„Anihilacja” Bitwa o bramę do Moskwy Październik 1941 – Marzec 1943 Cześć IX

 

„Anihilacja”

Bitwa o bramę do Moskwy

Październik 1941 – Marzec 1943

 

 

„Zaufanie i Pewność Siebie” – Wiosna 1942

          Koniec lutego 1942 jest wyjątkowo sztuczną cenzurą czasową dla zmagań toczonych na froncie moskiewskim. Rzecz w tym, że sowiecka ofensywa bynajmniej się nie zakończyła, lecz pomimo coraz gorszych perspektyw i olbrzymich strat własnych była kontynuowana, przy czym najwyższe sowieckie kierownictwo wojenne nie ustawało w wysiłkach mających na celu wzmocnienie nacierających sił. Obowiązywała dowództwo Kierunku Zachodniego dyrektywa z dnia 16 lutego 1942, zakładająca całkowite zniszczenie sił niemieckich w rejonie Wiaźmy i Rżewa w terminie do 5 marca, a Marszałek Żukow nie ustawał w wysiłkach, aby tę dyrektywę zrealizować. Od połowy lutego bez względu na potworne zniszczenia szlaków komunikacyjnych i katastrofalny stan zaopatrzenia w stronę linii frontu zaczęła ruch kolejna fala sowieckich rezerw mających przeważyć szalę bitwy i złamać wreszcie niemiecki opór. Front Kaliniński otrzymał korpus strzelecki Gwardii i siedem dywizji strzeleckich – wszystkie te jednostki albo zostały właśnie sformowane, albo odtworzone i dysponowały w zasadzie pełnym etatem wojennym. Front Zachodni także otrzymał nowo utworzony korpus strzelecki Gwardii, ponadto także trzy dywizje strzeleckie i dwie brygady powietrznodesantowe, a poza tym, do posiadanych uprzednio związków bojowych skierowano teraz około 60 000 ludzi tytułem uzupełnień. Starano się także wzmocnić siły powietrzne oraz artylerię i broń pancerną - bez broni technicznych trudno było sobie wyobrazić powodzenie operacji. W stosunku do uprzednio planowanych operacji w „wielkim stylu”, tym razem dowództwa sowieckich frontów zaproponowały inne rozwiązanie operacyjne – zarówno Front Kaliński, jak i Front Zachodni miały skupić możliwie duże siły na konkretnych odcinkach frontu, gdzie perspektywa sukcesu w postaci przełamania niemieckich linii obronnych, ewentualnie zniszczenia wojsk wroga wydawała się największa. Od 20 lutego sowieckie jednostki tworzące 22 Armię (wyraźnie wzmocnioną) rozpoczęły serię ataków w rejonie miejscowości Biełyj, zamierzając po jej zdobyciu skierować się na Olenino. Wysiłek 22 Armii miała wzmocnić 30 Armia nacierając na Czertolino, podczas, gdy 39 Armia miała ze swoich pozycji dążyć do połączenia się z 30 Armią i ustanowić łączność na nowo odtwarzając ciągły front głównych sił Frontu. Najważniejsze zadanie otrzymała jednak 31 Armia, która miała do dnia 23 lutego opanować Zubcow. W sumie dowództwo Frontu Kalinińskiego angażowało w operację bardzo duże siły, jednocześnie mając całkiem realne perspektywy sukcesu – linia frontu w tym miejscu biegła bardzo nieregularnie i Niemcy nie mogli być wszędzie jednakowo silni, a ponieważ wiele odcinków zostało przez nich obsadzono stosunkowo niedawno, sądzono, że skala rozbudowy umocnień polowych będzie mniejsza niż na poprzednio przez wroga uporczywie bronionych liniach oporu. Z drugiej jednak strony, wiele sowieckich jednostek od pewnego czasu otrzymywało bardzo niewielkie ilości zaopatrzenia i nawet jeśli poszczególne dywizje i brygady posiadały stosunkowo wysokie stany ludzi i sprzętu nagminnie brakowało amunicji, paliwa i żywności. Zwłaszcza ten ostatni aspekt zaczynał nabierać dużego znaczenia, gdyż w obliczu potężnych mrozów trafiające do organizmów żołnierzy dawki kalorii były na tyle niskie, że w praktyce uniemożliwiały większy wysiłek fizyczny. Nagminnym zjawiskiem od początku lutego była zatem bierność tysięcy żołnierzy sowieckich, niezdolnych do intensywnych działań, a przede wszystkim wydłużanie się list zamarzniętych na śmierć.

Sowiecka artyleria na pozycjach bojowych

          O ile plan dowództwa sowieckiego był całkiem spójny i rozsądny, to istniejące problemy spowodowały katastrofalne w skutkach „rozmycie” założeń operacji – wbrew intencji dowództwa sowieckiego poszczególne armie polowe nie były w stanie dotrzymać wyznaczonych terminów i plan rozsypał się jak liście na wietrze już od pierwszych godzin bitwy – w dniu 20 lutego, czyli w pierwszym dniu planowanego uderzenia do bitwy przystąpiła jedynie 31 Armia, a pozostałe rozpoczynały swe działania z mniejszym lub większym opóźnieniem. Jako ostatnia do bitwy włączyła się 39 Armia i stało się to dopiero 25 lutego. Tym samym broniące się niemieckie jednostki były w stanie odpierać kolejne sowieckie natarcia cząstkowe, organizowane na bardzo wąskich odcinkach przełamania, intensywnie manewrując posiadanymi skąpymi rezerwami. Jedynym sukcesem, jakim mogło się pochwalić dowództwo sowieckie, było wdarcie się zgrupowania uderzeniowego Szewcowa, złożonego z sił 29 Armii (w większości odciętej od głównych sił Frontu Kalinińskiego) w pozycje niemieckie w rejonie Biełego. Toczone już wśród zabudowań miasta starcia miały niesłychanie zaciekły charakter, ale za każdy metr zdobytego terenu sowieccy żołnierze płacili niebywale wysoką daninę krwi. Jak można się spodziewać, skąpe zapasy amunicji artyleryjskiej i paliwa skutecznie hamowały wykorzystanie wcale licznej i silnej artylerii, a przede wszystkim czołgów. Szybko zatem niemieckie oddziały przejmowały inicjatywę, i nawet, gdy sowieccy piechurzy byli w stanie wybić gdzieś „dziurę” w niemieckich pozycjach obronnych, przewaga niemiecka w artylerii polowej, która uniemożliwiała szybkie wsparcie jednostek przełamujących rezerwami ułatwiała błyskawiczne organizowanie kontrataków i „łatanie dziur”. W ciągu kilku zaledwie dni dopiero co przybyłe posiłki zostały zupełnie zużyte i już z początkiem marca dowództwa najwyższe zaczęło kierować nową falę uzupełnień do wykrwawionych już armii. Przede wszystkim wzmacniano 30 Armię Leluszenki, ale wznowienie przez nią ofensywy nie przyniosło spodziewanych efektów. Nie tylko trudności związane ze słabym wsparciem nacierającej piechoty były przyczyną sowieckich niepowodzeń – przede wszystkim do operacji użyto albo kompletnie wyczerpanych, „wypalonych” bojem związków, albo jednostek dopiero co utworzonych, bardzo słabo wyszkolonych i nie dysponujących elementarną wiedzą na temat taktyki użycia piechoty. Nagminnym zjawiskiem było zatem zbijanie się sowieckich żołnierzy w grupy na odkrytym polu walki, prowadzenie ataków zwartymi szeregami i niedostateczne wykorzystanie posiadanej ciężkiej broni piechoty. Sowieccy dowódcy szczebla taktycznego podejmowali wielokrotnie ataki na tym samym odcinku podobnymi siłami w taki sam sposób, co miało katastrofalne następstwa – niemieckie pozycje obronne w ciągu niewielu godzin zaczynał otaczać zwarty wał ludzkich ciał, a gdy nawet udało się wedrzeć w głąb pozycji tej czy tamtej kompanii, z reguły nie usiłowano się nawet umocnić na zajętym terenie, co z reguły powodowało kolosalne straty od ognia artylerii niemieckiej bezlitośnie i niepodzielnie królującej na polu walki. Sztab Frontu nie potrafił przełamać istniejącego impasu, co było bardzo groźnym memento, gdyż w efekcie tej i wcześniejszych operacji niemała część sowieckich związków taktycznych utknęła zaklinowana i bez kontroli nad własnymi szlakami komunikacyjnymi pomiędzy poszczególnymi „wyspami” niemieckich punktów oporu niezdolna ani do ruchu naprzód, ani do wycofania się, czego zresztą wyższe dowództwo kategorycznie sobie nie życzyło.

Ciała poległych czerwonoarmistów na przedpolach pozycji niemieckiej 129 Dywizji Piechoty

          Także Front Zachodni nie ustawał w wysiłkach mających na celu złamanie niemieckiego oporu, choć nieudana operacja powietrznodesantowa i odcięcie grupy Jefromowa nie dawały wielkich nadziei na sukces. Przede wszystkim na tym odcinku niemieckie pozycje obronne w wielu miejscach obsadzane były w zasadzie od końca października 1941 roku i tym samym były bardzo solidnie przygotowane pod względem inżynieryjnym. Mimo pory roku Pozycja „Königsberg” została bardzo silnie „wkopana w ziemię” i obsadzające ją jednostki czuły się na tej rubieży bardzo pewnie – zarówno dowódcy liniowi, jak i ich szeregowi podkomendni przejawiali wielką wolę utrzymania się na dających solidną ochronę pozycjach i bardzo niechętnie oddawali teren, a jeśli już do tego doszło, natychmiast starali się odzyskiwać inicjatywę na polu walki i za pomocą kontrataków odzyskiwać kluczowe punkty oporu. Generalnie zatem, wbrew dość szerokiego stereotypu nie zanikał, a wprost przeciwnie, nabierał coraz większego znaczenia element taktyki walki w obronie oparty o własną inicjatywę na najniższych szczeblach dowodzenia. Przede wszystkim, choć linia frontu przesuwała się w niewielkim stopniu, walki nie miały statycznego charakteru – grupy niemieckich żołnierzy często wielkości drużyny lub plutonu nieustannie manewrowały na polu walki, jeśli tylko gdziekolwiek przeciwnik był w stanie naruszyć strukturę HKL – „Haupt Kampf Linie”. Dużą dynamiką i ruchem charakteryzowały się także walki na obszarach nie mających charakteru ciągłej linii frontu. Niemieckie pododdziały piechoty czy związków motorowych bardzo swobodnie przemieszczały się przez stosunkowo duże obszary przejawiając wielką inicjatywę i nieustannie zaskakiwały przeciwnika, nawet bardziej licznego i lepiej uzbrojonego.

Po walce na przedpolach Rżewa – koniec lutego 1942 roku.

          Front Zachodni borykał się z dokładnie takimi samymi problemami, jak Front Kaliniński – braki w zaopatrzeniu, fatalny stan dróg i powolne podchodzenie przydzielonych rezerw także kazały dowództwu zredukować skalę operacji zaczepnych. Skupiono się zatem na dwóch kierunkach operacyjnych, które miały szczególne znaczenie w ówczesnej sytuacji Frontu. Pierwsze zgrupowanie tworzyły siły wzmocnionej 43 Armii, która miała odzyskać komunikację z odciętą 33 Armią, druga grupa szturmowa nadzorowana była natomiast przez sztab 50 Armii i miała za zadanie połączyć się z odciętym 4 Korpusem Powietrznodesantowym. Jedynym jednak godnym uwagi sukcesem sił sowieckich było wdarcie się 43 Armii w niemieckie pozycje na kilka kilometrów. Po drugiej stronie 33 Armia uczyniła ogromny wysiłek by wydostać się z matni i w krytycznym momencie sowieckie zgrupowania dzieliła już tylko odległość niespełna dwóch kilometrów, ale znajdujące się w tragicznej sytuacji zaopatrzeniowej zdziesiątkowane dywizje Jefremowa nie były w stanie zdobyć się na ostateczny wysiłek i zostały odparte serią kontrataków. Sowieci zdobyli Juchnow, ale 43 Armia także została zastopowana i nie była w stanie podać ręki okrążonym dywizjom. Od 13 marca nastąpiło tutaj wyraźne przesilenie i los okrążonych dywizji został właściwie przypieczętowany – Jefremow nie otrzymywał właściwie żadnego zaopatrzenia i tego dnia zgłoszono pierwsze przypadki śmierci głodowej. W sumie, w ciągu ostatnich dni lutego i pierwszych dwóch dekad marca progres terenowy wojsk sowieckich był minimalny, straty natomiast olbrzymie. Aż do teraz Niemcy czuli się zmuszeni tolerować okrążone na własnych tyłach zgrupowania sowieckie liczące razem około 70 000 ludzi (z powodu braku dokumentów bardzo trudno obliczyć liczebność odciętych sił sowieckich, jest jednak całkiem możliwe, że były one liczniejsze niż wydawało się ich dowódcom, ponieważ nie zawsze mieli oni łączność z wszystkimi jednostkami), gdyż nie posiadali dostatecznie silnych rezerw, by pokusić się o przeczesywanie gigantycznych kompleksów leśnych. Zarówno nadal zwarte i walczące jednostki tak jak i mniejsze grupy maruderów bywały kłopotliwe, ale jako takie nie stanowiły poważniejszego zagrożenia operacyjnego dla stabilności frontu. Generalnie rzecz biorąc dozorujące zablokowane dywizje sowieckie siły były na tyle silne, by kontrolować sytuację, co dowództwa operacyjne w zupełności zadawalało. Mimo wszystkich niepowodzeń sowieckie dowództwo najwyższe nie rezygnowało z prób zniszczenia lub choćby osłabienia sił niemieckiej Grupy Armii „Mitte” i 20 marca 1942 roku ponowiło żądanie rozprawienia się z siłami wroga w trójkącie Rżew-Wiaźma-Gżack. Oczywiście oznaczało to konieczność wznowienia ofensywy siłami Frontów Kalinińskiego i Zachodniego. Plan nowej operacji zaczepnej Kierunku Zachodniego był dosłownie bliźniaczy do poprzedniej nieudanej próby, lecz tym razem postanowiono poszerzyć pas natarcia poprzez uderzenie 16 i 61 Armii w rejonie Żyzdry i Briańska, oraz zaangażowanie do bitwy rezerw Frontu Kalinińskiego w postaci 4 Armii Uderzeniowej. W sumie w operacji miało wziąć udział całość lub część sił przynajmniej czternastu sowieckich armii. Proces przygotowań do kolejnego uderzenia zaczął się oficjalnie z dniem 20 marca.

Oficerowie sztabu sowieckiej 31 Armii w rejonie Zubcewa.

          Oczywiście w świetle dotychczasowych doświadczeń zastanawiać musi inicjatywa najwyższego sowieckiego kierownictwa wojennego przeprowadzenia kolejnej wielkiej operacji zaczepnej na tym samym odcinku frontu w tak krótkim odstępie czasu. Paradoksalnie, idea ta nie była pozbawiona podstaw – w oczach Stalina i jego najbliższego kręgu współpracowników siły wroga nadal jawiły się jako wyczerpane i pozbawione zdolności ofensywnej, co zresztą w tym okresie nie było wcale tak odległym od prawdy twierdzeniem. Uważano zgodnie, że nieustanna presja na zmęczonego wroga musi w końcu gdzieś przynieść jakiś przełom, który zadziała jak kostki domina i zmusi wroga do opuszczenia zarysowanego już wyraźnie występu Rżawsko-Wiaziemskiego traktowanego z absolutną powagą, jako potencjalny punkt wyjścia dla kolejnej niemieckiej próby zdobycia Moskwy. Cóż z tego, jeśli już na etapie przygotowań do kolejnej próby pobicia niemieckiej Grupy Armii „Mitte” popełniono takie same błędy, jak miesiąc wcześniej. Owszem – Sowieci byli w stanie skomasować w krótkim czasie bardzo dużą ilość żołnierzy i sprzętu wojennego, ale nie byli w stanie stworzyć adekwatnej bazy zaopatrzeniowej z powodu katastrofalnego stanu logistyki. Dość powiedzieć, że w przededniu ofensywy sowieckie dowództwa armii mających uczestniczyć w ofensywie raportowały stan zapasów amunicji artyleryjskiej na mniej więcej od 10 do 30 % szacowanych potrzeb. 22 Armia zgłosiła na godziny przed podjęciem natarcia stan zapasów amunicji moździerzowej na 10 pocisków na moździerz. Dotychczasowe straty w sile żywej spowodowały, że nowo przybyłe jednostki tak jak pospiesznie uzupełniane dywizje wchodzące w skład Frontów Zachodniego Kierunku były bardzo słabo wyszkolone, więc trudno było oczekiwać od ich kadr zdolności do wykonywania jakichkolwiek ewolucji taktycznych na polu walki. Wspomniana 22 Armia od początku stycznia do 20 marca odnotowała straty osobowe na poziomie 220 % pierwotnego stanu liczebnego, co oznacza, że w chodzące w jej skład dywizje na przestrzeni siedemdziesięciu jeden dni niemal nieprzerwanych walk statystycznie ponad dwukrotnie wymieniły cały swój stan osobowy, a przecież pamiętać należy, że z oczywistych względów straty ludzkie dotyczyły w ogromnej mierze formacji bojowych armii, a jedynie w niewielkiej części dotknęły jej formacji tyłowych, co oznacza, że owe formacje bojowe realnie wymieniły skład osobowy czterokrotnie. Jest niezmiernie trudnym uchwycić realny przepływ siły żywej przez sowieckie jednostki w okresie styczeń – kwiecień 1942 roku, ale z zachowanych sowieckich dokumentów wynika, że był on ogromny, znacznie przewyższający wysiłek mobilizacyjny z jesieni i zimy 1941 roku. Ocenia się obecnie, że w ciągu czterech wspomnianych miesięcy do oddziałów Frontów tworzących Kierunek Zachodni Żukowa trafiło 5,6 raza więcej uzupełnień ludzkich niż w ciągu grudnia 1941 roku, a liczebność tychże oddziałów w całym okresie nie podniosła się o dające się zauważyć gołym okiem wartości. Przede wszystkim wzmożony ruch na tyłach sowieckich wojsk nie uszedł uwadze wywiadu Grupy Armii „Mitte” i niemieckie dowództwo było doskonale świadome sowieckich przygotowań do wznowienia bitwy. Ogólny stan wojsk von Klugego na przestrzeni ostatnich czterech tygodni znacznie się poprawił względem końcówki lutego i to pomimo odesłania pewnej ilości wykrwawionych i wyniszczonych jednostek. Przede wszystkim, poza uzupełnieniami pochodzącymi ze świeżo wyszkolonego poboru do jednostek bojowych zaczęli wracać ozdrowieńcy – i były to liczby dość poważne, choć rzecz jasna z powodu wciąż mocno trzymającej zimy lista ewakuowanych do szpitali na tyłach Grupy Armii lub do Niemiec pozostawała okazała. Brakuje wprawdzie danych cząstkowych dla Grupy Armii „Mitte” w omawianym okresie, ale pewne wyobrażenie o wysiłku niemieckiej machiny wojennej związanym z transferem zasobów ludzkich dość dobrze ilustruje fakt, że tylko Luftwaffe działając na korzyść Grup Armii „Mitte” i „Nord” w okresie od 18 grudnia 1941 roku, do 31 maja 1942 roku wykonała 24 115 lotów transportowych, podczas których dostarczono na front 75 675 żołnierzy różnych specjalizacji, jednocześnie ewakuując 57 082 rannych i chorych do Rzeszy. Co ewidentnie umykało sowieckim planistom, to także radykalne zwiększenie dostaw zaopatrzenia dla walczących jednostek. I tutaj nie potrafię podać wartości dla Grupy Armii „Mitte”, ale z zachowanych dokumentów wynika, że w poszczególnych miesiącach tranzyt zaopatrzenia siłami kolei na rzecz Grupy Armii „Süd” zwiększał się skokowo. W styczniu 1942 roku ta Grupa Armii odnotowała przybycie 1346 pociągów, w lutym już 1576 pociągów z zaopatrzeniem, w marcu 2447 i w kwietniu 1942 roku aż 3139, co stanowiło niebywały wzrost. Ocenia się, że do końca maja 1942 roku niemieckie służby kolejowe zdołały konwertować rozstaw szyn na odcinku łącznym 21 000 kilometrów szlaków kolejowych na Wschodzie. A pamiętać trzeba przecież, że na wielu odcinkach o dotychczasowym rozstawie szyn zdołano uruchomić szereg połączeń kolejowych korzystając z zasobów zdobytego sowieckiego taboru kolejowego. W efekcie „Barbarossy” w rękach Niemców znalazły się przecież 2 173 sowieckie lokomotywy, z których 1 223 uznano za sprawne oraz 53 850 wagonów kolejowych różnych przeznaczeń i typów. Jeśli coś spędzało sen z powiek dowództwu Grupy Armii „Mitte”, to z pewnością rozdrobnienie posiadanych sił i relatywny brak rezerw operacyjnych. Duża część dywizji tworzących siły von Klugego podzielona była na małe Kampfgruppe doraźnie organizowane na potrzeby chwili i proces ten objął w pierwszym rzędzie związki szybkie – 10 Dywizja Pancerna przed wyjazdem na wypoczynek i odbudowę rozdrobniona była na kilkanaście takich niezależnych grup bojowych operujących na odcinkach dwóch różnych korpusów, a to tylko jeden z wielu przykładów.  Konieczność stawienia czoła nowej ofensywie sowieckiej posiadanymi siłami zmuszała ostatecznie sztab Grupy Armii do wysiłku mającego na celu likwidację sowieckich jednostek na własnych tyłach i konsolidacji nie tylko pozycji obronnych, ale przede wszystkim posiadanych dywizji w zwarte związki bojowe. Wprawdzie akcje 31 i 131 Dywizji Piechoty Wehrmachtu przeciw okrążonym siłom sowieckiego 11 Korpusu Kawalerii podjęte z końcem marca nie przyniosły pełnego powodzenia, to jednak w znacznym stopniu zredukowały zdolność bojową odciętego przeciwnika. Największą koncentrację sił zorganizowano przeciw okrążonej 33 Armii Jefremowa – w operacji likwidacji kotła miały wziąć udział elementy aż siedmiu niemieckich dywizji. Do ostatka sowieckie dowództwo odmawiało prośbom Jefremowa o wyrażenie zgody na podjęcie próby wyrwania się z okrążenia, licząc niewątpliwie na możliwość odegrania poważnej roli przez te siły w nadchodzącym kolejnym wielkim uderzeniu. Na przełomie marca i kwietnia stało się jednak jasne, że 33 Armia nie jest zdolna nawet do przegrupowania swych sił, gdyż do tego czasu zjedzono wszystkie konie, a nieliczne posiadane pojazdy mechaniczne nie miały żadnych zapasów paliwa. Rozkaz podjęcia próby przebicia stłoczonego na przestrzeni o wymiarach 10 na 25 kilometrów wydany już w kwietniu nosił wszelkie znamiona fantazji. Sowieci mieli bowiem przegrupować się przez lasy aż w rejon Kirowa, gdzie pomóc im w wyjściu z matni miała 10 Armia. Jednocześnie dowództwo sowieckie doceniając walory dotychczasowego dowodzenia wojskami przez Jefremowa wysłało do kotła samolot z zadaniem wydostania generała, co ewidentnie wskazywało na brak większej wiary w powodzenie przedsięwzięcia. Generał Jefremow odrzucił możliwość ewakuacji drogą powietrzną i pozostał ze swymi skrajnie wyczerpanymi podkomendnymi do końca. Mimo coraz bardziej rozpaczliwych prób wymknięcia się z saku resztki zgrupowania zostały ostatecznie do połowy kwietnia zniszczone, a obok kilku tysięcy poległych w tej ostatniej walce żołnierzy 33 Armii znalazł się także jej dowódca. Trudno orzec jednoznacznie, czy zginał w walce, czy też – jak chciały tego sowieckie dokumenty – popełnił samobójstwo. Jakby nie było, w ciągu niespełna trzech tygodni Niemcy zlikwidowali ostatecznie pierwszy z utrzymujących się po zimie „kotłów”.

Niemiecki pluton piechoty powracający z patrolu – marzec 1942.

          Sowiecka próba ofensywna złamania oporu sił niemieckich zakończyła się oficjalnie 20 kwietnia 1942 roku. Bardzo trudno jest znaleźć jakieś ślady opisu niemal dwutygodniowych zmagań w sowieckich dokumentach. Co ciekawe ich próby wznowienia ofensywy w dużym stylu przeszły raczej niezauważone dla większości sztabów niemieckich dywizji. Nie oznacza to, że do żadnych walk nie doszło, wprost przeciwnie, były one zajadłe i oczywiście niezmiennie krwawe. Tyle, że tak jak poprzednim razem zawiodła koordynacja i poszczególne armie, a nawet dywizje sowieckie wchodziły do bitwy osobno, w miarę uzyskania „gotowości bojowej”. Dla niemieckich żołnierzy poza rozpoczynająca się wielką odwilżą niewiele z tych starć wartych było odnotowania, gdyż kolejne sowieckie ataki stały się już codzienną rutyną. Jedynym punktem, w którym sowieckie natarcia przyniosły zysk terenowy, był odcinek 50 Armii, która 14 kwietnia zdołała wedrzeć się w niemiecką obronę usiłując wydostać z opresji okrążone oddziały generała Biełowa. Już następnego dnia zdeterminowany kontratak odrzucił jednak sowieckie wojska na pozycje wyjściowe i jednocześnie odepchnęły zdesperowane coraz bardziej jednostki Biełowa. Kolejny raz nie udało się opanować Biełego i Syczewki, a działające tam oddziały 39 Armii poniosły kolejny raz bardzo wysokie straty, których nie udało się uzupełnić, gdyż niemieckie lotnictwo i artyleria dalekiego zasięgu uniemożliwiała jakikolwiek ruch na drogach do tkwiących w półokrążeniu dywizji. Najprawdopodobniej nieudane i rozproszone w czasie i przestrzeni uderzenia w marcu i kwietniu 1942 roku kosztowały wojska Frontów Kalinińskiego i Zachodniego nie mniej niż 250 000 ludzi. Zanim jednak walki wygasły w Berlinie zapadły ważne decyzje, które ukształtowały przyszłość sił Grupy Armii „Mitte” na nadchodzące miesiące.

Sytuacja na centralnym odcinku Frontu Wschodniego w kwietniu 1942 roku.

          Mając świadomość braku możliwości wznowienia działań ofensywnych w ramach nadchodzącej „letniej kampanii” na całym Froncie Wschodnim OKH i Adolf Hitler uznali za możliwe podjęcie próby odzyskania inicjatywy strategicznej i przygotowania szeregu operacji zaczepnych na południowym odcinku frontu. Wydana w dniu 5 kwietnia 1942 roku Dyrektywa Naczelnego Wodza zakładała przejście sił Grup Armii „Nord” i „Mitte” do strategicznej defensywy (choć Hitler i Halder dopuszczali możliwość realizowania operacji zaczepnych przez te siły nawet na poziomie operacyjnym, ale wyłącznie za pomocą sił, którymi aktualnie dowódcy obu Grup Armii dysponowali), a wykonanie siłami Grupy Armii „Süd” wielkiej ofensywy ku Wołdze i roponośnym polom Kaukazu. Oczywiście to południowe skrzydło Frontu Wschodniego miało w tych okolicznościach stać się priorytetowe pod względem uzupełnień w sile żywej i technice wojennej, ale wbrew obiegowej opinii stan wojsk von Klugego zaczął się bardzo szybko poprawiać. Brakuje dokumentów precyzyjnie odzwierciedlających stan dywizji Grupy Armii „Mitte” w omawianym okresie, ale śmiało jako punkt wyjścia do procesu odtwarzania wartości bojowej może służyć wyciąg z raportów na temat siły żywej czterech dywizji piechoty wchodzących w tym czasie w jej skład. Otóż w dniu 1 kwietnia 1942 roku 7 Dywizja Piechoty deklarowała brak 3 615 ludzi względem stanów regulaminowych, 197 Dywizja Piechoty raportowała brak 5 802 ludzi, 258 Dywizja Piechoty miała braki w liczbie 4 332 ludzi, a 267 Dywizja Piechoty 4 854 ludzi. Dla lepszego zrozumienia złożoności sytuacji można zatem przyjąć, że średnio niemieckie dywizje na froncie Grupy Armii „Mitte” w tym czasie wykazywały brak 4 551 ludzi. Jeśli zatem główny wysiłek na odtwarzanie zdolności bojowej sił Ostheer skierowano na południe, jak udało się w dość krótkim czasie gros związków w dyspozycji von Klugego?

          W sumie w okresie 1 czerwca 1941 – 31 maja 1942 z szeregów Ostheer ubyło 2 018 881 ludzi z wszystkich przyczyn (zabici, zmarli, ranni, zaginieni i chorzy), a w tym samym okresie w ramach uzupełnień wysłano na Wschód 1 252 000 ludzi nie licząc 240 000 rekonwalescentów, którzy po wyleczeniu ran lub chorób w tym czasie powrócili do swych macierzystych jednostek. W sumie zatem rzuca się w oczy luka wynosząca wedle niemieckich dokumentów 526 881 ludzi. Z reguły ta właśnie luka implikuje spojrzenie na siły Grup Armii „Nord” i „Mitte”, jako na znacznie słabsze względem ich południowej sąsiadki. Tak naprawdę jednak wskazana w zasobach ludzkich Ostheer luka wynosząca dobrze ponad pół miliona żołnierzy często postrzegana jako „początek końca niemieckich możliwości bojowych na Wschodzie” jest bardzo relatywna. Otóż, duża część owej luki to wykazywane w dokumentacji braki w sile żywej osiemnastu związków poziomu dywizyjnego, które zostały w pierwszym półroczu 1942 roku rozwiązane. W ich miejsce natomiast – o czym często się zapomina – przybyło na Wschód siedemnaście nowo utworzonych dywizji o z reguły pełnych lub prawie pełnych stanach osobowych. Reszta luki została „ukryta” w żywiołowej już wiosną reorganizacji wielu dywizji na centralnym odcinku Frontu Wschodniego polegającej na rozwiązaniu trzecich batalionów w pułkach piechoty i zasileniu tak pozyskanymi „uzupełnieniami” pozostałych jednostek. W przypadku Grupy Armii „Mitte” okres 1 grudnia 1941 – 1 lipca 1942 roku przyniósł straty łączne w liczbie 560 200 ludzi, co stanowiło 51 % wszystkich strat niemieckich na Froncie Wschodnim w tym czasie. Jednocześnie Grupa Armii otrzymała 344 300 ludzi tytułem uzupełnień, co pozostawia braki w sile żywej na poziomie 58 % poniesionych dotychczas strat. Jednakże w tym samym czasie Grupę Armii opuściło kilka dywizji, których braki kadrowe tym samym nie musiały być już wykazywane, a w zamian za te skrwawione jednostki Grupa Armii otrzymała szereg „świeżych” dywizji, które podczas walk zimą i wiosną poniosły wprawdzie straty, ale były one zdecydowanie mniejsze od jednostek będących weteranami kampanii od czerwca 1941 roku. Aby lepiej zrozumieć złożoność problemu warto posłużyć się konkretnym przykładem 260 Dywizji Piechoty, która należała do jednostek najbardziej poszkodowanych w kampanii. Wraz z początkiem roztopów wiosennych i załamaniem sowieckiej ofensywy dowództwo dywizji rozwiązało trzy z dziewięciu posiadanych batalionów piechoty, a mimo to na dzień 25 kwietnia 1942 roku Dywizja wykazywała Verpflegungsstärke na poziomie zaledwie 6 817 ludzi, Kämpfstärke zaś na zupełnie katastrofalnym poziomie 1 386 ludzi. Równe trzy tygodnie później, 15 maja określono potrzeby dywizji na 6 044 uzupełnień w sile żywej. W ciągu kolejnego miesiąca do dywizji przybyło 1 497 ozdrowieńców i rekrutów, co podniosło Kämpfstärke do poziomu 2 457 żołnierzy. W lipcu 1942 roku Dywizja otrzymała kolejnych 4 355 żołnierzy, co podniosło Kämpfstärke do bardzo wysokiego poziomu 5 110 żołnierzy, a Verpflegungsstärke do poziomu 11 561 ludzi. Dywizja miała już tylko sześć batalionów piechoty i oczywiście rzutowało to na jej zdolności do działań ofensywnych, ale była w stanie wypełniać zadania defensywne a liczebność jej bojowego komponentu pozostawała wyższa od na przykład brytyjskiej dywizji piechoty w 1944 roku. Można rzecz jasna krytykować decyzję o „strzyżeniu” strukturalnym wielu niemieckich dywizji na Wschodzie, ale co najbardziej istotne – jeszcze w trakcie reorganizacji i odtwarzania wartości bojowej były one w stanie przeprowadzić czasie niespełna trzech miesięcy aż trzy poważne operacje zaczepne. Żeby zaś jeszcze pełniej określić wartość bojową niemieckich wojsk na Wschodzie należy pamiętać, że mimo wszystkich trudności i kryzysów tylko w pierwszym półroczu 1942 roku wedle bardzo ostrożnych i konserwatywnych szacunków (Kriwoszejew) same tylko straty bojowe Armii Czerwonej oblicza się na w przybliżeniu 3,3 miliona żołnierzy, z czego większość została stracona na centralnym odcinku frontu Wschodniego. Ta szokująca liczba nie uwzględnia rzecz jasna chorych i innych strat „niebojowych”, co w wypadku zajmujących się mniej lub bardziej realnym szacunkiem strat historyków sowieckich i później rosyjskich (choćby Sokołow) sumuje się liczbą od 4,5 do nawet 5,5 miliona strat osobowych. Co ważne, na obszarze odpowiedzialności Grupy Armii „Mitte” znacznie polepszyła się także kondycja pozostałych tamże dywizji szybkich. Cała Ostheer otrzymała pomiędzy 1 lutego, a 1 lipca 1942 roku 2 332 pojazdy pancerne jako uzupełnienia poniesionych strat, a łączny wolumen czołgów i dział szturmowych posiadanych przez Wehrmacht wzrósł w tym czasie do poziomu 6 854 wozów bojowych. Jeśli w ciągu roku walk na Wschodzie Niemcy stracili 4 667 pojazdów pancernych wszystkich typów, to w tym samym czasie przemysł Rzeszy był w stanie wyprodukować 4635 czołgów i dział szturmowych, oraz 293 samobieżne działa przeciwpancerne. Przytoczone liczby wskazują na niemałe trudności z uzupełnieniem poniesionych strat, mają jednak także drugie oblicze – w omawianym okresie ilość pozostających w dyspozycji sił zbrojnych czołgów typów Pz I, Pz II, czy czeskich Pz 35/38 charakteryzujących się parametrami bojowymi dramatycznie już teraz odbiegających od wymagań wojny spadła odpowiednio z 1 122 wozów Pz I do poziomu 693 pojazdów, z 1 219 wozów Pz II do poziomu 1 021 pojazdów i wreszcie 1 042 Pz 35/38 do poziomu 471 pojazdów. W tym samym czasie natomiast ilość czołgów Pz III pomimo strat wzrosła z 1 562 egzemplarzy w służbie do poziomu 2 604 wozów, a Pz IV z 651 egzemplarzy, do 723 egzemplarzy. Owszem, względem siostrzanych dywizji pancernych operujących na południu Związku Radzieckiego, dywizje Grup Armii „Nord” i „Mitte” zostały w znacznie mniejszym stopniu doposażone w sprzęt i uzupełnione w ludzi, jednak już w początkach lata 1942 roku najsilniejsza z nich miała 103 czołgi na stanie, a najsłabsza posiadała ich 48. Średnio pozostałe na centralnym odcinku Frontu Wschodniego dywizje pancerne Wehrmachtu miały wówczas 67 wozów bojowych (często skomasowanych w jednym tylko batalionie pancernym), podczas, gdy przygotowywane do Operacji „Fall Blau” dywizje posiadały średnio 147 czołgów na stanie. Były jednak wyposażone w nowszy i bardziej skuteczny w boju sprzęt pancerny, a przede wszystkim dość szybko osiągnęły stosunkowo wysokie stany osobowe, co czyniło z nich bardzo groźnego dla sowieckich żołnierzy przeciwnika.

Komentarze

Popularne posty