von Kluge postanowił postawić wszystko na jedną kartę i zebrać

A map of the area

AI-generated content may be incorrect.

Położenie obu stron 30 listopada 1941 roku w godzinach wieczornych.

 siły do ostatniego, decydującego uderzenia zaplanowanego na dzień 1 grudnia. Tak jak poprzednie wysiłki i ta próba spełzła na niczym. Co wydaje się szczególnie ciekawe – dla obu stron walki te nie były szczególnie kosztowne na tle poprzednich tygodni i miesięcy. Mimo wszystko jednak jasnym stało się już dla wszystkich, że nie może być mowy o opanowaniu Moskwy tej zimy. Oczywiście niemieckie jednostki pancerne straciły mnóstwo sprzętu, ale liczebność jednostek pozostawała na dość wysokim poziomie, sięgając od 65 do nawet 80 % Sollstärke. Co istotne jednak, morale upadło do niebezpiecznego poziomu i ogromna większość sztabów dywizji von Bocka zaczęła alarmować sztab Grupy Armii o tym, że nie jest w stanie dłużej polegać na swych ludziach. Ofensywa musiała zostać odwołana.


Komentarze

Popularne posty